Muzeum w Gostyniu

Strona w trakcie migracji do nowej wersji. Brakujące materiały są dostępne pod adresem: https://archiwum.muzeum.gostyn.pl
Przepraszamy za utrudnienia.

/
Pamiętniki i wspomnienia

 

Albert Gercken, mieszkaniec Bremy, żołnierz armii niemieckiej z I wojny światowej, nie ukrywał w latach trzydziestych swoich antyfaszystowskich przekonań. Po dojściu Hitlera do władzy spodziewał się w każdej chwili denuncjacji i aresztowania. Szczęśliwie jednak uniknął represji, które spadły na wielu jego przyjaciół, posyłanych za druty obozów i nury więzień.

W sierpniu 1939 roku powołano Gerckena do Wehrmachtu i we wrześniu skierowano z tzw. batalionem obrony terytorialnej na okupowane tereny polskie. Znalazł się w Gostyniu. W tym wielkopolskim miasteczku był świadkiem masowych zbrodni popełnianych na ludności cywilnej przez Gestapo i SS. Wstrząśnięty publiczną egzekucją 30 Polaków na rynku w Gostyniu, nie krył swego oburzenia przed zwierzchnikami. Potem – korzystając z przejazdu na urlop przez Berlin złożył oficjalny protest w dowództwie Wehrmachtu i w goebbelsowskim Ministerstwie Propagandy, domagając się zaprzestania eksterminacji ludności cywilnej i nieangażowania żołnierzy Wehrmachtu w zbrodnie popełnione na Polakach. Ryzykował, ale postawił na swoim.

Gdy w końcu sierpnia 1939 roku powołano mnie do Wehrmachtu, odczułem jakąś ulgę, gdyż obawiałem się, że przy zaostrzeniu sytuacji politycznej, na wypadek wojny, zostanę na podstawie mojej uprzedniej antyfaszystowskiej działalności osadzony w obozie koncentracyjnym. W Wehrmachcie czułem się bezpieczniej. Poza tym żywiłem złudną nadzieję, że wybuch wojny połączy mocarstwa Wschodu i Zachodu i wspólnymi siłami zdołają one w krótkim czasie obalić Hitlera. Ba, miałem nadzieję, że moi polityczni przyjaciele i ja zasiądziemy wkrótce w niemieckiej Radzie Robotników i Żołnierzy, by stworzyć pokojowe warunki i rozpocząć budowę demokratycznego porządku w Niemczech.

Stało się inaczej. Z formacją byłych uczestników pierwszej wojny światowej już we wrześniu 1939 roku zostałem skierowany do Gostynia, po zakończeniu tzw. Blitzkriegu. Nasz batalion obrony terytorialnej, składający się z wojskowo wyszkolonych, ale raczej niespodzianie zmobilizowanych ojców rodzin, weteranów pierwszej wojny światowej, zdołał rychło w Gostyniu nawiązać kontakty z miejscową ludnością, która musiała wyczuwać, że nie żywimy żadnej nienawiści do Polaków, a nie zdawała sobie jeszcze sprawy ze straszliwych następstw okupacji.

19 października miałem służyć wartowniczą przed willą dowódcy pułku. W pewnym momencie ten jowialny starszy pan przechodził obok mnie zaabsorbowany rozmową z miejscowym volksdeutschem, ewangelickim pastorem, nie zwrócił uwagi na oddanie przeze mnie honorów wojskowych. Usłyszałem tylko, jak powiedział do pastora:

To przecież zwyczajne morderstwo!

Zdziwiony, obejrzałem  się nie rozumiejąc, o czym mowa. W tym momencie zauważyłem, jak znajomy mi z widzenia gestapowiec podniesionym głosem rozkazał przejeżdżającemu polskiemu właścicielowi ziemskiemu, który sam powoził dwukółką, jechać za sobą. Gestapowiec był na rowerze.

W chwilę potem pewien volksdeutsch, ubrany w zielony kubrak i wysokie buty, podszedł do mnie i syknął mi do ucha:

– Ten też nie wie, że jedzie na spotkanie śmierci!

Jeszcze dziś widzę ohydny uśmiech, z jakim to zostało powiedziane, ale w owym momencie nic z tego nie rozumiałem.

Dopiero po zmianie warty o wszystkim poinformowali mnie koledzy:

– Będzie tu czarny piątek. Mają zastrzelić większą grupę ludzi. Gestapo bądź powyciągało już polaków z mieszkań, bądź też wysłało nakazy stawiennictwa.

Chcąc dowiedzieć się czegoś więcej, pospieszyłem do miejscowego  więzienia. Tam funkcję komendanta sprawował feldfebel z naszej kompanii. Zapytałem go, co się tu dzieje. Odpowiedział, że niejakiego barona Graeve, który jednak stawiał opór przed przekroczeniem bramy więziennej i został przez gestapowca zamknięty przemocą (Graeve – to był właśnie ten właściciel ziemski, o którym już wspomniałem).

Moi koledzy i ja byliśmy wstrząśnięci tym, co miało się wydarzyć w miasteczku. Poszedłem do szefa kompanii i powiedziałem:

– Jeżeli my mamy wystawić pluton egzekucyjny, proszę o zwolnienie mnie z tego obowiązku, bo nie będę strzelał do niewinnych ludzi.

Odpowiedział mi:

– Gercken, nie będzie pan sobie musiał plamić rąk. Tu przyjedzie Sonderkommando.

Nasz szef kompanii nie był hitlerowcem, to wyczuwało się bez trudu, choć na pewno wyrósł w tradycjach niemieckiego narodowokonserwatywnego  militaryzmu.

Pod wieczór wzrósł niepokój wśród niemieckich żołnierzy. Nasz szef kompanii udał się z dowódcą batalionu, był majorem policji z Bremy, do Gestapo, mieszczącego się w dawnej siedzibie starostwa. Oficerowie oświadczyli tam, że władzę okupacyjną na tym terenie sprawuje wojsko i ono decyduje o wszystkim. Gestapo nie może zwyczajnie nakazać rozstrzelania polskich obywateli. Gestapowcy jednak powołali się na rozkaz z Berlina i zażądali od naszych oficerów, by nie robili trudności. Lista zakładników jest gotowa, ma być rozstrzelanych trzydziestu mężczyzn.

Nazajutrz przy śniadaniu usłyszałem o przebiegu wspomnianej wizyty z ust dowódcy kompanii. Ponieważ pełniłem funkcję łącznika, mieszkałem w domu, w którym zainstalowali się oficerowie. Dowódca kompanii ostro krytykował dowódcę batalionu, owego byłego majora policji. Gdy Gestapo przedłożyło mu listę przeznaczonych na egzekucję, zażądał, by wstawić na nią również „tę feudalną świnię”, czyli barona Antoniego Graeve. Życzeniu stało się zadość. Skreślono inne nazwisko i wstawiono Graeve […].

W środę, dwa dni przed egzekucją, dotarła do nas, do Gostynia, niemiecka gazeta z Poznania. Przeczytałem w niej notatkę pt. „Angielskie bajki o okrucieństwie w Polsce”. My, którzy znaliśmy stan faktyczny, mogliśmy tylko pokiwać głowami.

Całej ludności Gostynia od lat 16 polecono stawić się w piątek o godzinie 10.00 rano na rynku przed ratuszem. Polscy kolejarze musieli poczynić przygotowania do egzekucji na środku rynku, w pobliżu wysokiej kolumny z figurą Zbawiciela.

Był październikowy dzień. Ludzie stali gęsto ściśnięci, wypełniając jedną stronę placu. Po drugiej stały czerwone autobusy pocztowe, które przywiozły komando egzekucyjne oraz samochody osobowe dowódców, oficerów SS.

Pierwszą dziesiątkę ofiar wywleczono z piwnicy i zagnano na miejsce mordu. Wśród nich był drogerzysta, który pomachał ręką do płaczącej żony, stojącej w oknie ich mieszkania obok ratusza. Gdy przebrzmiały salwy i rozstrzelani padli na ziemię, esesmani wyciągnęli z tłumu kilku najlepiej ubranych mężczyzn i zmusili ich do przeniesienia okrwawionych zwłok na przygotowane zawczasu otwarte ciężarówki Służby Pracy. Wahającym się oficerowie SS przykładali pistolety do głowy. Ciężarówki z pierwszymi zabitymi popędziły przez miasto; kobiety i dzieci w oknach odprowadzały je płaczem.

Tymczasem wyciągnięto następną dziesiątkę z piwnicy. Mężczyzn ustawiono naprzeciw plutonu egzekucyjnego. W tym momencie powstało zamieszanie: płacząc i krzycząc rzuciła się w stronę ojca, młynarza, jego 18-nastoletnia córka w otoczeniu kilkorga młodszego rodzeństwa. Dzieci brutalnie odepchnięto.

W ostatniej dziesiątce był baron Graeve. Wyrywał się oprawcom, krzycząc:

– Jestem niewinny! Jestem niewinny!

Ale członkowie Sonderkommanda obalili go na ziemię, pociągnęli za nogi na miejsce straceń tak, że głowa obijała się o bruk – i tam zamordowali wystrzałem pistoletu.

Rozochoceni gestapowcy zamierzali poza trzydziestką rozstrzelanych rozprawić się jeszcze z dziesięcioma więźniami z ratuszowej piwnicy, ale szef policji zagnał tych więźniów z powrotem do lochu, w którym spędzili – drżąc z obawy, że spotka ich to samo, co ich współtowarzyszy – dalsze dwa dni i dwie noce bez jedzenia i wody, póki ich wreszcie nie wypuszczono.

Po egzekucji, gdy roztrzęsiony, opanowując się z największym trudem, wśród ponuro milczących mężczyzn i płaczących kobiet wracałem do koszar, sprzedawczyni z malęgo sklepu spożywczego wciągnęła mnie do pokoiku na zapleczu. Tam gospodarz Janowski, wysoki, postawny mężczyzna, mówiący po niemiecku, powiedział do mnie:

– Panie żołnierzu, może mnie pan zadenuncjować, moje życie i tak jest dla mnie bez wartości. Wyrosłem z tymi, których tu dziś rozstrzelano. Zginęli niewinnie, tylko dlatego, że byli Polakami.

Nie byłem w stanie nic na to odpowiedzieć, miałem gardło jakby zasznurowane, stałem milczący, zmieszany.

Gdy wracaliśmy do jednostki, oświadczono nam, żebyśmy sobie nie zawracali głowy tym, co się stało, natomiast na miasto mamy wychodzić odtąd tylko parami i w uzbrojeniu. Najlepiej jednak będzie pozostać w kantynie i wychylić kilka kufli piwa; miało to nas uspokoić.

Sonderkommando zaś, po egzekucji w Gostyniu, pojechało do następnego miasteczka, gdzie rozstrzelało 15 ludzi, i do jeszcze jednego, by wymordować dalszych 3 Polaków.

W niedzielę w całym Gostyniu rozlepiono czerwone plakaty, z których wynikało, że rozstrzelani to sprawcy pogromów przeciw volksdeutschom. Prowokacja goniła prowokację, a prowokatorami byli albo członkowie piątej kolumny, albo volksdeutsche.

Roman Janowski powiedział mi podczas jednej z wizyt na zapleczu sklepu spożywczego, że jego szwagier dostał się do niemieckiej niewoli i przebywa jako jeniec w obozie w pobliżu miejscowości Walsrode. Zdecydowałem się wziąć od Janowskiego paczkę, aby doręczyć ją jeńcowi.

Dostałem w tym czasie krótki urlop. Tylko sześć dni. W domu opowiedziałem matce o straszliwym przeżyciu w Gostyniu i przyznałem się jej, że zamierzam jak najprędzej dostać się do Ministerstwa Propagandy w Berlinie, by tam zaprotestować przeciw zbrodniom dokonanym na ziemi poznańskiej. Chciałem im tam powiedzieć, że my, uczestnicy pierwszej wojny światowej, jesteśmy do głębi wstrząśnięci tymi morderstwami, których byliśmy świadkami w Gostyniu. Matka odpowiedziała:

– Synu, tyś zawsze robił to, co chciałeś. Nie będę cię zatrzymywała. Sam wiesz, jak ryzykujesz.

Jadąc z Bremy do Berlina wysiadłem po drodze w Walsrode i odszukałem obóz, znajdujący się dość daleko za miastem. Były tam tysiące polskich jeńców wojennych. Zatrudniono ich przy transporcie desek, cegieł i innych materiałów budowlanych. W baraku administracyjnym wyjaśniłem dyżurnemu, że mam paczkę dla polskiego jeńca o nazwisku Strychiński.

– Oszalałeś chyba! – wrzasnął na mnie dyżurny. Nakłamałem mu, że jestem na kwaterze w domu rodziny Strychińskich, że są to porządni ludzie, może więc spokojnie doręczyć paczkę jeńcowi. Mimo to odmówił. Wtedy ja z kolei nawrzeszczałem na niego i powiedziałem, że pójdę zaraz do jego szefa kompanii. Sam w czasie pierwszej wojny światowej byłem dwa i pół roku we francuskiej niewoli i musiałem osiem miesięcy czekać na pierwszą paczkę. Wiem, co to znaczy być jeńcem wojennym.

Nagle mój rozmówca uśmiechnął się i podał mi rękę.

– No, zwiewaj już, chłopie. Ja też w czasie pierwszej wojny byłem w niewoli. Już Ren jeniec dostanie twoją paczkę!

Jak potem dowiedziałem się od Strychińskiego, doręczona paczka wywołała ogromne zdumienie wśród jeńców. (Strychińskiego zresztą wkrótce wypuszczono z obozu, wrócił do Gostynia i dostał nakaz pracy do administracji dóbr ziemskich).

Zadowolony, że udało mi się tę sprawę załatwić pojechałem  do Berlina. Odszukałem tam przyjaciół i opowiedziałem im o swych zamiarach udania się do dowództwa Wehrmachtu i Ministerstwa Propagandy, by zaprotestować przeciw mordom. Moi przyjaciele ostrzegali mnie przed tymi krokami, zapytując, czy zdaje sobie sprawę z ryzyka. Odpowiedziałem, że gdybym tego nie zrobił, gdybym nie poszedł za głosem sumienia, nie mógłbym już nigdy spojrzeć w lustro.

Nazajutrz poszedłem do naczelnego dowództwa Wehrmachtu , skierowano mnie do Wydziału Propagandy, który wówczas podlegał hrabiemu von Wedel. Rozmawiałem z jego adiutantem. Zabrałem ze sobą serię widokówek z Gostynia, by móc pokazać, gdzie to wszystko się odbyło. Opowiedziałem adiutantowi przebieg wydarzeń z 21 października 1939 roku ze wszystkimi szczegółami. Powiedziałem mu też o moim zamiarze udania się do Ministerstwa Propagandy i zakomunikowania tam, że my, weterani pierwszej wojny światowej, chcemy pozostać uczciwymi żołnierzami, którzy nie hańbią się zabijaniem cywilów. Wspomniałem też o śmierci barona Graeve, właściciela ziemskiego. Adiutant zameldował mnie w Ministerstwie Propagandy.

Gdy z kolei tam przybyłem, w hallu przy wejściu dwóch gestapowców zabrało mi książeczkę wojskową i zaprowadziło do pokoju w pobliżu gabinetu ministra Goebbelsa. W pokoju tym siedziało dwóch oficerów marynarki, łączników między Wehrmachtem a Ministerstwem Propagandy. Powtórzyłem im wszystko, co już opowiedziałem w instytucji wojskowej. Pytali mnie o pochodzenie społeczne rozstrzelanych. Odpowiedziałem, że m.in. rozstrzelano byłego burmistrza Gostynia, następnie dyrektora i profesora miejscowego gimnazjum, przedsiębiorcę budowlanego Peiserta, który w czasie pierwszej wojny światowej,  walcząc w szeregach armii niemieckiej, został odznaczony Żelaznym Krzyżem, młynarza Szwarca, barona Graeve, urzędnika pocztowego i kilku robotników.

Powiedziałem, że moi koledzy i ja nie aprobujemy tego procederu. Zacytowałem słowa Janowskiego. Mówiłem o nastrojach ludności, dla której rozstrzelani nie są przestępcami, lecz męczennikami. Zwróciłem im również uwagę na sprzeczność między tym, co wydrukowała niemiecka gazeta z Poznania na temat angielskich „bajek o okrucieństwach” , a okrucieństwami rzeczywistymi, które widzieliśmy na własne oczy. Zakończyłem relację słowami Anatola France’a:„Nic szybciej nie dojrzewa aniżeli posiew przepojony krwią męczenników”.

Na zakończenie rozmowy z oficerami łącznikowymi damo mi do zrozumienia, iż naczelne dowództwo Wehrmachtu liczy się z tym, że podczas nadchodzącej zimy 1940 roku może w Warszawie wybuchnąć powstanie. Owe egzekucje są prawdopodobnie „zapobiegawczym działaniem odstraszającym”. Moje uwagi zostaną przekazane odpowiednim władzom. Następnie zwolniono mnie. Gestapowcy oddali mi książeczkę wojskową. Berlińscy przyjaciele przyjęli mój powrót z widoczną ulgą.

Po przyjeździe do Gostynia zameldowałem się u przełożonych i opowiedziałem szefowi kompanii o wizytach w naczelnym dowództwie Wehrmachtu i w Ministerstwie Propagandy. Przerażony szef aż się cofnął i zapytał, czy nie wiem, że wpierw powinienem był uzyskać zezwolenie swych zwierzchników. Na moje pytanie, czy mam o tym złożyć meldunek dowódcy pułku, usłyszałem:

– Nie, na litość Boską! Odczekajmy tymczasem zobaczymy, co z tego wyniknie!”

Angielskie bajki o okrucieństwach w Polsce” czyli Albert Gercken opowiada, to fragment książki Tomasza Sobańskiego Zbrodnie, kary i kariery, Warszawa 1978, s. 21-33. Redakcję fragmentu wykonał Robert Czub.

 

Urodziłemsię w św. Feliksa 30 maja 1903 roku, a na św. Antoniego tj. 13 czerwca 1903 roku zostałem ochrzczony w Pępowie i dano mi imię Antoni. Jestem synem Kazimierza Rupocińskiego, który był synem Marcina, a ten ostatni synem Franciszka, który uwłaszczył się na gospodarstwie rolnym w Gębicach pod numerem 18.

Matka Katarzyna z rodu Pośpiechów, czyli mężatką Bartłomieja [prawdopodobnie – J.P.] z gościńca w Gębicach przed uwłaszczeniem, a po uwłaszczeniu otrzymał gospodarstwo rolne o obszarze 9 hektarach na dzielnicy Olendrach pod nume­rem 20. Tam wżenił się mój ojciec i tam się urodziłem jako dziewiąte dziecko rodziny w starej chacie z czasów uwłaszczenia.

Chata ta, jak opowiadali rodzice, składała się z dwóch izb z kominkami i kuchni z chlebowym piecem i kominkiem, który czasem odgrywał [ winno być – używany był – przyp. J.P.] wędzarnię. Urządzenie te były zrobione z cegły palonej, zaś ściany budynku były ze stry­chulca i wylepione gliną. I tak samo były budowane inne budynki jak obora o rozmiarze 5 x 12 metrów oraz stodoła o rozmiarze 6 x 12 metrów. Organizacyjnie budynki były rozmieszczone w klamry, pokryte były wszystkie strzechą sło­mianą. Za mojego dzieciństwa zostały odbudowane, i to dom mieszkalny z cegły palonej o wymiarze 9 x 13 metrów o czterech izbach, kuchni i sieni oraz świniarnię z kuchnią gospo­darczą i sklepem [piwnicą do przechowywania produktów rolnych – J.P.] o rozmiarze 6 x 10 metrów oraz obory, stajni i futerni 6 x 12 metrów. Stodoła po wyremontowaniu i przebudowaniu pochodzi jeszcze z czasów uwłaszczenia.

Umeblowanie izby składało się ze stołu, skrzyni, szafy i łóżek. W kuchni znajdował się stół, ławki i szafa oraz regałki.

Pępowianin ubierał się podobnie, jak w okolicy Krobi. Jadąc do kościoła ubierał się w wołoszkę z sukna czarnego, kamizelkę czarną, krótką, podpiętą pod szyją i leciutko wyłożoną krywką. A w czas zimowy pod wołoszkę wkładał jakę z sukna brązowego w kratkę, a w czasie mrozów zamiast wołoszki długi kożuch barani i długie buty ze skóry oraz czapkę baranią, a w lecie kapelusz czarny, okrągły.

Matka w lecie ubierała się w czepek przewiązany tzw. jedwabnicą tj. chusteczką jedwabną w kolorze zielonym albo niebieskim ze szlaczkiem. Spódnicę wzorzystą, bardzo długą, przyczepioną do stanika tzw. sznurówkę, na to wdziewała kabat. Zimowe ubranie składało się z halki watowanej lub flanelowej, wełnianej albo sukiennej, kabata sukiennego podszytego barankiem. Na głowie nosiła czepek okryty chustą wełnianą. Na rękach nosiła dużą chustę wełnianą. Ta chusta w razie pluchy służyła do okrycia oraz ochrony rąk. Buciki skórzane nosiła wysokie, sznurowane albo na guziołkach.

Ojciec obrządzał konie, które chował dwa lub parę i to klacz, od której przygotowywał źrebaki, które zaprzęgał w drugim roku. Tym zaprzęgiem uprawiał 9 hektarów własnej ziemi oraz 6 hektarów dzierżawionej z dworu Gębice. Pługa używał tzw. wrześniaka tj. pług bezkoleśniowy, żelazny czyli poszwajsowany, hurtowy. Brona była drewniana z żelaznymi bronikami, pięciokolcowa, ciągniona każda przez konia wystosowana ukosami. Kultywatora (brynów) używał żelaznego formy stójkowatej o średnich radliczkach. W roku 1913 zamienił te narzędzia na nowoczesne, koleśnicowe: i to pług koleśnicowy (firmy „Jak”) ze Słupska, dwuskibowiec (firma Wendski z Grudziądza) oraz kultywator sprężynowy z tejże firmy. Brony kupił nowoczesnej roboty ślusarza Tomaszewskiego z Krobi, jak to brona żelazna w trzech częściach o szerokości 2,50 metra.

Oprócz uprawy roli i obrządku bydła trudnił się jeszcze płóciennictwem (tkactwem), dopókąd przemysł pruski nie wyparł tej produkcji i ojcu nie przeszkodziła odbudowa osady. Siewnika używał od 1905 roku, a własny kupił w 1908 roku. Młocarnię kieratową używał od 1901 roku i kieratową sieczkarnię i w tym czasie kupił wialnię maszynową. Ojciec prowadził także 0,50 hektara sadu, był to ogród otoczony płotem drewnianym. Pomiędzy drzewami matka uprawiała warzywa potrzebne do wyżywienia rodziny. Między starymi drzewami na drugiej stronie zagrody była murawa na której wypasał się drób, gęsi, kaczki i kury. Nadmieniam, że ojciec te drzewka zaszczepił na dziczkach wykopanych na rowach polnych i w lesie.

Ojciec także opanowane miał kołodziejstwo i własnoręcznie bardzo dobrze zrobił podwozie do wozu, brony, i wszystkie oprawy narzędzi i radło oraz włókę, która w roku 1900 była bardzo modnym narzędziem. W roku 1910 własnoręcznie przy pomocy mojego najstarszego brata i swoich przyjaciół wydrenował grunty uprawne, co bardzo sowicie się opłaciło i jak mówią statystyki w roku 1913 była w naszym powiecie największa ze wszystkich lat produkcja zbóż.

W zimowych wieczorach i podczas słoty trudnił się reperacją obuwia, której to sztuki się nauczył od swego brata, który był szewcem i krawiectwo znał, bo ponad rok był za pomocnika przy krawcu w wojsku do naprawy umundurowania.

Matka obrządzała świniarnię i drób, a także gotowała jedzenie oraz wyrabiała sery i masło. W wolnych chwilach trudniła się szyciem odzieży i bielizny dzieci oraz prała i wypiekała chleb z mąki wiatrakowej, którą mielił ojca szwagier Krzyżoszczak Franciszek w Magdalenkach. Jesienią smażyła matka powidła, których nasmażyła do 35 kilogramów, bo rodzina była duża, to ich potrzebowała. Przy pilnych robotach polowych pomagała ojcu w polu przy przerywkach buraków, w żniwa i wykopkach. Przede wszystkim, dopókąd ojciec robił płótno, to moczyła len, wycierała go i przędła z babcią na nici.

Dzieci ubierali praktycznie i to zimą chłopcy nosili wysokie buty do kościoła i szkoły, a ubrania zakładali już nowoczesne i to marynarkę, spodnie i kamizelkę oraz ciepłą bieliznę, na wierzchu kurtkę albo płaszcz. W lecie nosili ubrania cwajgowe oraz trzewiki na guzikach albo sznurowane. W domu nosili obuwie z drewnianą podeszwą tzw. pierony. Dziewczęta czyli moje siostry nosiły strój bardziej krotoszyński, bo był bardziej luźny, a przeważnie w parafii dziewczęta się po krotoszyńskiemu ubierały. Na odpusty, wesela ubierały się w czepek z opuszczonym dnem w lecie, ubrania mieli nowe i to luźny kabat i spódniczkę, inna chustka wełniana lub czapka i ubrania wełniane, przeważnie w ciemnym kolorze, a wiosną i jesienią w jaśniejszym kolorze. Poza tym nosiły tiulowe wstążki. Trzewiki, przeważnie wysokie, latem płócienne, zimą skórzane […]. Uzupełnieniem do ubrania zimowego była duża, wełniana chusta, która przy niepogodzie służyła jako wierzchnie okrycie.

Starszy brat po ukończeniu szkoły powszechnej pomagał ojcu w uprawie roli i oporządzaniu zagrody. Siostry pomagały matce doić krowy, odpasać je i pomagały w polu przy przerywkach, żniwach, wykopkach, młócić oraz rżnięciu sieczki. Młodsze rodzeństwo musiało w lecie paść bydło i gęsi, a w jesieni pomóc odpasać. W wolnych chwilach młodsze rodzeństwo bawiło się i to: dziewczęta grały w kamyki, znalezionymi w polu gładkimi kamyczkami, a tych mniejszych naszukały sobie pośród skorupek po stłuczonej zastawie stołowej, obstawiły cegłami pokoik i umeblowały sobie tą ubikację tymi skorupkami; i co to tam nie było: i stoły, i kanapy, łóżka i komódki i różne cuda. Najmłodszym kupiła matka główkę lalki i te starsze uszyły tułów i ubranko i była lalka gotowa i tania. Starsze uprosiły matkę o małą piłeczkę gumową, a jeżeli ta  przebiła się, to uszyły sobie z gałganków i grały i rzucały o ścianę domu jak tą kupną.

Chłopcom ojciec zrobił konika na kiju i jazda była na koniu podcinanym bacikami z tyłu. Starsi chłopcy zimą zrobili sobie saneczki 30 x 30 cm podkute 5 mm drutem i koszturkiem odpychali się na lodzie, a jazda była jak dzisiaj na kursie motocyklowym. Tak w kółko – sadzawka aż grzmiała. Wiosną i w lecie chłopcy użynali sobie z drąga tzw. krąg i ustawiali się w dwie partie na drodze, kulali ten krąg do siebie, jak go nie zatrzymali to musieli za nim uciekać. Do zatrzymania używali odłamków sztachet z płotu. Oprócz tego robiono z czarnego [tzn. dzikiego] bzu tzw. pukawki. Był to kawałek pomiędzy sękami gałęzi, przeciśnięty z pustym rdzeniem, gdzie wytworzył się otwór o średnicy 10 mm. Robiło się korki z brukwi, tłoczkiem się wyciskało, dawało to huk jak z karabinu małokalibrowego.

W roku 1909, 1 kwietnia, obowiązkowo jako sześcioletni pędrak musiałem chodzić do szkoły do Pępowa. Pieczętowała się jako Katolicka Szkoła w Pępowie. Z Gębic mieliśmy do szkoły niecałe 2 km, to było dla takich szkrabów za bardzo zdrożne [tj. męczące – J.P.]. Pierwszym moim zauważonym zjawiskiem było, że nauczyciel odzywał się po niemiecku do dzieci, a te maludy nie rozumiejąc języka wcale, na mowę nie reagowały, chociaż parę razy powtarzał: „ruhig” i „kein wort’”. Nadmieniam, że nauczyciele nie rozmawiali z dziećmi po polsku, bo byli członkami „Ostmark-vereinu”, którego był prezesem von Hansemann, właściciel Pępowa, to też im nie było wolno po polsku mówić. Początkowo nauka szła mi dobrze, bo pomagały mi starsze siostry i nauczyciele otrzymując tzw. „Ostmarkenlage”, to starannie nauczyli niemieckiego języka. Mojemu koledze Ludwikowi Wolnemu szło trochę gorzej, bo był z rodziny najstarszy i nie miał mu kto pomóc, to raz do mnie mówił: „żeby się ta niemiecka szkoła spaliła”. Co też się stało, ale dopiero w styczniu 1945 r. w czasie działań wojennych. Dwa razy do roku odprawiali w szkole tzw. święta niemieckie: 1) dnia 27 stycznia – urodziny cesarza Wilhelma II tj. Keisergeburstagfest. Tam były śpiewane piosenki, deklamacje, jak: „Unser Keiser lebe lang” oraz „Der Keiser ist ein lieber Mann” i przemowa patriotyczna nauczyciela Goepocka i na zakończenie „Deutschland, Deutschland”. 2) Dnia 2 września co roku od 1870 do wojny światowej odprawiany był „Sedan”. Tam znowu było śpiewane „Morgenrot, Morgenetel”, „Was dommern die kanoniern”, „Was blassen die trapetten” oraz „Die Tromppotte won Wirnwill”, na zakończenie „Heil dier im Siegerkranz”.

Do szkoły było trzeba chodzić pod karą 50 fenigów za lekcję. Lekcji było po trzy dziennie, a lekcji religii 4 lekcje tygodniowo. Religia była wykładana po polsku. A jak nauczyliśmy się języka polskiego? Na lekcjach języka niemieckiego w drugiej klasie nauczyliśmy się alfabetu łacińskiego i tam poznaliśmy litery do języka polskiego i już można było katechizm polski przeczytać i język ojczysty przychodził bardzo snadnie, resztę nauczyłem się w domu przy czytaniu elementarza polskiego i gazet jak „Gazety Grudziądzkiej” i „Przewodnika Katolickiego”. Najgorzej szło z działaniami arytmetycznymi,  bo w wojnie 1914-1918 uczyli tylko 2 lekcje dziennie i to tylko zeszło na opowiadaniu o zwycięstwach wojsk pruskich na frontach. Resztę czasu mieliśmy poświęcić na pracę dla „Vaterlandu”. Z tego się oczywiście rodzice cieszyli, bo mogliśmy pomóc w gospodarstwie, bo w tych czasach było o robotnika trudno. Wakacje, które były w dwóch częściach, i to pierwsza część od 15 lipca do 15 sierpnia, druga część od 15 września do 15 października, znowu w największy nawał pracy mogli mieć rodzice z dzieci konieczną pomoc. W tych czasach rodzice byli zdania, że dziecko od młodości musi się uczyć pracować, co wpływa właściwie dla rozwoju fizycznego, ale wpłynęło dodatnio na rozwój umysłowy i nie było psychicznych kłopotów. Bo dzieci rodziców słuchały i musiały słuchać, bo tego uczyła i szkoła i kościół, bo prusacy mieli takie przysłowie: „Vorbei an Kirche und Schulhaus ist der gewollete weg noch Grohlhaus”. Co na polski język tłumaczy się: „Kto mija kościół i szkołę to jest mu w więzieniu niewesoło”.

Rodzice żyli dobrze z sąsiadami, co i nam dzieciom kazali i biada jakby dzieciak sąsiadowi zrobił psotę. Te sąsiedzkie stosunki były dobre i zapraszali się na chrzciny, wesela i pogawędki sąsiedzkie. Pamiętam chrzciny młodszego brata w 1909 roku, był to czas postu, toteż żadne mięsa podawane nie były, tylko pieczone ryby, sadzone jaja i opiekane śledzie, które kupowano w pięciokilogramowych puszkach oraz placek pieczony tylko był  na maśle z bardzo dużą ilością rodzynków. Do picia używana była kawa mokka, wino węgierskie i oczywiście wódka czysta, która była bardzo tania, bo kosztował litr 70 fenigów, co się równało 1 kilogram jaj.

Na weselu, które pamiętam starszej siostry wypito 100 litrów wódki, tyleż wina oraz piwa, zjedzono 200 kilogramów wieprza, 200 kg cielaka, ze 100 kg mąki i pieczywa oraz 20 kur i tyleż gęsi bo było gości około 70 osób.

Wesela odprawiały się przeważnie we wtorek od rana, czyli ślub około godziny dziesiątej. Najpierw przychodzili na wesele muzykanci czyli duda i skrzypek. Potem zaraz przyszła druhna i drużba, te główne sprężyny wesela i druhna zaśpiewała:

                        Dopierom tu przyszła, dopierom stanęła,

                         już mi się pytają, co ja będę piła.

Potem wystrojono młodą pannę i w międzyczasie goście się zjeżdżali, drużba z muzyczką gości wszystkich wprowadzał i do zastawionych stołów zapraszał. Po poczęstowaniu gości drużba powiedział do młodych państwa przemowę i poprosił gości, żeby towarzyszyli młodemu państwu do ślubu do kościoła i zaśpiewał i muzyka zawtórowała, a pod Pępowem  zagrała “Jedyne wesele koło Pępowa”. W drodze powrotnej zagrali muzykanty:

                        Oj siadaj, siadaj kochanie moje,

                         nic nie pomoże płakanie twoje.

Po przyjeździe pod dom drużba puka w drzwi, które są zamknięte i zaintonował pieśń: U drzwi twoich stoję Panie. Po czym kucharki się pytały, co przywieźli, a drużba odpowiada, że stan małżeński i dopiero powitali młode państwo chlebem i solą. Młody pan musiał jeszcze przed wejściem pocałować cep (do młócenia zboża). Następnie poczęstowano czymś w rodzaju śniadania i to była kiełbasa we flakach. Po czym wystawiono stoły i zaczęto tańce i pierwszy czyli starosta, gospodarz wesela wykupił przodek i zatańczył najpierw z młodą panią i przyśpiewywał: Gdybyś była moja kupił bym Ci wózek. Po wytańczeniu trzech kawałków skrzypek i duda zagrali wiwat: A co mi to znaczy … jeden i teraz fundował przodka prosząc swoją żonę na przodek i tak w kółko ze wszystkimi kobietami co na weselu były wytańczył. W międzyczasie zmiany partnerki muzyka zagrała wiwata i przy tym było częstowanie napitkami i zaproszenie wszystkich gości do tańca. Po obtańcowaniu wszystkich gospodarzy przodków ze wszystkimi kobietami, gościami i także z kucharką, co trwało przeszło dobę. Przodownik czyli starosta zapowiedział Tolije. Był to korowód przez wieś, prowadzony przez przeszkody, takie jak płoty, rowy i kto z gości nie zrobił, musiał płacić fant. Muzyka grała i starosta przyśpiewywał:

                        Olija, tolija róbcie wszystko co i ja.

Był w tym korowodzie sąsiad Wolny na sztucznej kozie, a krewniak Waszyński na sztucznym koniu (konik krakowski). Od rana w drugim dniu wesela młoda pani jechała do kościoła na błogosławieństwo, to młodzi ustroili dużą lalkę w poduszkę i naprzeciwko jak jechała z kościoła jej wręczyli. Tak się wesoło bawili do wieczora w czwartek.

            A w niedzielę po sumie ponownie się goście zeszli na poprawiny czyli ogon i bawili się do poniedziałku rano. Nadmieniam, że sąsiad Grześkowiak (Gjołda) przy każdym jedzeniu odmawiał pacierz i zagajał także takimi powiedzeniami, np.: „Jedześ je ze św. Jakóbem a bierzesz łyżki z czubem niezabierając w paki to przyjdzie taki co będzie rewidował saki”. Posiłków było kilka, i to z kiełbasy i pieczywa, a faktycznie uroczysty obiad, by przed oczepinami […] (brak tekstu – przyp. J.P.).

            Po kolacji po godz. 10-tej wieczorem pierwsza druhna zaprosiła druhny ażeby pomagały odśpiewać śpiewki na czepiec. Ustroiła pierwsza druhna lalkę we wstążki, postawiła na talerzu płytkim, a głęboki talerz na spodzie służył do chowania zbiórki i zaśpiewała:

                        O wy mili gospodorze

                        Sprzedaliście drogo zboże.

A jak gość niedużo dawał, to zaśpiewała:

                        A czy jo to pożykoczka,

                        że mi dajesz trojoczka,

                        a daj że mi talara

                        będę lepiej śpiewała.

A który się gość nie poprawiał, to zaśpiewała:

                        Siedzi glapa na stodole

                        dziobie mech,

                        a kto nie da sto talarów

                        żeby zdechł.

Do gospodyń to zaśpiewała:

                        A wy miłe gospodynie,

                        sprzedałyście drogo świnie,

                        to tak dobrze się sprawiajcie

                        i na czepiec ładnie dajcie.

Kawalerom tak śpiewały:

                        A ty miły szwagierczyku

                        pomakej się po woryszku,

                        wszystkiego ci nie ubędzie,

                        na talerzu ładniej będzie.

Skoro wiedziały, że jeszcze się coś da uzyskać, to śpiewały:

                        Ma ci on ma, da on nam da,

                        ma on w pończosze, da on nam potrosze,

                        ma on ci ma, da on nam da.

Za zaszczyt miała pierwsza druhna, gdy jak najwięcej na czepiec uzbierała. Kawalerka z drużbą na czele bawili w tym czasie młode państwo, ażeby ktoś ze starszych gości nie wykradł pani młodej i nie włączono jej do czepca, a młodej pani nie skradziono wieńca i prześpiewywano piosenką i tańczono:

                        Róża z ciebie, róża,

                        póki nie masz męża.

                        Jak będziesz mieć męża

                        spadnie z ciebie róża,

                        spadnie z ciebie róża.

I także:

                        Kwiatek z ciebie kwiatek,

                        póki nie masz dziatek,

                        Jak będziesz mieć dziatki,

                        spadną z ciebie kwiatki,

                        spadną z ciebie kwiatki.

oraz inną piosenkę:

                        Chłopacy, chłopacy,

                        ze świata jedziecie,

                        zginął mi wianeczek,

                        wy mi go wieziecie.

Odpowiedź:

                        Wieziemy, wieziemy,

                        ale już nie cały,

                        trzy listka różane

                        z niego obleciały.

Oraz piosenki:

                        Zachodzi słoneczko

                        na rogu kościoła,

                        powiedz ty dzieweczko,

                        moja kochaneczko,

                        czy ty będziesz moja?

Około godziny dwunastej moja matka pod jakimś pretekstem poprosiła na bok młode państwo, a na to starosta z mężatkami już czyhali i młode państwo wykradli i oczepili.

Jak przyprowadzili młodą panią w czepku, to zaśpiewali:

                        Oj wychodzi, wychodzi panna z komory,

                        gdzie ty podziałaś wianeczek z głowy.

Starościna pierwsza wytańczyła z młodą panią powitalny taniec z przyśpiewką:

                        Chociaż jestem malusieńka, drobna,

                        ale ze mnie gospodyni dobra,

                        będę ja się prędko uwijała,

                        na południe śniadanie dawała,

                        wieczerzę jak kury zapieją,

                        to się ludzie ze mnie nie wyśmieją.

Inne mężatki przy tańcu z młodożonką śpiewały:

                        Rośnie ziele rośnie,

                        na oknie w donicy,

                        jeszcze Janek Kasi nie ma,

                        już ją sobie ćwiczy.

                        Ćwiczy sobie, ćwiczy,

                        żeby mi robiła,

                        a jak wyjdzie na poleczko,

                        żeby nie usnęła.

oraz tak:

                        Wyjdzie na poleczko,

                        robić jej się nie chce,

                        tylko patrzy na słoneczko,

                        daleko jest jeszcze.

                        Nisko, nie wysoko,

                        chwała Tobie Bogu,

                        tylko patrzy na łóżeczko,

                        w którym stoi rogu.

Ostatnia z mężatek tańczyła matka, która zaintonowała:

                        Kiepskiegoś sobie córeczko wybrała,

                        gospodarz kiepski, pijaczek łebski,

                        będziesz do śmierci na niego płakała.

i oddaje młodemu oczepioną żonę, ten zaś odśpiewuje:

                        Czemu nie mam pić i wesoło żyć,

                        kiedy moja żona poradzi robić.

Gdy starosta zatańczył z panią młodą, zaśpiewał:

                        Ach ty młody, nie miej strachu,

                        jak bociany będą na dachu,

                        jak bociany będą słabe,

                        to Jasieńku jedź po babę. (akuszerkę – J.P.)

Po oczepinach tańczono krakowiaka, to:

                        Krakowiaczek raz, dwa, trzy,

                        kto nie umie niech patrzy,

                        a kto umie niech tańczy,

                        krakowiaczek raz, dwa, trzy.

oraz „Wielkiego Ojca”:

                        Mój ojciec wielki, tańczył pod belki,

                        a ja syn jego, nie umiem tego.

oraz „Szewca”:

                        Był tu szewc, był,

                        szył buty, szył,

                        a po czemu?

                        po złotemu.

Drużba odśpiewywał potem piosenkę:

                        Nie palę cygara,

                        co mi płuca psuje,

                        tylko palę takie,

                        co mnie mniej kosztuje… i zjadał sobie cienką kiełbaskę.

Jeden z gospodarzy zaśpiewał:

                        Chłopek, ci ja chłopek,

                        w polu dobrze orzę,

                        wszystko mi się dobrze dzieje,

                        chwała Tobie Boże.

Następny zaśpiewał oraczom:

                        Pługu ty stary, pługu poczciwy,

                        ty orzesz te polskie niwy.

Następnie po napitku zagrali:

                        U naszego młynarza

                        jest tam Kasia jak róża.

oraz:

                        A nasz młynarz dobrze miele,

                        jeden wiertel trzy niedziele,

                        jeszcze mu się mało zda,

                        mąkę weźmie, miech odda.

Rano, kiedy już kury wychodziły z kurników, drużbowie ubrali się po myśliwsku i kazali sobie zagrać muzykantom „Pojedziemy na łów, na łów, towarzyszu mój” i polowali na tłuste kury i koguty u gospodyni weselnej oraz u sąsiadów goszczących na weselu.

Następnie wyjeżdżał pani młoda na błogosławieństwo do kościoła, co opisano wcześniej. W tym czasie goście się odświeżyli i potem witali panią młodą, potem nastąpiło śniadanie. Po śniadaniu zaśpiewał jeden z gospodarzy:

                        Kukułeczka kuka, Kasia Jasia pyta:

                        ile Jasiu Kasi koników napyta?

Inny gospodarz odpowiada:

                        Mam ja jedno źrebię,

                        hycel na nie dybie,

                        czy ja nie gospodarz,

                        czy ja nie gospodarz.

Wujek zaśpiewał:

                        Oj cieszcie się ludzie

                        w Kaźmierzowej budzie

                        Kaźmierzowa familia

                        z torbami nie pójdzie.

W międzyczasie gotują się upolowane kury i przodownik organizuje Toliję. W toku organizacji [tej zabawy – dop. J.P.], młodzi gospodarze wykradli ugotowane kury kawalerom, zabrali młodego pana na strogach ze stodoły i gościli młodego pana czyli przyjmowali go do grona gospodarzy. Po czym nastąpiła nauka młodego gospodarza orki i inne sobie zabawy, jak licytacja kupek. Po czym zaintonował jeden z młodych gospodarzy:

                        Oj, gdzie się podziały mego ojca dobra,

                        kawki rozdziobały, glapy rozdrapały,

                        oj pozostały żebra.

Później jeden z drużbów zaśpiewał:

                        Pijemy weselnicy, weselnemu ojcu

                        płacić będziemy,

                        zapłacą ojcowie, sprzedają po krowie,

                        sprzedadzą po jednej, sprzedadzą po drugiej,

                        zapłacą za synków po gościńcach długi.

Druhna zaśpiewała:

                        Koło mego okieneczka,

                        urosła mi jabłoneczka.

                        Bielusieńko zakwitała

                        i różowe jabłka miała,

                        i któż mi je będzie zbierał,

                        kiej się miły na mnie gniewa.

                        Rozgniewał się nie wiem po co,

            `          chodził do mnie nie wiem po co.

                        Chodził do mnie całą wiosnę

                        Mówiłam mu, oj urosnę.

A skoro drużbowie poczuli się zmęczeni, to druhny zaśpiewały:

                        “Czerwona lipka, barwinek,

                        poszły chłopaki w kominek.

                        Poszły chłopaki do domu spać,

                        a ja tańcuję, bo mam plac.”

Albo tak:

                        Pomarnieliście chłopaki, pomarnieliście,

                        a już ci jeden stoi, drugi siedzi’

                        trzeci się jeszcze da dana,

                        a ten czwarty na granicy

                        podwala się do dziewicy.

                        Dziewica się już kapuje

                        i mu koszyczek szykuje.

Na co drużbowie nie byli dłużni i zaśpiewali:

                        Moja kochaneczka

                        tę ubiegłą nockę hulała,

                        bujała, jak nie panieneczka.

Druhny odpowiedziały:

                        Ja nie panieneczka,

                        to ty nie młodzieniec,

                        wywiódł zaś mnie na prawy gościniec.

                        Z prawego gościńca

                        na zieloną łączkę,

                        podaj że mi ostatni raz rączkę.

                        Rączki mu podała,

                        trzy razy umglała,

                        lepiej żebym kochanka nie miała.

                        Kto kochania nie zna,

                        od Boga życzliwy,

                        ma nockę spokojną i dzień nie troskliwy.

Skrzypek z dudą grali różne kawałki ze swojego repertuaru aż do rana. Po czym goście szykowali się do odejścia i druhna zaśpiewała:

                        Idę do domu, niosę papieru,

                        jeżeli chcecie, to mnie złapiecie,

                        a złapcie mnie za spódnicę,

                        jeżeli chcecie to się wrócę,

                        oj da dana dana.

Drużbowie, ażeby gospodarze nie odjeżdżali pozawiązywali u wozów różne przeszkody, a nawet pozdejmowali koła, lecz po sutym śniadaniu i wypitku oraz wykupieniu się z wesela, mogli spokojnie odjechać, oczywiście przy hucznej muzyce i śpiewie:

                        Czas do domu, czas,

                        zamykają las,

                        zamykają i leszczynę,

                        czas do domu pod pierzynę,

                        czas do domu, czas.

Na to kawalerka zaintonowała:

                        Jeszcze nie do domu, nie do domu,

                        jeszcze nie do domu, nie do domu,

                        jeszcze piórko pod obręczą,

                        jeszcze dudki ładnie brzęczą.

I tak jeszcze się z nowa rozbawili przy hucznych przyśpiewkach, bawili się we czwartek do wieczora.

            Opisywane wesele odprawiało się w sierpniu 1913 roku. A w niedzielę po obiedzie zeszli się z muzyką na ogon (tj. poprawiny – J.P.) i tak bawili się wesoło przy przyśpiewkach:

                        Oj został łeb i ogon,

                        oj, jeszcze nie pójdziemy do dom.

W poniedziałek nad ranem dopiero się rozeszli przy śpiewie i hucznej muzyce.

Biwakowanie pruskich ułanów

Wkrótce po tym weselu, gdy przyszedłem ze szkoły zobaczyłem napisane na wrotach (bramie): 2 mann, 2 pferde, a starsza siostra śpiewała sobie „Matulinko, był tu żołnierz, miał czerwono – żółty kołnierz, a guziki gdyby strzała, matulinko bym go chciała”. Ja zapytuję, co to znaczy, a ona odpowiada, że wojsko a raczej ułani przejeżdżali. Na drugi dzień po obiedzie zjeżdżają ułani z 10 pułku z Milicza, którzy jadą na manewry do Biedruska. Ja mówię do ojca, że oni są podobni do wojska polskiego czyli do ułanów księcia Józefa Poniatowskiego, który 100 lat temu zginął pod Lipskiem. Na to ojciec odpowiedział, że faktycznie wzorowany jest ubiór ułanów pruskich na umundurowaniu polskich ułanów, lecz każda część ubrania jest spaskudzona, przede wszystkim rogatywka i dolna część, czyli spodnie, bo są bez lampasów i długich, niezgrabnych butach. Po tym zbliżyłem się do tych Prusaków a oni mi włożyli tą spaskudzoną rogatywkę na głowę, z czego jako dziecko byłem dumny, ja miałem rogatywkę polską.

Odpusty w Pępowie

Odprawiały się trzy i to: na Szkaplerzną 15 lipca, 14 wrześniana Podwyższenie Krzyża i na św. Jadwigę 15 października. Na te odpusty zjeżdżało się bardzo dużo przekupniów, tzw. budziarzy ze zabawkami, dewocjonaliami, piekarze z pierniczkami, cukierkami, a nawet rzeżnicy z kiełbasą, bo w Pępowie robili doskonałe interesy, bo i parafia duża i zjeżdżało się dużo ludzi ze sąsiednich parafii, lecz pielgrzymek nie było w Pępowie. Natomiast 2 lipca czyli dzień przedtem wychodziła pielgrzymka do Borku, gdzie oczywiście zbiegały się pielgrzymka pępowska i pielgrzymka ze Święciechowy, którzy to katolicy byli pochodzenia niemieckiego i przy tej okazji wzięli się przodkowie Krajków, Thielów, Wirtów oraz Normanów, którzy się tutaj na wskroś spolszczyli. Odpusty w Borku były bardzo liczne jako do cudownego obrazu udawali się ludzie do I wojny światowej. Pielgrzymka do Borku ma tradycję około dwusetletnią.

Pogrzeby

W owych czasach pogrzeby miały odmienny charakter przy dzieciach, młodzieży i dorosłych. Oczywiście odmawianie różańcawieczorem bez wyjątku był odprawiany równo.

Pogrzeb dziecka był taki: chłopczyka do grobu niosły dziewczynki, a dziewczynkę nieśli do grobu chłopcy. Kawalerowi niosła narzeczona lub panna z sąsiedztwa wieniec w asyście dwóch młodzieńców, która postępowała przed trumną. Pannie dla odmiany niósł na poduszce wianek mirtowy narzeczony lub kawaler, przyjaciel w asyście dwóch panien. Po pogrzebie odbywała się zwykle biesiada. (…) [Tekst trudno czytelny – jedno zdanie – przyp. J.P.]

Pogrzeby starszych odprawiały się przy uczestnictwie całej wsi, gdzie przez całą drogę do Pępowa śpiewali uroczyście pieśni pogrzebowe do św. Barbary, do św. Józefa i Matki Boskiej. Opłata za pogrzeb zależała ściśle od charakteru danego proboszcza, a byli tacy, że cherlaka darmo ksiądz pochował.

Ówczesne miasto w oczach moich

                       

Pierwszy raz zawieźli mnie rodzice do pobliskiej Krobi na jarmark św. Idziego. Byłem zachwycony tak wielkim ruchem i wyborem towaru, którego była niezliczona ilość,bo i kupcy miejscowi byli zamożni, jak bardzo duża ilość kupców ze Śląska, dowieźli tyle towarów ze Śląska, by całą okolicę sprowadzić, żeby ten towar wykupić. Co tam nie było: Ślązacy wystawili niezmierną ilość manufaktury. Szewcy z okolicznych miast, a przede wszystkim z Kobylina i Zdun dużą ilość obuwia. Gostyńscy rymarze i powożnicy wystawili piękne bryczki i uprząż. Miejscowi rzemieślnicy wystawili narzędzia rolnicze najnowsze: pługi fabrykowane w Lipsku i do niego pomniejsze sprzęty jak dwupłużek, radło do wyradlania ziemniaków oraz fabryka z Wrocławia i to żniwiarki, kosiarki nawet snopowiązałki oraz młócarnie agregatowe szerokomłotne i śrutowniki, a Karol Torman wystawił nawet agregat młocarniany parowy. W tych czasach koniunktura była bardzo dobra, to rolnicy mieli pieniądze, to kupcy dobre interesy robili, bo prusacy mówili: “Statt der bonner geld hatt daganze Welt”. Kłopotu z kupnem nie było żadnego, lecz kłopot był i to rodzice odczuwali i z opieką lekarską ludzi i zwierząt, bo opieka lekarska była bardzo droga i jej było za mało, tak jak na przykład świnia na różycę zachorowała, to zdążyła cała świniarnia wyzdychać. Nawet mój ojciec mało korzystał z opieki lekarskiej i pozwolił się rozwinąć duszności to po ataku i już z tego się nie wyleczył i po sześciu latach zmarł, czyli mając dopiero 65 lat.

Gościnność        

Za moich czasów pijaństwobyło bardzo szykanowane, bo po pierwsze ówczesny proboszcz pępowski ks. dziekan Waściński na każdym swoim kazaniuszkalował pijaństwo, bo mając w rodzinie szwagra, dobrego pijaka, bardzo był pijaństwem zgorszony. W Gębicach takim typowym popijakiem był Józef Szczęsny, poprzednik Stanisława Walorskiego. Oczywiście przy targach i jarmarku to sobie z przyjaciółmi wypili po kwaterce, która kosztowała tak bzdurną sumę 20 fenigów. Także i prasa szykanowała pijaństwo, a polecała oszczędzać pieniądze i wykupywać wszystkie posiadłości żydowskie i nawet niemieckie, na co mamy dowód, że nawet folwark Gębice raz kiedyś był wykupiony z rąk niemieckich. Na tą sprawę założyli ks. Koczwara i paru gospodarzy, jak: Wawrzyniak ze Skoraszewic, Matuszkiewicz z Krzyżanek i Sierpowski z Gębic tzw. Bank Ludowy w Pępowie P.G. m.n.k. tzn. “Spółdzielnia z nieograniczoną poręką”. Bank ten mieścił się w tych czasach, gdzie teraz jest piekarnia Fl. Matuszewskiego. Tak też prawie w pępowskiej gminie prawie Niemców nie było, wyjątkowo w Czeluścinie, gdzie to Morawski sprzedał folwark Komisji Kolonizacyjnej, która tam osadziła Niemców i nazwali tą kolonię Deutschrode. Na co mój ojciec bardzo się gorszył, i miał szlachtę za utracjuszy i sprzedawczyków. W tych czasach wydarzył się przypadek zabójstwa w Gębicach, bo pijany Radojewski, ojciec Mikołajczykowej, zaczepił z dubeltówką sąsiada Piotra Biernackiego. Ten jadąc z pola od wożenia gnoju z hakiem w obronie własnej uderzył Radojewskiego tymże hakiem, ogłuszył go, który po pewnym czasie zmarł. Piotr Biernacki, że uczynił to w obronie własnej, nawet za ten czyn nie był przez sąd pruski karany.

Założenie kółka rolniczego

W Pępowie po założeniu Banku Ludowego i także w tym lokalu założono kółko rolnicze. Pierwszym prezesem był ks. Koczwara ze Skoraszewic, pochodzący z chłopów i troszczący się o chłopów tylko w pierwszej fazie tak bardzo się nie rozwijało stowarzyszenie, bo nie mieszkał on w Pępowie i bardzo [był – przyp. J.P.] szykanowany przez Prusaków i przezto mu przeszkadzali. Dopiero gdy przyszedł do Pępowa ks. M. Tomaszewski, tenże przy pomocy Edwarda Potworowskiego z Goli, ówczesnego opiekuna powiatowego kółek rolniczych rozwinęli Kółko Rolnicze w Pępowie do 222 członków. Działo się to w roku 1915-1916. Zarząd kółka wówczas składał się: ks. Tomaszewski – prezes, Tomasz Poprawa – sekretarz i Piotr Krajka – skarbnik. Kółko rolnicze wówczas uczyło gospodarzy nowoczesnej gospodarki i przysposabiało obywateli patriotycznie do mającej powstać Polskiej Rzeczpospolitej.

Muszę wspomnieć o warunkach jak objął po ks. Waścińskim [probostwo – przyp. J.P.] ks. Tomaszewski, przede wszystkim w kasie kościelnej zastał dość poważny kapitał i drugie ś.p. ks. Waściński wykupił drogą zamiany, jeszcze niegdyś oborę, szpitalik i tam w roku 1913 zrobiono 2 salki i te służyły jako klasy do nauki religii, a w niedzielę do odprawiania zebrań i tu odprawiało kółko rolnicze swoje zebrania i założone w 1913 roku Towarzystwo Robotników i także założone w 1917 roku Towarzystwo Młodzieży Polskiej. W tym towarzystwie uczono młodzieży pieśni narodowych, gier sportowych i miłości ojczyzny, poezji, deklamowania wierszy pięknych naszych poetów i także urządzanie wieczornic z wyświetlaniem obrazów narodowych z życia Kościuszki, z powstań listopadowego i styczniowego. Te imprezy postawiły młodzież na bardzo wysoki poziom narodowy i patriotyczny, i gdy wybuchło Powstanie Wielkopolskie, to młodzieży z Pępowskiego tyle się zgłosiło, że nawet nie było dla nich broni i ja sam jako chłopiec wówczas 15-letni miałem ochotę pójść na powstanie, lecz nam kazali być w domu jeszcze.

Bo nam w tym czasie zachorował śmiertelnie ojciec i musiałem w gospodarstwie jego zastąpić. Ojciec ustosunkowany do szlachty był negatywnie i zawsze wspominał,  że Polskę zaprzedali i trzymał się od szlachty z dala. Bo wówczas ich tam nawet nie było tak widocznym bo i patriotycznie się wówczas ustosunkowali, nawet propagowali patriotyzm.

Przy darciu pierza raz też zapytałem babci, która była rodzona w 1844 roku dlaczego pola na północ od Gębic nazywa się Brzostówki. Na to odpowiedziała mi babcie które darły pierze, że okolica Pępowa i Gębic była cała zalesiona, a że na północ od Gębic rosły brzozy, z tego te pola nazywają się po dziś dzień Brzostówkami. Opowiadały jako naoczne świadki o epidemii cholery w 1850 roku i wskazywały wszystkie miejsca chowania ofiar tej epidemii, coraz na mapce i opowiadała babcia, ze wtenczas była polecana bardzo wódka do picia i tabaka do zażywania, co w dużej mierze odkażało człowieka. Także ofiarę cholery zaraz po zgonie w tej chwili chowano ażeby się epidemia nie rozeszła, co nawet miało się zdarzać, że mniemany umarły po zakopaniu odżywał i dopiero się udusił.

Wspominały babcie także o przejściach wojsk napoleońskich i za nimi rosyjskich. Francuzi podobno z zimna z chleba wyjadali śródkę, a skórkę od chleba wdziewali na nogi, z czego jak ojcowie byli bardzo zgorszeni. Przed Rosjanami musiały się kobiety bardzo strzec. I wówczas wspominały babcie także o gościńcach, że były w każdej wsi, a nawet dwa, jak jeszcze za naszych czasów w Siedlcu, a ponieważ tam epidemia cholery wygubiła najwięcej ludzi, to też najdłużej się tam gościńce utrzymały. Na to mamy jeszcze poświadczenie, bo stoją jeszcze budynki, które nazywają się gościńce w Gębicach, Krzekotowicach, Czeluścinie, Siedlcu i Ludwinowie oraz w Pępowie na posiadłości Heinsza. Także opowiadały babcie, że w wymienionych gościńcach dawniejszymi czasy odprawiały się tak zwane muzyki, i to w karnawale do wielkiego postu. Tam w mięsopusty trwała muzyka do środy popielcowej i także katarzynki czyli kiernozy. Co za naszych czasów już nie było praktykowane i juz w ten czas były modne zabawy na wolnym powietrzu czyli majówki, na których przygrywali już muzykanci: trąbka, klarnet, bas lub bęben. Babcia wspominała także, iż jej ojciec nastał po uwłaszczeniu z Gościńca z Gębic, a resztę gospodarzy ze wsi pańszczyźnianej Bugaju leżącego blisko granicy Potarzycy, obok czego szła droga z Krobi zapłociem potarzyckim prosto do Pępowa.

Zbyt produktów rolnych

Zboże ojciec sprzedawał przeważnie w Krobi i to Romanowi Furmanowskiemu, który konkurował z Żydami Borgmanem i Korytowskim, a ojciec jako szczery Polak popierał konkurentów Żydów, którzy okazywali się pijawkami narodu polskiego.

Żywiec skupowali w domu rzeźnicy i to dla swojego wyrobu i dla dalszej sprzedaży do większych miast na czym bardzo dobrze zarabiali, a byli to rzeźnicy przeważnie z Krobi i Kobylina i także z Pępowa bo ostatnio aż trzech rzeźników w Pępowie.

Nawozy sztuczne i węgiel sprowadzał krewniak Waszyński z Magdalenek i także kupiec Begale z Pępowa i to towar był odbierany wprost z kolei, czyli kalkulowany przez to był taniej. Ostatnio otwarł sklep około 1906 roku sklep spożywczy i także z odzieżą

M. Wiatroszyk rodem ze Srók, ożeniony z siostrą matki Apolonią, która jeszcze żyje w Baszkowie, gdyż w 1920 roku kupili sobie własność, tj. kamienicę ze składem i 2,5 ha ziemi.

Plebania w Pępowie

W dniu 22 maja 1914 roku rano usłyszałem bicie dzwonów w kościele parafialnym w Pępowie, zaraz potem przybyła wiadomość, że umarł ks. dziekan Waściński, mając lat 72, czyli już starszy, a 16 lat pracował jako proboszcz w Pępowie i ciekawe było, że w podeszłym wieku przyszedł do Pępowa. Na to odpowiedział mi jego sługa i grabarz Franciszek Kaczmarek. W roku 1898 jechał von Hansemann jako prezes (Ostmarkvereinu) z Rawicza i zastała go w Sobiałkowie szalona burza, gdzie ks. Waściński był proboszczem i tam na probostwieów hansemann jako pępowskiego kościoła patron zanocował. A że ksiądz Waściński go bardzo dobrze ugoscił, co bardzo się Hansemannowi podobało i z tej racji zaangażował ks. Waścińskiego na osierocone po śmierci ś.p. ks. Jarochowskiego w roku 1898. I znowu po śmierci w roku 1914 ks. Waścińskiego po wybuchu wojny syn owego Hansemanna Albert będąc oficerem szpitalnym pruskiej armii w pierwszej fazie wojny po spaleniu Kalisza biwakowali w Ostrowie w hotelu i tam zapytał kolega Hansemanna nad czym tak duma, a ten odpowiada, ze nie może wybrać sobie proboszcza. To ten kolega będąc od Ostrowa zatelefonował po ks. Tomaszewskiego, który był proboszczem w Baszkowie, który bardzo dobrze mówił po niemiecku i przedstawił się bardzo przystojnie i od razu został zaangażowany jako proboszcz do Pępowa i tu urzędował jako proboszcz do śmierci w roku 1940, czyli przez 26 lat. Umarł na udar serca jak hitlerowcy zdobyli Paryż.

Wybuch wojny światowej 1914

Jak nas Niemcy uczyli w szkole, ze Wilhelm II cesarz niemiecki jest bardzo paradny i pyszałkowaty i bardzo dba o wojsko, które było ubierane bardzo paradnie. To też i bojowo było bardzo intensywnie ćwiczone. A że Wiluś II chciał też, jak jego dziadek Wilhelm I, nosić tytuł wielkiego, czyli (Kaiser Wilhelm II der Grosse) przygotowywał się do wojny. Zawarł przymierze z Austriją i Włochami czyli tak zwany (Dreibund), a miał bardzo dobrego poplecznikaw austriackim następcy tronu Ferdynandzie na którego w czerwcu 1914 roku serbski student zrobił zamach w Sarajewie na pograniczu Serbii, który się udał czyli ks. Ferdynand został zabity i w miesiąc później Austria wydała Serbii wojnę 28 lipca. W trzy dni potem czyli 1 sierpnia 1914 roku Wiluś wydał wojnę Rosji carskiej pod pretekstem, że kozacy rosyjscy napadli na granicę pruską, co później się wyjaśniło od mieszkańców pogranicza, że nikt nigdy nie widział rosyjskiego kozaka. A że Rosja była w Trójporozumieniu z Francją i Anglią to całej tej Entencie jak ją wówczas nazywano Wiluś II wydał wojnę i porozwieszali plakaty tak duże jak wiejskie wrota (Mobilmachung) i wojnę (Bekanntmachungs) i po zebraniu wojska, co trwało tylko trzy dni prusaki napadły granice ówczesnego Królestwa Polskiego  i po przejściu granicy spalili Kalisz i delikatniej się też nie sprawili na zachodzie chcąc sobie skrócić drogę w napaści Francji napadli Belgię którą też pobili.

Ta impreza Wilusia zabiła 15 chłopa w sile wieku z samych Gębic na  zmobilizowanych 35. Wobec takiego ubytku ludzi to też o robotnika było bardzo trudno to też dzieciami prusaki poganiały, stopniowo w czasie wojny w szkole tylko dwie godziny dziennie były, i to tylko schodziło na sławieniu wojsk pruskich jakie zwycięstwa odnieśli.

Wspomnienia przodków

Ojciec wspominał, iż dziadek, czyli Marcin Rupociński, opowiadał o przebudowie wieży kościelnej i bocznych naw oraz że pieniądze na to wykopane zostały przez kobiecinę w ogrodzie nad stawem przy folwarku w Pępowie oraz że także za te pieniądze zostały odbudowane dobra chocieszewskie i parę folwarków dokupiono. Wspominał także o kosynierce w 1848 roku, że szlachta zaprzedała chłopstwo. Wspominał także o Kalikście Bojanowskim że taki był zły do chłopów i służby. Matka wspominała o Gostyńskim z Gębic, który jako napoleończyk kulał na nogę i za jego czasów był wiatrak w Gębicach, który później był przeniesiony na Elencinie oraz że za Gorzyńskiego była cegielnia w Gębicach tuż pod lasem, gdzie była wypalana cegła na pałac, spichrz i oborę oraz stodoły, gdyż za jego czasów było to budowane czyli około 100 lat temu. Wspomniany wiatrak jest także w książce Bojanowskiego Rękopis dla wnuków opisany. Wspominała matka także że Gorzeński sprzedał Gębice Niemcowi Luckiemu. Lecz Lucke nie był długo w Gębicach bo synek jego zastrzelił przez nieuwagę drugiego synka tuż koło ogrodu i tam rósł długo płaczący jesion.

Po tym wypadku sprzedał znowu Gębice Lucke hrabinie rodem z Chocieszewic Marji Mycielskiej, która zmarła w 1917 roku i zapisała folwark swej krewniaczce Mycielskiej Zofii zamężnej w 1918 roku za legionistę porucznika Stanisława Rostworowskiego. Nadmieniam, że Maria Mycielska kupując Gębice z braku gotówki zaprzedała las bez ziemi Żydom, którzy las wyrżnęli i rozprzedali, a za uzyskaną gotówkę zapłaciła należność za folwark Gębice, a nie mając gotówki na wykarczowanie polesiska, urósł las z pieńka na nowo, którego do dziś można jeszcze oglądać dęby w lesie gębickim wyrosłe od pieńka. Ten wspomniany las [osadzony profilem – tekst nieczytelny – przyp. J.P.] granicznego wychodzi tak, iż Mycielska otrzymała go jako posag z Chocieszewic. Chocieszewice zapisał Teodor Mycielski ówczesny świeżo upieczony hrabia swemu synkowi z drugiego małżeństwa coś około 1875 roku i tenże Ignacy już w 1880 roku podobnie przegrał w karty z najwyższymi dostojnikami pruskimi tj. ks. Radziwiłłem, adiutantem Wilhelma I oraz jego kasjerem i radcą Arminem von Hansemannem. Tegoż syn ówczesny prezes (Ostmarkvereinu) zginął w zamachu na polowaniu w Egipcie coś około roku 1910. Wspominała matka także, że przed sprzedażą , a raczej przegraną majątku Chocieszewic – folwark Dąbie dzierżawił niejaki Prądzyński, prawdopodobnie były dowódca w powstaniu styczniowym. Wspominała także, że Mycielscy nie mogli wygospodarzyć się w Chocieszewicach, a Niemcy doprowadzili majątek do tak dobrego rozkwitu. Rozkwit ten był rezultatem wydrenowania gruntów chociszewskich i zmeliorowaniu łąk, gdyż utrzymywali nawet specjalnego łąkarza. Matka wspominała, że przed wydrenowaniem gruntów w okolicy były nieurodzaje przede wszystkim na ziemniaki, a zboża wymokły i rosła tylko kostrzewa to i ludzie słabo się odżywiała, mięsa bardzo mało, chleb tylko razowy a najwięcej jedzono żur, polewkę, groch oraz kluski gotowane z mąki mieszanej jęczmiennej i pszennej. To też się przy słabym odżywianiu wybuchały różne epidemie, które są opisane na stronie […]. To też gospodarze nie trzymali do pociągu koni tylko woły lub zaprzągali krowy, bo bydło rogate jest tańsze w utrzymaniu.

Pole uprawiali w zagony czyli w składy i robili w poprzek poprzeczkę tzn. odloty, a w granicach były rowy do odbioru wody, bo grunty są nieprzepuszczalne i mało spadziste. Nad tymi rowami i przy drogach były sadzone wierzby, których resztki jeszcze spotykamy, ale teraz tak mierzną, bo grunty są wydrenowane a wierzba potrzebuje dużo wilgoci, to też dawniej osuszały ziemię i dawały opał,bo przed położeniem koleji zelaznej węgla w okolicy nie było, a jak chcieli kupić węgla musieli jechać do Rawicza lub Bojanowa i do tych miast są zrobione najstarsze szyny czyli 100 lat temu.

Po uwłaszczeniu czyli regulacji gruntów były i drogi zmienione. I tak droga Siedlec-Gębice została przerwana. Skoraszewice-Gębice została obrócona przez Krzyżanki. Zalesie-Krzekotowice została przerwana. Szarpatki-Gębice została przesunięta. Siedlec do Gostynia została obrócona przez Bodzewko i połączona z drogą z Domachowa. Pępowo-Krobia przez Bugaj została zlikwidowana i przeprowadzona do użytku tzw. droga królewska idąca od Kobylina i Czeluścina przez Szarpatki, Krzekotowice i Gębice do Potarzycy i Krobi drogą tzw. graniczną idącą z Krzyżanek do Lipia została przeniesiona po uwłaszczeniu Ludwinowa przez środek pól ludwinowskich, które były polesiskami, bo jeszcze starsi ludzie wyorywali korzenie i pieńki. Z Ludwinowa poprzez las prowadziła ścieżka przez były folwark Kościuszków i nad kanałem prowadziła do Pępowa. Ta ścieżka została nawet przy parcelacji Kościuszkowa uwzględniona i w mapie istnieje, lecz teraz pieszo ludzie nie chodzą i została zaniechana.

            Wspomnienia ojca o Ha. Ka. Ta., czyli zarządu Ostmarkvereinu.

Stowarzyszenie to miało za zadanie zniemczyć całą Wielkopolskę i włączyć ja do Rajchu jako ich „Futerkammer”. Nawet zdążyli Piłsudskiego przekonać, że już jest cała Wielkopolska zniemczona. A jak ją zniemczyli przekonali się na Powstaniu Wielkopolskim, którego 43 rocznicę w tych dniach obchodzimy. A więc do zarządu tej niecnej instytucji należeli właściciel Chocieszewic von Hansemann jako prezes, von Kennemann były właściciel Pudliszek jako sekretarz oraz właściciel z Gostkowa von Tiedemann jako skarbnik czyli w skrócie Polacy nazywali Hakatą albo Polakożercy. Praca tej instytucji polegała na wykupywaniu ziemi z rąk polskich, wciągać nauczycielstwo do swego związku i wcielać im wstręt do języka polskiego, a za najlepsze nauczanie języka niemieckiego dostawało nauczycielstwo taki dodatek, tzw. Ostmarkenlage.

Oprócz tego zabraniano się Niemcom uczyć języka polskiego i nim rozmawiania. Osadzić jak najwięcej tzw. parcelarzy czyli osadników niemieckich oraz urzędników i robotników we wszystkich zakładach pracy. Istniała w Gębicach piosenka antyniemiecka:

                        Oj ty niemczyku

                        w tej krótkiej katance

                        nie będziesz się zalecał

                        tej mojej kochance.

                        Bo kochanka moja

                        wyznania naszego

                        a ty niemczyku

                        ty jesteś luterskiego.

                        Oj wy Niemcy

                        wy nie wiecie

                        wasza wiara

                        siedzi w życie.

                        Jak Polacy żyto zerżną,

                        waszą wiarę diabli wezmą.

Wspomnę o końcowej fazie owych filarów Hakaty. Von Hansemann wyjechał około 1910 roku na reprezentacyjne polowanie do Egiptu i tam go zastrzelono. Von Kennemann po wybuchu Powstania Wielkopolskiego wrócił do Niemiec. Tak samo uczynił von Tiedemann.

Co jest zapisane,

nie będzie zamazane.

                     Rupociński

Opracowanie i redakcja Jan Poprawa

Jadąc na początku grudnia 1918 roku z Berlina do Poznania, a wracają z rewolucji wojskowej, spotkałem w przedziale wagonu kolegę ze studiów we Wrocławiu śp. dr. Marchlewskiego. Od razu nie poznałem go, ale w rozmowie z innymi panami nieznanymi poznałem go po akcencie (polskim). Na korytarzu zmówiliśmy się, bo dr M i mnie nie poznał, byłem bowiem w mundurze. Zapytany, co te czerwone oznaki z napisem „Arbeiter u. Soldentenrat” mają za powód, opowiedział mi dr M. o wszystkim, przy czym zwrócił mi uwagę na to, co się obecnie przygotowuje w kołach patriotów polskich. Ponieważ znaliśmy się z dr M, z tajnej organizacji akademickiej, więc dr M z całą otwartością naszkicował mi, o co się właściwie rozchodzi. Ja mu przyrzekłem, że będę jako starszy oficer stał do „dyspozycji”, rozejrzę się w domu (Poniecu) pomiędzy żołnierzami Polakami i przyjadę do Poznania celem dalszych narad. Po stwierdzeniu, że duch wśród naszych żołnierzy, którzy wrócili z wojny jest bojowy i chłopstwo zdecydowane na wszystko, pojechałem do Poznania, zameldowałem to i zapisałem się na ul. św. Marcina do listy oficerów, chcących się wdać w bój powstańczy. Bo to już mi było wiadome, że do powstania przyjdzie, a rozchodzi się tylko o moment ruchawki. Poinformowano mnie, że przygotowania są w toku, nie tylko w Poznaniu, ale także na prowincji. Prosiłem tylko o to, abym mógł troszkę odpocząć, bo byłem fizycznie bardzo zmarnowany i wycieńczony. Ale zapowiedziałem, że jestem w każdej chwili gotów stanąć na zew. Wiedząc, że dr M jest jednym z czołowych mężów politycznych, nie szukałem dalszego zetknięcia się z innymi, lecz wróciłem do domu, aby odpocząć i przyjść do siebie.

W grudniu utworzył się „Soldaten u. Arbeiterrat” w Poniecu. Członkowie chodzili do mnie, aby otrzymać wskazówki. Na zebraniu w ratuszu ponieckim, które zwołał landrat Lucke w obecności delegata p. Dabińskiego, byliśmy żołnierze w przewadze, lecz nie występowaliśmy agresywnie, nie chcą zdradzać naszego pogotowia. Mężem zaufania powiatowych sfer, przygotowujących ruchawkę w Poniecu był, p. Beczkowski, stary „Sokół” i działacz społeczny. Pewnego dnia w grudniu zwołano posiedzenie zarządu „Arbeiter u. Soldatenrat” do domu Banku Ludowego, na którym byli obecni między innymi dr M, Nowakowski oraz ks. dr Skrzydlewski, proboszcz. Na zebranie to wprowadzili mnie żołnierze, a przybył na nie delegat Rady Ludowej z Gostynia p. Langner. Omawiano kwestię, czy brać czynny udział w ewentualnym powstaniu lub nie. Ks. dr Skrzydlewski był przeciw zbrojnemu wystąpieniu, wskazując na to, że Niemcy mają armaty, a Polacy kije. Dr Nowakowski orzekł się bardzo stanowczo za czynem zbrojnym. Z p. Langnerem porozumiałem się po cichu, że nie będę zabierał głosu, aby się nie zdradzić. P. Langner odebrał ode mnie przyrzeczenie, że na wezwanie Powiatowej Rady Ludowej w Gostyniu stanę każdej chwili do dyspozycji, obojętnie do czego mnie Rada zobowiąże. Aby zaś wiedzieć, na ilu chłopa mogę liczyć w Poniecu i w okolicy, wpadłem na myśl uroczystego wprowadzenia w Nowy Rok żołnierzy, powracających wojny światowej, do kościoła na uroczyste nabożeństwo i do komunii św. Uzgodniłem to wprzód  z śp. ks. radcą Namysłem, a potem poprosiłem ks. dr. Skrzydlewskiego o takie nabożeństwo i o wprowadzenie nas z Rynku do kościoła, co też się stało. Stanęło do apelu 800 chłopa z parafii ponieckiej na targowicy i w szyku wojskowym przy pieśni „Kto się w opiekę” poprowadziłem ich  przez ulice Ponieca na Rynek, skąd nas duchowieństwo wprowadziło do kościoła.

Po dniu 28. XII. 1918, a więc po rozpoczęciu powstania, otrzymałem z Gostynia nakaz trzymania się w pogotowiu, bo każdej chwili mogą po mnie przyjechać, celem objęcia komendy nad powstaniem w powiecie gostyńskim. To awizo cichaczem podałem dalej kilku zaufanym żołnierzom, pomiędzy którymi był plutonowy Thiel, najruchliwszy ze wszystkich. Teraz już nie miałem chwili spokojnej, bo obawiałem się, że Niemcy przez ustawiczne chodzenie żołnierzy do mnie spostrzegą robotę naszą i mnie zabiorą. Dlatego byłem w pogotowiu, a w okolicy mojego rodzicielskiego mieszkania patrolowało bezustannie, a niepostrzeżenie, kilku chłopów, zdecydowanych na wszystko; wodzem ich był wspomniany Thiel.

Dnia 6. I. 1919 r. popołudniu otrzymałem zawiadomienie, że Rada Ludowa w Gostyniu zdecydowała się na czyn zbrojny. Zarazem zakomunikowano mi, że każdej chwili zajedzie samochód po mnie z wyraźnym rozkazem. To też w nocy z 6 na 7 I. 1919 przyjechał do mnie śp. Leon Włodarczak z rozkazem natychmiastowego stawienia się w Gostyniu, celem rozpoczęcia akcji zbrojnej. Natychmiast wyjechałem z nim w drogę po pożegnaniu się ze staruszkiem ojcem, którego pozostawiłem na łasce Bożej. Zatrzymaliśmy się w Żytowiecku u pp. Weissów, gdzie na mnie czekał późniejszy por. rez. Gomerski, który oświadczył mi że muszę akcję uchwycić w swoje ręce, bo nie ma ani jednego innego oficera. Z por. Gomerskim wyjechałem do Gostynia do Strzelnicy.

Tutaj oczekiwali mnie członkowie Rady Ludowej, jak ks. Grzęda, proboszcz z Gostynia, p. szambelan E. Potworowski z Goli i pp. Woziwodzki, Polaszek, Langner i inni. Panowie ci oświadczyli mi, że Rada Ludowa w Gostyniu uchwaliła w ręce moje oddać kierownictwo powstania w gostyńskim powiecie. Wyraziłem na to swoją zgodę, ale zastrzegłem się, że akcja wojskowa należy odtąd li tylko do mnie i że za nią biorę całą odpowiedzialność pod każdym względem, albowiem  taką akcję może prowadzić tylko jeden dowódca i to wojskowy, inaczej bowiem nie rozumiem działania powstańczo-wojennego. Panowie ci oświadczyli mi, że na to się najzupełniej godzą i że inaczej nie rozumieliby moich dalszych poczynań. Wtenczas podałem im rękę uczciwego Polaka i obowiązkowego żołnierza. Z tym momentem uważałem się za uprawnionego i legalnego dowódcę powstania w powiecie gostyńskim. Uchwała Rady Ludowej w Gostyniu w dniu 6. I. 1919 r. o rozpoczęciu akcji zbrojnej i rozesłanie rozkazów zbiórki żołnierzy do Gostynia stanowią akt historyczny powstania wielkopolskiego w powiecie gostyńskim. Pierwszy zaś mój rozkaz obsady pogranicza powiatu gostyńskiego pod Poniecem stanowi pierwszy legalny akt pracy wojskowej w powiecie gostyńskim, jak w ogóle w całej dalszej akcji boju powstańczego „Grupy Leszno” na froncie południowo-zachodnim Wielkopolski.

Świat się zmienia. Odchodzi od nas coraz więcej naocznych świadków tragedii wywołanej przez nienawidzących Polskę i Polaków nacjonalistów niemieckich i podobnych im bolszewików. W chwili wybuchu tej wojny miałem ukończonych 10 lat, ale nie dane mi było pójść w dniu 1 września 1939 roku do szkoły kierowanej przez Szczepana Kaczmarka, rozstrzelanego na gostyńskim rynku w dniu 21 października tegoż roku. Zaczęła się bowiem poniewierka, niszczenie wszystkiego, co polskie. Mnie i tysiącom dzieci polskich hordy niemieckie i sowieckie odebrały całe dzieciństwo. Pozbawiły nas możliwości nauki. Skazały na głód i niedostatki na ból i strach.  

Postanowiłem zebrać wspomnienia chociaż z kilku zdarzeń i sytuacji, w których uczestniczyłem i zadedykować je moim ukochanym wnukom – Wojtusiowi Hasińskiemu i Bartkowi Kucharczykowi, aby wiedzieli, choć w małym wycinku, czego ich dziadek był świadkiem w okresie tej okrutnej II wojny światowej.  

2 września 1939 roku, około godziny 5 rano, ulicą Św. Ducha w Gostyniu, gdzie mieszkaliśmy, zaczęły przechodzić stada bydła pędzonego od strony Leszna, tj. od strony granicy z Niemcami. Majątki ziemskie leżące na zachód od Gostynia ewakuowały posiadane zwierzęta w obliczu wybuchającej wojny. W czerwcu ukończyłem 10 lat, brat był o rok młodszy. Rodzice Kazimierz i Stanisława już od kilku dni mieli spakowane rzeczy, złożone w pięciu walizkach. My z bratem w małej walizeczce zebraliśmy nasze zabawki, z którymi następnie przeżyliśmy całą naszą ucieczkę. A zaczęła się ona tego samego dnia około godziny 10, kiedy to znaleźliśmy się w jednym z wagonów towarowych pociągu ewakuacyjnego na gostyńskim dworcu PKP.  

Pociąg nasz, jadący od Leszna z rodzinami urzędników państwowych, samorządowych i innych, w południe zajechał na dworzec w Jarocinie. Tutaj przeżyliśmy pierwszy alarm lotniczy. Kolejarze i jacyś cywile z opaskami kierowali nas do schronu – piwnic pod dworcem. Grupa chłopców, w której byłem, zatrzymała się na schodach. Potem, już z peronu, widziałem na niebie dwa samoloty. Mówiono, że Niemca gonił jakiś znany polski pilot. Pogoń była skuteczna, bo po pewnym czasie alarm odwołano. Nasz pociąg, po doładowaniu następnych uciekinierów, ruszył w trasę. Pod wieczór, z małymi przestojami, dojechaliśmy do Wrześni.  

Tutaj już na swój sposób czułem niezwykły stan zachowań. Wszędzie pełno wojska. Transporty kolejowe z żołnierzami, a nad nimi przelatujące samoloty – pojedynczo i grupami. Co chwilę odzywały się serie karabinów przeciwlotniczych i dział. Samoloty latały wysoko – na pułapie gdzieś 2-3 tys. metrów. Ponieważ pogoda była dobra, doskonale widoczne były czarno-białe krzyże na skrzydłach. To byli Niemcy. Potwierdził to zresztą emerytowany kapitan WP z Gostynia Władysław Nawrocki, który razem z nami jechał pociągiem ewakuacyjnym. Znał mojego ojca i stale o czymś dyskutowali, a noszoną przez niego lornetką dorośli uczestnicy ucieczki obserwowali przelatujące samoloty. W nocy pociąg „skokami” po poszczególnych stacyjkach przepuszczał jadące transporty wojska i przesuwał się w kierunku Konina.  

Dłuższy postój w dniu 3 września miał miejsce na bocznicy stacji Patrzyków. Tego dnia w godzinach popołudniowych mężczyźni z naszego transportu utworzyli pod wodzą kpt. Nawrockiego straż ochrony i prowadzili obserwację otoczenia, by pokazali się dywersanci, dający lusterkami znaki pilotom samolotów latających kolejowym szlakiem. Co pewien czas szły transporty wojska, a nasz postój dłużył się. Gdzieś około 17 znalazłem się z ojcem i jeszcze dwoma innymi mężczyznami z transportu u naczelnika stacji Patrzyków, który – co doskonale pamiętam – z wyraźnym podenerwowaniem mówił „widzi pan, widzi pan ten transport cywilny, który szedł przed wami, został zbombardowany, większość ludzi zabita. A wy chcecie, żeby was puścić”. Faktycznie, przedtem było słyszalne ciężkie dudnienie samolotów i wybuchy.  

Pod wieczór przyszedł kolejny transport wojska z działami, samochodami i m.in. kuchniami. Wagony toczyły się bardzo wolno i byłem świadkiem, jak jadący dotąd w naszym pociągu młody mężczyzny z drewnianą walizką w ręce, usiłował wskoczyć na stopień wagonu – lory z dymiącą kuchnią, wołając, że musi dojechać na punkt mobilizacyjny – o ile dobrze usłyszałem – do Grodna. Stojąc na wagonie oficer z pistoletem w ręce krzyczał z kolei, żeby zeskoczył ze stopnia, bo go zastrzeli. W końcu człowiek ten wróciło naszego pociągu. Już w zapadającym zmroku ruszyliśmy do przodu.  

Po kilku, może kilkunastu kilometrach jazdy po chyboczących się szynach minęliśmy miejsce zbombardowania pociągu poruszającego się przed nami, o czym mówił naczelnik stacji Patrzyków. Wraki wagonów, wyrzucone z nasypu, leje po bombach i cała masa zniekształconych ciał zalegały razem na poboczach toru. Szczególnie utkwiły mi w pamięci szczątki korpusu ludzkiego, a w innym miejscu nogi zwisające z plątaniny drutów trzymającej się częściowo linii telegraficznej i słupów biegnących wzdłuż toru.  

Już po wojnie, jeżdżąc często pociągami na linii Poznań-Warszawa, te widoki przychodziły mi stale przed oczy. Zawsze w szczególny sposób przeżywałem jazdę pomiędzy stacjami Września-Koło. Faktycznie, dla mnie, 10-latka były to pierwsze tak straszne obrazy, z którymi i później przyszło mi się jeszcze wielokrotnie w czasie wojny spotykać.  

Nie sposób pominąć ofiarności naszego polskiego wojska i tych oddziałów, które pod bombami naprawiały szkody na torach, a pociągi, chociaż z przerwami wciąż parły na wschód, na Warszawę.  

4 września 1939 roku po południu był długi postój za Kramskiem. Samoloty niemieckie, jeśli tylko nie było grzechotu broni przeciwlotniczej, latały nad nami coraz niżej. Nareszcie pociąg ruszył na znak przybyłego pieszo kolejarza w mundurze, bo żadna sygnalizacja semaforowa już nie działała. W tym momencie w umyśle mego ojca coś zaświtało. Sam nie umiał tego później sobie i nam wytłumaczyć. Krzyknął do mamy: „Stasia, podawaj walizki i dzieci. Wysiadamy”. Biegł przy wolno toczącym się wagonie. Walizki, a było ich 6, i nas odstawiał na bok suchego w tym miejscu rowu. Siedzący w wagonie, tacy jak my uciekinierzy, pytali: „Co pan robi?” Pomogli jednak wysadzić mamę. I w taki to sposób opuściliśmy nasz transport, o którym w ogólnym chaosie nie można było dowiedzieć się, czy i ja daleko dojechał. Miejscem docelowym pociągu miał być Łowicz.  

Zostaliśmy sami w szczerym polu. Ojciec wziął na siebie dwie walizki przewieszone przez ramię na pasku, mama – dwie mniejsze, a ja z bratem – po jednej (on tą z zabawkami). Popędzani jakąś niewidzialną siłą oddalaliśmy się od torów kolejowych. Pole, po którym szliśmy do widocznej na horyzoncie pojedynczej chałupy, wznosiło się lekko w górę. Dobrnęliśmy tam. Ojciec zapytał wystraszonego gospodarz, czy nas przyjmie na noc. Uzgodnili należność. Weszliśmy do domu i w ten sposób zaczął się kolejny etap naszej ucieczki.  

Chałupa, w której się zatrzymaliśmy, była lepianką pokrytą słomą. Wewnątrz, jak pamiętam, była obszerna izba, a obok niej mała kuchnia. Z drugiej strony oddzielony deskami chlewik z 2-3 świnkami i rogatą kozą. Po przespaniu nocy na zaścielonej słomą i kocem polepie zaczął się piękny, słoneczny dzień września. Po opadnięciu mgły widać było jak na dłoni długi odcinek toru, dymy na jego linii – zarówno na wschód, jak i na zachód. W powietrzu utrzymywał się huk latających samolotów. Wszystkie kierowały się na wschód – na Warszawę. Widocznie tor kolejowy był dla nich dobrym oznakowaniem. Był to 5 września. Gospodarz poszedł z siennikiem po słomę do swojego sąsiada zamieszkującego w odległości około 300-400 metrów. Ja z bratem i dwojgiem dzieci gospodarza gapiliśmy się na otoczenie i bawili.  

W pewnym momencie nastąpił nalot. Mogło to być gdzieś między godziną 14 a 16. Na widoczny szlak kolejowy i poruszający się nim transport. Musiał to być transport wojska, bo działo przeciwlotnicze kropiło z któregoś wagonu należycie. Widać było na niebie obłoczki rozrywających się pocisków. Ten ogień obrony spowodował, że samoloty wznosiły się na wyższy pułap i celność bomb zmalała. Widać bowiem było, że padały one z dala od toru w pola, także w naszym kierunku. Nasze matki zorientowały się w powstałym zagrożeniu. Zagoniły naszą czwórkę do izby pod stół i nakryły stertą pierzyn posiadanych przez gospodynię. Po chwili jedna z bomb musiała paść bardzo blisko, bo cała ziemia pod nami zadrżała, z okienka wypadały szyby, a świnki wyrwały się z kojca i jak oszalałe biegały kwicząc pomiędzy nami. Faktycznie bomba padła w odległości 60 metrów od naszej chałupy. W jej ścianach tkwiło wiele odłamków. Do dzisiaj mam jeden z nich, który znalazłem gdy był jeszcze ciepły, na progu chaty, tuż po odlocie samolotów. Starsi orzekli, że gdyby to był dom murowany, to podmuch tej bomby zniósłby go z powierzchni ziemi. Spoceni brakiem powietrza pod piernatami, ale chyba i ze strachu znaleźliśmy się przed domostwem. Widok był straszny. W rejonie linii kolejowej ogień i dymy. Wiatr niósł te dymy z rozwijającego się pożaru wprost na naszą chałupę. Wracając z siennikiem gospodarz z odległości około 200 metrów krzyczał, by się chować bo Niemcy puścili gazy. Znowu znaleźliśmy się w domu i siedzieliśmy z mokrymi chustami na buziach. Nadszedł też ojciec przynosząc z oddalonej o 2 km wsi mąkę, kaszę i tłuszcz. Z tym towarem było u gospodarzy krucho. Ojciec stwierdził, że to są dymy, a nie gazy bojowe i wypuścił nas na dwór.  

Zagrożenie bombardowaniami po ostatnim nalocie stało się dla naszego ojca sygnałem, że trzeba się oddalić od szlaku kolejowego na przyzwoitą odległość. Następnego dnia wynajęty człowiek z wozem konnym powiózł nas do odległej o dobre kilka kilometrów wsi Wielany, leżącej po lewej stronie linii kolejowej Poznań-Warszawa.  

Trafiliśmy do uczynnej rodziny rolnika pana Robaka, który z bratem i siostrami gospodarował na większym areale. Byli to nadzwyczaj uczciwi i przyjaźni ludzie. Odstąpili nam najlepszą izbę w murowanym domu. O ich uczciwości niech zaświadczy fakt przechowywania przez nich do połowy 1940 roku dwóch walizek z pościelą w stanie nienaruszonym. Tutaj byliśmy przez ponad dwa tygodnie. Cały ten czas upłynął na pomaganiu w zbiorze siana i w obejściu. Ojciec, mając przy sobie 3.500 zł, pojechał do młyna i wykupił worek dobrej mąki, której gospodarze nie chcieli przyjąć, ale przekonani, że wypiekany przez nich chleb jest tak smaczny, zapewniali nam go przez cały czas.  

Odgłosy wojny towarzyszyły nam stale. Pomruki latających samolotów i odlegle kanonady artyleryjskie, a szczególnie bitwy pod Kutnem, o której dowiedzieliśmy się znacznie później, były szczególnie słyszalne wieczorami.  

Były też sytuacje groźne. Pewnego popołudnia jakiś samolot przyplątał się nad łąką, na której zgarniane było siano do wywózki. Zniżył się i prał z karabinu maszynowego tak, że liście topoli, pod którymi się schowaliśmy, gęsto spadały na ziemię. Prawdopodobnie bandyta ten cieszył się z tego, że postraszył bezbronnych ludzi pracujących w polu.  

Pewnego dnia po tym zdarzeniu, mogło to być między 15 a 17 września, zjawił się na obrzeżu naszej wsi pododdział artylerii konnej. Jedno działo było ciągnione przez 4 konie. Żołnierze mówili, że jadą na obronę Warszawy. Z gromadą rówieśników ze wsi i dzieci uciekinierów, których podobnie jak my nazbierało się niemało, biegaliśmy między wojskiem. Spoconym, utrudzonym żołnierzom i ich koniom nosiliśmy wodę w wiadrach. Wojsko w tym czasie podjechało pod niewielki zagajnik. Jedni wyprzęgali konie i maskowali działa, inni sprawnie wycięli dwa rzędy sosen i po umocowaniu okrzesanych żerdzi utworzyli z nich bariery, do których wiązali konie w jednym szeregu.  

Przyjazd tego oddziału artylerii musiał wypatrzeć któryś z niemieckich samolotów obserwacyjnych, bądź też był to wynik działania jakiegoś szpiega, gdyż po upływie nie więcej niż godziny zjawił się nad nimi samolot i zatoczył nad laskiem 2-3 kręgi. Nie trwało też od tej chwili wiele minut, gdy nadleciały 3 samoloty i w locie pikującym rozpoczęły ostrzeliwanie z karabinów maszynowych i zrzuty lekkich bomb. Widziałem wyraźne sylwetki pilotów nadlatujących w dół i po ostrzale wzbijających się znowu w powietrze jeden za drugim. Chyba instynkt nakazywał nam umiejętne krążenie wokół grubszych drzew, tak jak to robili żołnierze, aby nie dać się trafić przez pociski karabinów maszynowych. Gorzej było z końmi. Zwierzęta przywiązane już do barier były obrzucane bombami, zrywały się, stawały dęba. Okaleczone, z urwaną nogą, wybiegały na trzech nogach w pole i tam padały. Huk samolotów, strzelanina, rżenie koni – to wszystko tworzyło niepowtarzalny obraz grozy wojny.  

Na własne oczy widziałem też, jak jeden z żołnierzy strzelał do nadlatujących samolotów z ręcznego karabinu maszynowego, oparłszy go na plecach pochylonego kolegi. Być może i to wpłynęło na dość szybkie, jak mi się wydawało, zakończenie nalotu.  

To wszystko działo się na niby w jakimś szalonym filmie. Nim ochłonąłem ze strachu, żołnierze już dobijali okaleczone konie. Zdejmowali z nich szory, ładowali je na wozy taborowe, opatrywali rannych, ładowali ich na wozy, zaprzęgali zdrowe konie do sprawnych dział i wykorzystując zapadający zmrok sprawnie opuszczali to straszne miejsce.  

Po tym zdarzeniu nie tylko mój ojciec, także inni spuścili swoim potomkom bolesne manto. Znalezienie się wraz z wojskiem w takiej opresji mogło się bardzo źle skończyć. Prawdopodobnie jednak Opatrzność nad nami czuwała. Mieliśmy dużo szczęścia. Dodać należy, że nazajutrz – czego można było się spodziewać po Niemcu – nad ten lasek nadlatywały pojedyncze samoloty, ze dwa razy upewniając się, czy nadal nie ukrywa się wojsko.  

Gospodarze nie mieli radia, więc ojciec chodził do jednego z sąsiadów i tam słuchał – jak mówił „Anglii”, szczekaczki niemieckiej, no i oczywiście Radia Warszawa. Przychodził z różnymi nastrojami. Widziałem, że wieczorami siadywał w izbie z gospodarzami i dyskutowali na temat czekającej nas przyszłości. Był zły na Anglików za ich machlojki z Hitlerem przy Austrii, Czechach, a teraz z Polską. Niemców nadal u nas nie było. Oni szli zagonami po główniejszych szlakach.  

Pewnego dnia, gdzieś po 18 września, rodzice postanowili wracać do Gostynia. Wynajmowanymi podwodami konnymi odbywaliśmy powrót bocznymi drogami przez Golinę, Malinie. Tutaj właśnie w Malińcu, napotkaliśmy pierwszych niemieckich żołnierzy. Kwaterowali w wagonach osobowych kolejki wąskotorowej. Było rano, oni myli się pod studnią głośno porykując śmiechem. Szliśmy pieszo, bo żaden z gospodarzy nie chciał przejeżdżać przez utworzony tutaj posterunek żandarmerii polowej. Na tym posterunku wszyscy ci, którzy byli umundurowani, nosili długie, jakby podgumowane płaszcze. Mieli bodaj żółte otoki na czapkach i blaszane półksiężyce wiszące na łańcuchach na piersiach.  

Jeszcze dość daleko od tego posterunku stali Polacy – w różnym wieku – i pouczali, aby wyrzucać posiadane przy sobie noże i inne ostre narzędzia, bo Niemcy rewidują i aresztują posiadaczy takich przedmiotów. Zapamiętałem, że ojciec wyrzucił jakiś pamiątkowy (z Wilna) scyzoryk wielonarzędziowy, a mama noże ze szpicami, jakieś pikulce do mięs itp. Po chwili, kiedy się odwróciłem, zobaczyłem, że ci nasi ziomkowie szukają tych przedmiotów w rowie i chaszczach, kłócąc się o nie między sobą. Tak to wyglądały poczynania naszego pospólstwa na styku z niemieckim najeźdźcą.  

Na posterunku drogowym Niemcy zaglądali do dwóch wskazanych walizek i torby mamy, w której było coś do jedzenia. Ojca obszukali. Ojciec, znając dobrze język niemiecki, wyjaśnił im skąd i dokąd idziemy i po chwili znaleźliśmy się fizycznie pod niemiecką okupacją. Dalsza droga prowadziła przez Murowaną Goślinę, z ominięciem Wrześni, na Borek i dalej do Gostynia.  

W Gostyniu nasza kochana rodzina w składzie: babcia Katarzyna – matka ojca, oraz ciotki Teresa i Ludwika, zrobiły wielkie oczy. Nasze mieszkanie sąsiadowało z ich siedzibą. Były zaskoczone naszym pojawieniem się, bo tutaj dochodziły sygnały o masakrach transportów z uciekinierami i sądziły, że staliśmy się też ofiarami takich zdarzeń.  

Zaczęły się rządy okupanta. Razem z mamą zaniosłem na posterunek policji w magistracie nasze radio „Echo”, bo Polacy musieli radia zdawać. Zachowało mi się jeszcze pokwitowanie odbioru tego aparatu. Niemcy prowadzili aresztowania co znamienitszych Polaków. Ojciec przeżywał te czasy bardzo boleśnie. Aresztowano jego dobrych znajomych, rówieśników: p. Mieczysława Hejnowicza, budowniczego Kazimierza Peiserta, kierownika mojej szkoły p. Szczepana Kaczmarka. Aresztowano właścicieli okolicznych majątków ziemskich, w tym szambelana Edwarda Potworowskiego z Goli.  

Dnia 21 października 1939 roku nigdy nie zapomnę. Z samego rana zajechały na gostyński rynek pomalowane na czerwono samochód osobowy, autobus i ciężarówki. W narożniku rynku, u wlotu ul. Św. Ducha, w odległości około 50 metrów od naszych narożnikowych okien, Niemcy wyrwali prostokąt bruku i wkopali w ziemię rząd podkładów kolejowych, tak długich, że wystawały z ziemi na około 2 metry (faktycznie były to podrozjezdnice). Całą tę ścianę, długą na jakieś 8 metrów, obłożyli workami z piaskiem od dołu do szczytu. Była to, jak się okazało, ściana tzw. kulochwytu, pod którą dokonano egzekucji 30 Polaków, przetrzymywanych w areszcie w ratuszu.  

Około godz. 10.00 zaczęto spędzanie Polaków – mieszkańców Gostynia, i ich ustawianie wokół czworoboku rynku. Około godziny 11.00 zjawił się pluton egzekucyjny w liczbie 30 żołnierzy w mundurach feldgrau, z karabinami, a z nimi oficer, którego rangi wówczas nie znałem. Po chwili z ratusza wyprowadzono 10 aresztowanych wcześniej Polaków i ustawiono w rzędzie pod opisaną wyżej ścianą – palisadą z podkładów.  

Oficer z pistoletem w ręku dał sygnał i padła salwa odbierająca tym nieszczęśnikom życie. Żołnierze strzelali z karabinów typu Mauser, przy czym pierwszy rząd strzelających, ten najbliższy skazańcom, był w przyklęku na jedno kolano, drugi w pochyleniu, a trzeci rząd morderców był w pozycji wyprostowanej.  

Pluton odstąpił na prawą stronę, podjechała tyłem ciężarówka ze słomą na skrzyni, a wyznaczeni z tłumu Polacy wkładali ciała zabitych na samochód. Niektóre ciała poruszały się jeszcze. Samochód przejechał pod naszym oknem w ulicę Tkacką stamtąd na cmentarz.  

Po usunięciu tych zwłok, z ratusza wyprowadzono drugą dziesiątkę skazańców. Ustawiono ich znowu pod ścianą z worków i podkładów. Oficer dowodzący zbrodniarzami stanął z lewej strony i w tym momencie stała się rzecz niespodziewana dla oprawców. Stojący w rzędzie pierwszy od lewej, a tyłem do strzelających, Polak odwrócił się szybkim ruchem i z całej siły uderzył, bodaj w twarz, tego oficera. Niemiec przewrócił się. Widziałem jak się zbierał z ziemi. W tym czasie doskoczyli do niego policjanci, którzy doprowadzali rozstrzeliwanych z ratusza i go otrzepywali. Potem ten dopadł do miejsca, gdzie leżał już Polak, który wymierzył mu cios, i zaczął go kopać, Tego polaka, a miał nim być, co wiem z opowiadań osób dorosłych, pan Karłowski, ziemianin z okolic Gostynia, przygniatali do ziemi żołnierze z plutonu egzekucyjnego. W czasie tej szamotaniny padł strzał. Nie zauważyłem, czy ten oficer zastrzelił leżącego Polaka. Faktem było, że pluton strzelał do dziewięciu skazańców.  

Po wrzuceniu zwłok drugiej dziesiątki rozstrzelanych na ciężarówkę, w chwili gdy znowu przejeżdżała pod naszym oknem, zauważyłem, że podnosił się na skrzyni samochodu p. Peisert. Miał zakrwawioną głowę. Rozpoznałem go po marynarce, którą miał na sobie również wtedy, gdy w lipcu lub sierpniu tego roku rozmawiał z ojcem na ulicy. Podobno był dla mnie „bardzo wysokim panem” i takiego też widziałem w tej tragicznej chwili. W podobny sposób, jak to już wcześniej opisałem, postąpiono z trzecią dziesiątką aresztowanych Polaków.  

Po tym dniu, w którym płacze, szlochy tych ludzi, którzy stali wokół miejsca kaźni na rynku i moich domowników nie miały końca, babcia i mama dostały rozstroju nerwowego. Babcia przez następny tydzień była bliska śmierci. Upadła nam zresztą na podłogę już po pierwszej salwie i nie brała udziału w prowadzonych modlitwach za zmarłych, odmawianych przez mamę, ciotki i nas dwóch, oszołomionych tym strasznym widokiem.  

Zaczął się prawdziwy terror okupanta. Jak się okazało, ekipa rozstrzeliwująca jeździła po wybranych miastach powiatowych województwa poznańskiego i mordowała. W areszcie gostyńskiego ratusza przebywała jeszcze czwarta dziesiątka zakładników, którym na szczęście los darował życie.  

Ojciec, podobnie jak jego wielu znajomych i sąsiadów, nie wychodził na ulice. Szybko jednak zostali wezwani do Arbeitsamtu. Część naszych młodszych sąsiadów pojechała na roboty przymusowe do Niemiec. Tato chorujący na chorobę Gravesa-Basedova [zespół zmian chorobowych, wśród których dominuje nadczynność tarczycy – przyp. red.] został skierowany do pracy w miejscowej cukrowni, ale stan zdrowia ograniczał jego całoroczne zatrudnienie.  

Zaczęli napływać Niemcy z rzeszy (Reichu). Obsadzali zakłady pracy. Dla nich szykowano mieszkania, wywłaszczając z nich Polaków. Nasze trzypokojowe mieszkanie z pełnym wyposażeniem zajął Niemiec pochodzący z Łotwy (tzw. Baltendeutsche). Zamieszkaliśmy w jednym pokoju przy tej samej ulicy Św. Ducha pod numerem 32 – przemianowanej zresztą na początku grudnia 1939 roku na Freiheitsstrasse.  

W maju 1940 burmistrz Stolpe nakazał ojcu rozbiórkę domu mieszkalno-sklepowego przy tej samej ulicy pod numerem 30 i przekazanie całego materiału budowlanego pochodzącego z rozbiórki na rzecz władz okupacyjnych.  

W 1941 roku zaczęły się masowe wywózki Polaków z miasta i wsi do Generalnego Gubernatorstwa. Na ich miejsce, szczególnie na wsiach, przybywały – nieraz tego samego dnia po wywózce Polaków – tabuny brudnych pseudo Niemców, byłych osadników w krajach nadbałtyckich (Baltendeutsche). A dalej, gdy Hitler poganiał tych drugich bandziorów na wschód pod Stalingrad, od końca 1941 roku zaczęły napływać całe watahy Niemców znad Wołgi (Wolgadeutsche), od Morza Czarnego (Schwarzmeerdeutsche), a także z Besarabii. To tałatajstwo było szczególnie wredne, z wszystkimi nawykami ruskiego raju, w którym się wychowywało. To oni, nie znając nawet dobrze niemieckiego, wyzywali nas „verfluchte Polen” i kopali. Były to szczeniaki w naszym wieku, łażące w takt werbli i z trąbkami po ulicach, ubrane w te ich mundurki Hitlerjugend.  

W 1942 Niemcy zarządzili przymusową naukę dzieci polskich. Chodziłem do niej przez dwa sezony zimowo-wiosenne. Uczono w niej języka niemieckiego i liczenia do stu (oczywiście, po niemiecku). Nauczycielką była między innymi, jak ją nazywano, Frau Laube – starsza wiekiem Niemka, która cały okres między 1919 a 1939 rokiem żyła z nami w Gostyniu. Ta hakatystka miała szczególną przyjemność prześladowania nas za mówienie po polsku. Biła za takie „grzechy” cienką trzcinką po rękach. Szkoła ta od końca kwietnia do końca października była miejscem zbornym chłopców w moim wieku (12-14 lat), zabieranych wozami konnymi przez opanowane przez Niemców okoliczne majątki ziemskie do różnych robót polowych – takich jak odchwaszczanie, przerywanie buraków, ręczne zbieranie kłosów zbóż na rżyskach, wykopki ziemniaków. Zapłatą za te prace były jednodaniowe obiady.  

Rok 1942 zapamiętałem też jako początek okresu kiepskich nastrojów u Niemców. Przez Gostyń zaczęły coraz częściej przejeżdżać kolejowe transporty wojskowe zarówno z żołnierzami urlopowanymi, jak i szpitalne. Zimą i wiosną 1942/1943 w każdym pociągu z rannymi leżały wraki ludzkie ze sczerniałymi twarzami i odmrożonymi kończynami. Nieraz nauczycielka, inna w odnoszeniu do nas niż Laube, prosiła, aby przyjść na dworzec i pomóc siostrom Niemieckiego Czerwonego Krzyża przy noszeniu picia do wagonów z rannymi. W wagonach, w których oni na dwóch-trzech poziomach leżeli, panował zaduch i smród gnijących ciał. Taka była ich nagroda za to, jak się nad Polakami pastwili w 1939 roku, a także później.  

Przypływ wściekłości wobec Polaków wiązać można z niepowodzeniami na frontach, szczególnie zaś wschodnim. Wielkie manto, jakie dostali pod Stalingradem czy Kurskiem, dawały z kolei wiele pociechy, przynajmniej duchowej, rodzicom i ich znajomym, którzy nas odwiedzali. Zasłyszane przeze mnie urywki rozmów pozwalały mi też na swój sposób odczuwać satysfakcję, że nasz okupant nie pozostaje bezkarny.  

W Gostyniu Wehrmacht miał też punkt etapowy dla żołnierzy urlopowanych z ostfrontu. Po krótkich pobytach następowały smutne odjazdy. Nawet niektóre Polki, oddające się uciechom z tymi Niemcami, popłakiwały. Mam w pamięci taką scenę, jak zachowywali się tacy podkurowani na duchu żołnierze idący na dworzec do pociągu wiozącego ich na front. Podpite sieroty, z tymi rurami masek pgaz. na tyłkach i karabinami zwisającymi im na szyjach oraz podciągniętymi do łokcia rękawami mundurów, wlokły się jak na skazanie. W żaden sposób nie wychodził im śpiew. Porykiwania z tymi ich oklepanymi „heili, heilo …” brzmiały wręcz mizernie i prawie żałośnie. Gdyby nie widoki z roku 1939, kiedy ci „panowie” pastwili się nad Polakami, można by ich żałować. Jednak sami byli sobie winni. Ryczeli i heblowali z Hitlerem, więc musieli ponosić za to należne cięgi.  

Pewnego dnia, stojąc blisko peronu na dworcu, pokiwałem ręką jednemu takiemu płaczącemu w oknie ruszającego pociągu żołnierzowi. U niego powstał jakiś odruch człowieczeństwa i rzucił mi tabliczkę szwajcarskiej czekolady i paczkę sucharów. Przyniesienie takiego „łupu” do domu w naszym kartkowym życiu stanowiło nie lada zdarzenie. Ta tabliczka od dawna niewidzianej czekolady była dzielona przez mamę chyba przez cały tydzień.
Aby przetrwać ciężkie czasy, wiosną 1943 roku ojciec kupił białą kozę, bez rogów. Jednocześnie wydzierżawił kilkuarową łąkę. Tam chodziliśmy z naszą karmicielką.  

Pewnego dnia przejeżdżał ulicą transport wojska w ciężarowych opel-blitzach. Ja szedłem z kozą, a raczej ona ze mną, tam gdzie ja stąpałem. Nie używałem postronka. Coś zatrzymało część konwoju ciężarówek. Powstała między nimi luka licząca może z 60 metrów. Ja, idąc, bawiłem się z kózką, wchodziłem na chodnik, a potem uskakiwałem na jezdnie, i tak w kółko. Koza robiła potulnie ze mną te same manewry. Obserwowali nas żołnierze w ciężarówce, do której się zbliżałem. Pytali się mnie, śmiejąc się, jakie ma koza imię. Powiedziałem zgodnie z prawdą, że „Magda”. Pytali też, jak dawno ją mamy, czy ją lubię itd. Odpowiadałem im jak umiałem, bo rozumiałem wszystko. Na pewno zorientowali się, że jestem Polakiem, ale odnosili się bardzo przyjaźnie. Jeden z nich powiedział mi, abym się zatrzymał. Po chwili podał mi zawinięte naprędce w gazetę bochenek chleba wojskowego, kilka wojskowych porcji cukru oraz sprasowaną w kostki kawę z cukrem. Jednocześnie chwalili, że koza jest taka czysta i dobrze wychowana.  

Takie dodatkowe wiktuały w ów czas wojny, kiedy z jedzeniem otrzymywanym na kartki było kiepsko, cieszyły nas w szczególny sposób. Rodzice, to się widziało, starali się jak mogli o jajka, ziemniaki, olej lniany (który był tłoczony u znajomych na wsi podgostyńskiej). Jako zapłata bywało, iż mama dawała jakąś pościel czy ręczniki ze swojej, jak mówiła, wyprawy ślubnej. Bywało też, że chodziłem z ojcem do znajomego piekarza – p. Dabińskiego. Ojciec rozmawiał z nim najczęściej o polityce, a ja podkradałem chleb z deski ułożonej na stelażu w przejściu między piekarnią a sklepem. Mama z sąsiadkami z podwórza, w zamieszkiwanej przez nas oficynie, gdzie mieszkało łącznie 8 rodzin, starała się czasami wypiekać coś słodkiego.  

Dzisiaj może to wydawać się nierealne, ale tak było, że to „coś słodkiego” składało się z mąki, dobrze utartych gotowanych ziemniaków oraz równie drobno utartej marchwi, która służyła za osłodę tego ciasta. Stosowna porcja drożdży i aromatu, które można było zdobyć bez kłopotu, tworzyły razem różowe ciasto zjadane z dużym apetytem.  

W październiku 1942 roku nadeszła do nas smutna wiadomość o śmierci brata mamy, Kazimierza, proboszcza w Stęszewie pod Poznaniem. Zginął w obozie koncentracyjnym w Dachau k. Monachium. Kartka z obozu przesłana do ciotki Maryni, która księdzu, a swojemu bratu, prowadziła gospodarstwo na probostwie, informowała, że wujek ksiądz zmarł na zapalenie płuc. Biedak musiał spodziewać się tej śmierci, będąc w grupie księży poddawanych eksperymentom medycznym. Wcześniej napisał kartkę z obozu z takim zdaniem: „Wenn der Bruder der Stasia nicht kommt, dann soll sie nich Weiner”. Co oznaczało w wolnym przekładzie: „Jeśli nie wróci brat Stasi, to niech ona nie płacze”. Wujek ten był bliźniakiem mamy i bardzo się kochali, stąd też stosując taką właśnie przenośnię informował o zbliżającym się końcu swojego umęczonego życia.  

Tutaj muszę dodać, że na początku 1940 roku ojciec, jakimś swoim sposobem, pojechał do Stęszewa i namawiał księdza, aby wyjechał do środkowej Polski, bo jako były kapelan kompanii powstańców wielkopolskich w 1919 r. pod Mogilnem, jest zagrożony ze strony Niemców. Jego odpowiedź była krótka: „nie opuszczę moich parafian”. No i stało się to, czego ojciec się spodziewał.  

Zimą z 1943/1944 zostałem zatrudniony u Niemca w laboratorium fotograficznym przy drogerii po p. Mroczkiewiczu. Wywoływałem filmy i robiłem odbitki pod nadzorem p. Pękalskiego, późniejszego po wyzwoleniu – burmistrza Gostynia. Moje zarobki w wysokości 22 marek na tydzień zasilały rodziców.  

W lipcu 1944 roku, mając 15 lat, gostyński Arbeitsamt skierował mnie do pracy w charakterze robotnika ogrodowego (Gartenarbeiter) u miejscowego dentysty – Eugena Lamprechta, Niemca przybyłego do Gostynia z Gery w Turyngii. Tutaj pracowałem w ponad hektarowym ogrodzie, a dorywczo w jego laboratorium przy odlewaniu sztucznych zębów ze stopów metalowych. Od listopada objąłem funkcję palacza c.o. w miejsce innego zwolnionego Polaka. Służącą u tego Niemca była też Polka – p. Pelagia. Niemcy wymagali, abyśmy nie używali w ich domu języka polskiego.  

Pewnego razy zostałem pobity przez żonę dentysty, ponieważ ich synek – 4-letni Werni, biegający stale za mną, wołał: „pany, pany…” Słowo to usłyszał ode mnie, bo tak się zwracałem do starszej wiekiem służącej. Ta Niemka, co warto podkreślić, pochodziła z podgostyńskiej wsi Daleszyn, zamieszkiwanej przez niemieckich kolonistów od czasów rugów pruskich, prowadzonych za czasów Bismarcka i doskonale znała język polski z lat 1919-1939. Nigdy jednak nie odezwała się po polsku, a wszystkie dyspozycje wydawała tylko po niemiecku.  

Werni, mały rudzielec, był uroczym chłopczykiem. Wrzeszczał za mną po swojemu „Dundan, Dundan”, nie mogąc wymienić dobrze mojego imienia, a po imieniu zwracała się do mnie służąca. Wraz z tymi okrzykami łapał mnie za rękę i ciągnął na podwórze, na którym rządził duży bernardyn. Gdzieś we wrześniu posadziłem chłopca na tego psa, a pies, jakby rozumiejąc moją intencję, bez ociągania biegiem nosił go, przytrzymywanego przeze mnie po podwórzu i w głąb ogrodu. Takie zabawy trwały prawie do listopada. To zachowanie dziecka złagodziło niejako sposób odnoszenia się jego rodziców do mnie. Bywało, że nieraz Niemka dawała mi w soboty kawałki ciasta, które wypiekała, a gdy zachorowałem na anginę, zorganizowała stosowne lekarstwa.  

Na początku stycznia 1945 roku zaczęły się niespokojne dni. Nadchodziły kolejne fale uciekających Niemców. „Mój” Niemiec, pełniący jakieś funkcje w Kreisleitung [władzach powiatowych – przyp. red. ]NSDAP, chodzący w czarnym mundurze SS, został szefem oddziału Volkssturmu. Niemka pakowała skrzynie i walizy. 12 stycznia przyjechał wóz konny z jej rodzinnej wsi. Nim właśnie odwiozłem Niemkę wraz z małym Werni i psem bernardynem na gostyński dworzec kolejowy.  

Ewakuowały się w pośpiechu całe rodziny Niemców. „Zdobywcy” Europy mieli bardzo smutne miny. Po wejściu do wagonu „moja” Niemka powiedziała do mnie: „Na, Bogdan, vielleicht werden wir uns noch sehen …” [niem. „No, Bogdan, może się jeszcze zobaczymy]. Stojąc tak na peronie przy odjeżdżającym pociągu naszły mnie szczególne skojarzenia. Po prostu widziałem siebie i rodziców, jak 2 września 1939 roku też odjeżdżaliśmy z tego dworca pociągiem ewakuacyjnym, tylko że w odwrotnym kierunku. My jechaliśmy na wschód, w kierunku Jarocina, a oni na zachód, na Leszno.  

Wtedy jako 10-latek nie wiedziałem, co mnie czeka. 12 stycznia 1945 roku byłem pełen doświadczeń okropności wojny, które spowodowali ci, co teraz uciekali. Zapamiętałem też wtedy komunikat podany przez megafon dworcowy, o tym, że Armia Czerwona podchodziła, czy też zdobyła miasto Łódź, nazywane przez Niemców Litzmannstadt.  

Nie wiem, co się stało z Niemcem. Zaraz po wkroczeniu Rosjan mówiono, że duży oddział Volkssturmu, uciekając przed Armią Czerwoną, utonął w jeziorze po zarwaniu się pod nim lodu. Ale nie mogłem tego uściślić. Pisanie w tej sprawie do Niemieckiego Czerwonego Krzyża nie dało rezultatu. Po 22 stycznia dom był pusty. Chodziłem tam co dzień. Trochę paliłem w kotle c.o. Około 25 stycznia dom został częściowo ograbiony. Na ulicach było pełno wojska, a trasą od Jarocina do Leszna ciągnęły dzień i noc wóz za wozem niemieckich uciekinierów z całym dobytkiem, psami pod wozami i krowami przywiązanymi do wozów. Panowały dość znaczne mrozy. Padający śnieg dokuczał Niemcom skulonym na wozach. Mojej mamie, usuwającej śnieg z chodnika sprzed domu, jedna z kobiet siedzących na wozie podawała zawiniątko z trupem zamarzniętego noworodka, prosząc o jego pochowanie. W tym czasie nadszedł policjant Pohl i sam zajął się tą sprawą.  

Obok taborów z cywilami, ciągnących się nieprzerwanie, wlokły się transporty z wojskiem. Z reguły szły one w drugim pasie, po wyłamaniu na wężyznach ulic stojących tam latarń gazowych. Ciężarówki z łańcuchami na kołach brnęły w śniegu, silniki, z reguły dieslowskie, wyły i dymiły, co jeszcze bardziej nadawało tej ucieczce obraz grozy. Duże ciężarówki, np. marki Saurer czy Man, ciągnęły na sztywnych holach inne lżejsze wozy, nawet po dwa. Przypuszczalnie robili to Niemcy z powodu trudności z paliwem. Najgorętszy czas nastał po 25 stycznia 1945 r. Obok pojazdów silnikowych i konnych zaczęły napływać w grupach, bez żadnego wojskowego szyku, co u Niemców byłoby w normalnym czasie nie do pojęcia, całe watahy żołnierzy bez broni. Nas chłopców, a w najbliższym sąsiedztwie było ze dwunastu, najbardziej ciekawiły obok marek samochodów, specjalne wozy bojowe, działa, różnego rodzaju wielolufowe wyrzutnie itd.  

Chyba 26 stycznia 1945 roku, w rejonie rynku pojawił się jakiś generał, mający czerwony lampasy przy spodniach oraz grupka towarzyszących mu starszych rangami oficerów, którzy usiłowali zatrzymywać te grupy, grupki i pojedynczych żołnierzy. Nie wszyscy byli Niemcami, bo wśród nich znajdowali się i Rumuni, w takich niebieskich mundurach, i Węgrzy, a także Ukraińcy, z ich formacji SS, w ciemnozielonych mundurach. Chcieli utworzyć linię obrony opóźniającą napór Rosjan. Ale to były daremne zabiegi. Żołnierze rozbiegali się po bocznych uliczkach i z trwogą w oczach drałowali w śniegu na zachód. Oficerowie klęli szpetnie, jeden czy drugi biegał z pistoletem w ręku, ale i to nic nie pomagało. „Iwan kommt” mówili, a Iwan rzeczywiście dawał podniety do popłochu dalekimi pomrukami kanonady artyleryjskiej, którą dawało się słyszeć coraz wyraźniej.  

Nie mogłem sobie już po wyzwoleniu odżałować tego, że nie wziąłem od żołnierza węgierskiego zgrabnego pistoletu maszynowego. Chciał mi go dać po otrzymaniu od nas, miejscowych chłopaków, cywilnych ciuchów, w które się przebrał w bramie i wkręcił między wozy konne jadące na Leszno, Wschowę i Głogów.  

27 stycznia 1945 roku nastąpiła po godz. 10 rano szczególna sytuacja. Ustały transporty pojazdów. Ulica św. Ducha opustoszała. Bicie karabinów maszynowych i dział wzmagało się. Razem z innymi chłopakami wdrapałem się na dach naszego domu. Stąd widziałem, patrząc w kierunku doliny Kani na Krobię, jak czołgi radzieckie oddawały salwę do wycofujących się czołgów niemieckich i odwrotnie. O widzianych scenach doniosłem ojcu, przebywającemu wraz z innymi starszymi mieszkańcami naszej oficyny, w znajdujących się pod nią piwnicach. Oni odprawiali modlitwy. Była to litania do Wszystkich Świętych. Nakazy od nich, aby natychmiast wracać do schronu, absolutnie nie skutkowały. O tym, jak duże było dla nas chłopaków zagrożenie, przekonałem się po kilku dniach, kiedy pan Politowski, jeden z sąsiadów, przypomniał, że z pierwszego nadjeżdżającego radzieckiego czołgu żołnierze strzelali na oślep przed siebie z pepesz. Taki błędny pocisk mógł któregoś z nas wytykających głowy z bram śmiertelnie ugodzić.  

Po powrocie od okna piwnicznego schronu znalazłem się na skrzyżowaniu ulic św. Ducha, Tkackiej i Łaziennej. Tutaj, na to właśnie skrzyżowanie, zajechała około godz. 10.45 niemiecka tankietka. Wysiadło z niej dwóch regulaminowo umundurowanych oficerów, otworzyli tylne drzwi dwustronne i zaczęli nastrajać na znajdującej się tam tablicy radiostacji. Po chwili, będąc w grupie pięciu rówieśników, usłyszałem meldunek jednego z tych oficerów: „der Iwan ist im Walde bei Godau” (taką nazwę, jak mi się wydawało, usłyszałem, chociaż do końca nie jestem pewny, gdyż silnik tankietki głośno pracował). Potem zamknęli radiostację, wycofali pojazd i pełnym gazem ruszyli w kierunku Leszna. To byli ostatni żołnierze niemieccy widziani przeze mnie w akcji bojowej.  

Huk dział i salwy karabinów maszynowych nasilały się wyraźnie. Trwało to może 20 minut. I nagle, od strony rynku, ukazał się czołg, a na nim stojący żołnierze, trzymający się takich pałąków – prętów przyspawanych do wieży. Żołnierze, w liczbie bodaj czterech lub pięciu, byli niskiego wzrostu, mieli skośne oczy. Na głowach nosili czapki-uszatki, z takim w szpic szytym denkiem i czerwoną gwiazdą nad czołem. W czasie jazdy po śniegu i lodzie czołgi dawały ognia. Strzelali też żołnierze z broni ręcznej. Byliśmy wtedy na wysokości domu zamieszkiwanego przez malarza pokojowego pana Politowskiego. Ten krzyknął do nas, by schować się do bramy, bo mogą postrzelić. Żołnierze stojący na czołgu mieli na sobie szynele ze zwisającymi od dołu nitkami, a pod spodem lekkie (letnie) mundury i walonki na nogach.  

Drugi czy trzeci czołg lekko przyhamował przy nas, bo widocznie kierowca nas zauważył. Z łuku padło pytanie, dotyczące kierunku ucieczki Niemców. Język rosyjski był nam nieznany, ale pan Politowski, jedyny dorosły wśród nas, pokazał ręką kierunek na Leszno. Czołg z rykiem i tumanem czarnego dymu ruszył dalej.  

Po przejechaniu czterech lub pięciu czołgów, z bramy piekarni położonej naprzeciw miejsca, w którym zładowaliśmy się, wyłonili się żołnierze niemieccy. Jadący na czołgu czerwonoarmiści (chyba Kałmuki), zeskakiwali w biegu jak z procy i momentalni dopadali Niemców. Czołg ujechał może z 10 metrów. Z wieżyczki dowódca coś krzyczał, po czym ruszył naprzód już bez tego desantu na nim. Kałmucy otoczyli Niemców. Któryś usiłował cofnąć się w podwórze piekarni, ale go złapali. Całą grupę, a było ich razem trzynastu, podprowadzili pod ścianę budynku między piekarnią a sklepem mięsnym (Wojtscheka). Zaczęli odbezpieczać zamki swoich pepesz. Żołnierze niemieccy zorientowali się w zamiarach i zaczęli krzyczeć. Wznosili ręce w górę, jeden czy drugi zaczął się żegnać i chyba modlić. Działo się to prawie na wprost nas, w odległości nie większej niż szerokość ul. św. Ducha, czyli jakieś 8 metrów. W tym samym momencie nadjechała na siwym koniu umundurowana Rosjanka o blond włosach. Donośnym głosem zaczęła coś wykrzykiwać do Kałmuków szykujących się do strzelania. Była ostra kłótnia, padały różne brzydkie wyrazy, których znaczenie poznałem po kilku miesiącach. W końcu Rosjanka zdjęła z piersi przewieszoną pepeszę i zdecydowanymi ruchami lufy nakazała zapewne odsunięcie się swoich żołnierzy od Niemców. Odskoczyli więc, a było ich chyba z dziesięciu, bo nadeszli ci, którzy nadjechali w międzyczasie następnym czołgiem. Ona zaś, po zawołaniu, „Za rodinu, za Stalinu”, pociągnęła jedną tylko serię z pepeszy od lewej do prawej po tych klęczących i krzyczących Niemcach. Potem zarzuciła broń na plecy i z kopyta ruszyła na zachód. Koń przy tej serii tylko lekko złożył uszy i skłonił głowę.  

Ranni Niemcy unosili się jeszcze na śniegu na kolana. Niektórzy ruszali rękami i nogami, inni kończyli życie w drgawkach. Stojące dotąd Kałmuki doskoczyły do nich i z ruszających się jeszcze u niektórych Niemców nóg, zaczęli ściągać buty. Wykopywali w górę swoje zdezelowane walonki i zakładali te buty na swoje nogi. Inni ściągali rannym i zabitym z rąk obrączki i zegarki, szperali po kieszeniach. Widziałem, że zabierali legitymacje, czy też jakieś dokumenty wyciągnięte z kieszeni.  

Utkwił mi w pamięci i taki obraz: jeden z żołnierzy radzieckich ściągał Niemcom pasy wojskowe. Po otarciu krwawych plam o poły płaszczy zabitych, zapinał te pasy na sobie. Widziałem u niego więcej niż pięć pasów. Potem opiął się swoim szynelem i wraz z innymi żołnierzami, zatrzymując kolejne nadjeżdżające czołgi i Studebakera, odjechał w dalszą stronę na zachód.  

Zwłoki Niemców niedługo potem zostały przejechane przez kolejne nadjeżdżające czołgi. Powstała miazga ludzkich szczątków zmieszana ze śniegiem. Ta krwawa masa zamarzła, było wtedy około minus 15 stopni Celsjusza. Szczątki leżały cztery lub pięć dni, po czym zostały załadowane na platformę zbitą z desek na dwóch podłużnych balach, przewiezione pod cmentarz ewangelicki (przy szosie na Golę) i tam pogrzebane.  

W czasie kiedy nasza grupa chłopaków i mężczyzn przebywała w opisanym miejscu rozstrzelania Niemców, z oddali słychać było także serie z automatów. Później okazało się, że to inne załogi desantów na czołgach dorwały dużą grupę Ukraińców z armii Własowa. Byli w ciemnozielonych mundurach. Leżeli oni nieopodal poczty przy ul. Leszczyńskiej. Naliczyłem co najmniej 18 zwłok. Przyznaję, że w pierwszych dniach po tych strzelaninach bałem się wychodzić wieczorami na ulicę.  

W dniu wkroczenia Rosjan pod wieczór przyszedł do mojego ojca znajomy. Poinformował, że przy drodze na Piaski, na skrzyżowaniu drogi wiodącej pod górę do klasztoru, leżą zwłoki dużej liczby żołnierzy radzieckich zabitych przez jednego Niemca. Siedząc w budyneczku przepompowni gazu miejskiego z Gostynia do Piasków wybił on jeden z luksferów w otworze okiennym i wystrzelał nadjeżdżające czujki przednie, złożone przede wszystkim z Azjatów. Czujki te poruszały się na zdobycznych motocyklach z wózkami bocznymi marki BMW. Wraki tych motocykli istotnie leżały na poboczu szosy. Znajomy ojca twierdził, że najpierw Niemiec strzelał do kierowców, a potem, jak do kaczek, do biegających żołnierzy. Oni się w ogóle nie kryli. Dorośli przypuszczali, że byli chyba pijani.  

Na drugi czy trzeci dzień po zajęciu Gostynia przez Armię Czerwoną odbył się pogrzeb tych Rosjan na gostyńskim cmentarzu. Stojące w szeregu trumny były pokropione wodą święconą. Ksiądz proboszcz Siczyński uroczyście modlił się z nami Polakami, a była chyba większość tych, którzy w tym czasie mieszkali w naszym miasteczku. Byli oficerowie rosyjscy, była kompania honorowa i salwy z automatów. Później zwłoki tych żołnierzy zostały zabrane na jakiś cmentarz wojskowy. Z perspektywy lat widzę teraz, iż katolicki pogrzeb urządzono ludziom innych wyznań, na pewno muzułmanom. Ale chyba ich Allach nie potępił zachowań naszej polskiej społeczności. Polegli byli traktowani jak bohaterowie.  

Już w dzień wyzwolenia zaczęły się nieznane nam dotąd zachowania. Któregoś dnia wtargnął do nas taki jeden obrośnięty, chyba któryś z przedstawicieli ludów kaukaskich. Ojca nie było. Wystraszona mama i ja z bratem przyglądaliśmy się z ciekawością w naszej kuchnio-izbie, co ten „gość” robi. Najpierw użył sakramentalnego pytania „germaniec niet?” Następnie wskazał lufą pepeszy na święte obrazy nad łóżkami (Matka Boska i Jezus z Gorejącym Sercem), pytając: „eto kto?” czy coś w tym rodzaju. Mamie przypomniała się nazwa „ikona”. Słowo wystarczyło. Potem zdjął z pleców worek i przytroczony do niego garnek, czarny od sadzy i przypaleń. Ten worek to był jego plecak. Boże, co za obdartus! On nie miał żadnego koca, ręcznika czy choćby mydła. Rozwiązał szypułkę tego worka-plecaka i wysypał z niego wprost na podłogę jego zawartość, czyli: rozdartą torbę papierową w części wypełnionej mąką, utytłane w mące naboje do pepeszy oraz także oblepione w mące mięso wieprzowe lub baranie o wadze może około kilograma, noszące ślady opalania.  

Mama usmażyła to mięso i ugotowała kilka ziemniaków, bo chleba nie było. On to zjadł i wypił ze trzy kubki kawy zbożowej z sacharyną. Coś tam mówił, ale nic z tego nie pojęliśmy. W czasie kiedy jadł, ja z bratem czyściliśmy z mąki naboje, chowając sobie przy okazji kilkanaście sztuk, tak na wszelką okazję. Po około dwóch godzinach na szczęście nas opuścił. Ale nie upłynęło kilkadziesiąt minut, a już wtargnął do nas następny. I tak w kółko przez kilka następnych dni. Z zachowania tych zabiedzonych, brudnych żołnierzy wywnioskowałem między innymi, że temu wojsku w ogóle nie towarzyszyły kuchnie polowe. Każdy był chyba zdany na własny pomysł zdobycia pożywienia. Było to diametralnie różne od wojska polskiego, czy też niemieckiego, w których kuchnie polowe stanowiły nieodłączną wręcz całość z oddziałami, zarówno w ataku, jak i w odwrocie.  

Ojciec nie golił się. Nosił stare używane ubrania. Mama i inne sąsiadki stosowały chustki na głowy i takie ubiory, które ją postarzały. Panował ogólny niepokój, bo zdarzały się napady i gwałty. Ksiądz proboszcz Siczyński pouczał z ambony w gostyńskiej farze, aby Rosjan wykazujących nachalstwo i złodziejskie zapędy pytać: „A znajesz ty ukaz Stalina?” Miało to uchronić w jakiś sposób przed takimi zachowaniami. W takiej atmosferze zaczął się żywot w „wyzwolonym” kraju.

Wspomnienia spisano w Szczecinie 1999 roku.

To słowo „wypędzenie” brzmi bardzo dramatycznie, ale pobrzmiewa w nim także kara za winę, za przekroczenie zakazu, czy nakazu np. wypędzenie Adama i Ewy z raju. Tego słowa zaczęli używać Niemcy dla określenia swojej ucieczki z zagrabionych obszarów polskich. I jest w nim właśnie, w tym słowie, przyznanie się do winy; do winy złodziejstwa, morderstwa, grabieży materialnej i moralnej. To ukradzione mojemu pokoleniu dzieciństwo, więc być może nie powinnam używać tego słowa na moje wysiedlenie, bo właśnie słowem „wysiedlenie” określaliśmy przez lata to, że wyrzucono nas z rodzinnego domu, zabrano wszystko, głodzono i nękano w obozie przejściowym w Łodzi, i wywieziono do Generalnego Gubernatorstwa na poniewierkę i żebractwo. Nie wypędzono nas za jakieś winy. Nasi rodzicie nie kradli i nie mordowali. Zostaliśmy wyrzuceni z naszej małej ojczyzny, z Gostynia, bo niemieckiej rodzinie spodobał się nasz dom, ojca zakład. I także dlatego, że byliśmy Polakami.

Był wczesny wieczór 16 lutego 1940 roku. Do naszego domu weszło trzech panów w czarnych ceratowych płaszczach i sztywnych czapkach. „Heil Hitler” – podnieśli zgodnym ruchem ręce do góry. Mama mruknęła „Heil Hitler” i skinęła głową. Patrzyłam na to przez szybę w drzwiach do sklepu. Niemcy coś zaszwergotali i Mama z rozpędem otwarła drzwi do pokoju i krzyknęła: „Leć po ojca do warsztatu, przyszli nas wysiedlać”. Pobiegłam do ojca, a kiedy weszłam z nim do sklepu – wtedy mówiło się „do składu” – zobaczyłam, że jeden z Niemców stał za ladą. Zabrał z niej wszystkie noże rzeźnickie oraz topór do rąbania mięsa i odłożył je za siebie, na półkę, na której zawsze leżały jakieś wędliny. Bał się pewnie, żeby ojciec nie rzucił się na nich z nożem albo toporem. Ale mój ojciec był spokojny. Spytał tylko, dokąd nas zabiorą.

Tymczasem okazało się, że nie wiedzieli, co mają z nami zrobić, bo to nie było ogólne wywłaszczenie, jak 8 grudnia 1939 roku, tylko indywidualne. Jedno wyrzucenie polskiej rodziny. Bo rodzinie niemieckiej, która przywędrowała z Łotwy, po wyprzedaniu towaru ze sklepu, który otrzymała w grudniu, spodobał się nasz dom i sklep. I tak mieliśmy iść na ulicę, ale zrobił się problem, bo na ulicy obowiązywała już nocna godzina policyjna. Polacy nie mogli po tej godzinie wychodzić z domu. Wobec tego, że na piętrze mieszkała babcia, a w nakazie o wywłaszczeniu nie była ujęta, żandarmi zgodzili się, żebyśmy przenocowali na piętrze.

W trakcie tych pertraktacji mama próbowała coś zapakować z rzeczy, ale jeden z żandarmów zabronił brać cokolwiek. Mamie wyrwał torebkę, w której miała pieniądze. Mnie kazał zostawić lalkę, którą chciałam zabrać, bo – jak wyjaśnił – za godzinę przyjdą z rodziną niemieckie dzieci i muszą mieć się czym bawić.

Wyszliśmy z mieszkania, tak jak staliśmy: ojciec – tak jak był w warsztacie: w rzeźnickiej bluzie, fartuchu i kujonkach na drewnianej podeszwie; my dzieci – w bamboszach; mama – tak jak była w sklepie w fartuchu. Tylko łaskawie pozwolono zabrać dziecięcy wózek mojej siostry Basi, która w grudniu ukończyła rok i jeszcze dobrze nie umiała chodzić. I nic więcej. W mieszkaniu zostało wszystko: na łóżkach pościel, w szafie garderoba, bielizna, w kredensach porcelana, szkło, sztućce, w kuchni garnki, no wszystko, meble, dywany, obrazy.

Po naszym wyjściu została w mieszkaniu, z jednym żandarmem, nasza służąca Herta. Była Niemką. Żandarm nie mógł się nadziwić, że Niemka jest służącą u Polaków. Herta wykorzystała jego przychylność i – niby dla siebie i swojej rodziny – wyprosiła coś z naszych rzeczy: czółenka mojej mamy, buty z cholewami i futrzaną kurtkę ojca, sznurowane buty dla mnie i braci, niby dla swoich siostrzeńców, i wyrwaną mi przed chwilą przez żandarma z ręki moją ukochaną lalkę. To wszystko. Na drugi dzień uczciwa Herta przyniosła to do znajomych rodziców, żebyśmy chociaż mieli co ubrać.

Jeszcze tego wieczoru niemiecka rodzina, składająca się z mamy, taty, trójki córek w wiekuj szkolnym i rodziców mamy, wprowadziła się do naszego domu. Położyli się spać do naszych łóżek. Nawet nie zmienili pościeli.

Na drugi dzień moja mama zeszła na dół i poprosiła grzecznie Niemkę o oddanie chociaż świętych obrazów. I wtedy dowiedziała się, że niemieccy rodzice są katolikami i muszą mieć się do czego modlić. Mama była w szoku: „Muszą się modlić do skradzionych obrazów świętych”!.

Tego samego dnia ojciec zawiózł babcię do Pogorzeli, do swojego najstarszego brata, gdzie babcia przeżyła całą wojnę. Mnie zaś i braci Wojtka i Grzesia zabrał saniami do Krobi dziadek Kollewe, ojciec mamy. Rodzice z małą Basią tułali się po Gostyniu, trochę u krewnych Szumińskich, trochę u znajomych pp. Pospieszyńskich.

Trwało to do czerwca, kiedy Niemcy wysiedlili kilkanaście rodzin z Gostynia i Ponieca. Wtedy razem z nimi także naszą rodzinę wywieźli do obozów w Łodzi.

Wspomnę jeszcze, że w kwietniu 1940 roku, mając 10 lat, przystąpiłam do I Komunii św. w Krobi. Przez dwa wiosenne miesiące męczyłam się w niemieckiej szkole w Krobi. Byłam uparta i nie chciałam się uczyć po niemiecku, co skutkowało codziennym biciem przez nauczycielkę po łapach. Dziecięca głupota, nic więcej – jak tłumaczył mi dziadek. Pewnie, że tak. Ale kiedy w połowie czerwca Niemcy przyjechali po nas ciężarówką, byłam zadowolona. Niech będzie, co chce, byle nie niemiecka szkoła. To „było co chce” okazało się okazało się straszne, ale wtedy jeszcze tego nie wiedziałam.

Przez trzy dni trzymano nas w Domu Katolickim, a następnie autobusem wywieziono do Łodzi, na ul. Żeligowskiego, gdzie była tak zwana oczyszczalnia.  

Do Łodzi wjeżdżaliśmy przy wtórze ulicznych orkiestr, ulicami udekorowanymi flagami. Był 14 czerwca 1940 roku, dzień wejścia Niemców do Paryża. W tak zwanej przez „wysiedlonych” „oczyszczalni”, wielkim gmachu po Kasie Chorych, był straszny ruch. Niemcy przeganiali nas z jednej sali do drugiej, jak bydło – mężczyźni z chłopcami jednymi schodami na piętro, kobiety z dziećmi i dziewczynki drugimi schodami. Po dwóch stronach schodów nieduże pokoje, w nich trzy Niemki robią rewizję osobistą. Trzeba było oddać wszystkie pieniądze, biżuterię. Przy mnie Niemka wyrwała z uszu jednym szarpnięciem kolczyki z uszu Miry Pawlickiej. Przerażona patrzyłam, jak na jej białą bluzkę kapią z uszu krople krwi. Niemki spieszyły się, brzdęk, brzdęk, stukały złote precjoza wrzucane do płaskiego koszyka – pierścionki, zegarki, kolczyki, łańcuszki z medalikami.

Przeszliśmy z mamą, trzymając Baśkę na rękach, przez ten czyściec. Mama, nauczona przygodą przy wyrzucaniu nas z domu, kiedy żandarm przyłożył jej do głowy pistolet, gdy szarpała się, nie chcąc oddać torebki z pieniędzmi, w Łodzi wszystko wysypała na stół, „Bierzcie, złodzieje” – mruczała pod nosem. W ogólnym wrzasku Niemek nie było tego słuchać, więc przeszłyśmy wypchnięte do wielkiej sali z długą ladą, za którą siedzieli pisarze.

Sala, do której nas wepchnięto, była bardzo duża. Kłębił się w niej tłum zdezorientowanych ludzi. My wypatrywaliśmy ojca, właśnie wyszedł z bocznych drzwi, spocony, pod ręką trzymał rozbebeszoną walizkę (jedyną jaką mogliśmy zabrać). Mama z przerażeniem w oczach wpatrywała się w ojca, bo okazało się, że nic nikomu nie mówiąc włożyła w sztywne mankiety koszul po 100 marek. Niemiec roztrząsał każdą koszulę, ale marki na szczęście nie wypadły. Ojciec był wściekły, bo gdyby wydało się, że schował gotówkę, to Niemcy mogli go powiesić, co widział już na własne oczy.

W tej sali odbywały się dantejskie sceny. Niemcy rozdzielali rodziny. Dorosłe dzieci zabierali na roboty do Niemiec, jednymi schodami w dół. Rodziny z małymi dziećmi – z drugiej strony. Na dole znowu wielka sala z filarami i tłum wysiedlonych na tobołkach. Płacz dzieci, rozpacz rodziców, którym zabrano dzieci, do tego upał, zaduch.

Następnie rodziny z małymi dziećmi zaczęto wywoływać na podwórze na którym przechodziliśmy „badania na rasę”. Siedzieliśmy rządkiem na długiej ławie. Z boku stał stół z różnymi urządzeniami. Pan w białym kitlu mierzył nam głowy, nosy, patrzył w oczy. Na szczęście nie stwierdzono u nas czystych cech aryjskich, bo właśnie w Łodzi był też obóz dla dzieci zabranych rodzicom i przekazywanych Niemcom na wychowanie.

Byliśmy w szoku, odrętwieni ze strachu, bo wszyscy byliśmy blondynami o niebieskich oczach, a nadto mama pochodziła z niemieckiej rodziny Kollewych z Krobi, gdzie jej kuzyn Karl Kollewe był w czasie wojny burmistrzem (został w naszej pamięci jako zły kuzyn).

Mama wytłumaczyła swoje rodowe nazwisko, jako być może żydowskie i tak w niezbyt bezpieczny sposób wyszliśmy z groźby germanizacji. Wróciliśmy do sali, w której był taki tłok, że z trudem można było usiąść na tobołkach. Mama jakoś zorganizowała coś do jedzenia i wodę do picia. W nocy zasypialiśmy i budziliśmy się na każde szturchnięcie kręcących się ludzi. Rano załadowano nas na ciężarówki i zawieziono do obozu przejściowego w Radogoszczy.

„Obóz przejściowy” jak to przyjemnie brzmi. To tylko etap 2-3 między wysiedleniem z miejsca zamieszkania a wywiezieniem do Generalnego Gubernatorstwa. Tak to określił w obrzydliwym artykule „Oseski na szaniec” niejaki Marcin Norwid. Autor tego artykułu oburza się, że dzieci do lat 14, które przeżyły te obozy, mają prawo do uprawnień kombatanckich. No cóż, te obozy to nie były sielskie postoje w czystych pensjonatach. Mój obraz, jaki mam przed oczami po 68 latach od pobytu w Radogoszczy, jest zupełnie inny.

Tak więc załadowano nas na ciężarówkę i jeżdżąc po Łodzi zawieziono nas do Radogoszczy. To był kompleks nieczynnej fabryki. Zrzucono na dziedziniec i wskazano halę fabryczną z cementową posadzką przyprószoną słomą, a raczej sieczką, bo słoma była dokładnie zniszczona przez wcześniejszych użytkowników. Każda rodzina otrzymała kilka metrów powierzchni tej posadzki, nasza rodzina – jakieś 2 m2. I tak rodzina przy rodzinie. W nocy z trudem wychodziło się do wyjścia, żeby kogoś nie nadepnąć.

W Radogoszczy byliśmy do 26 sierpnia 1940 roku, czyli do dnia kiedy załadowano nas do bydlęcego wagonu i wywieziono w Lubelskie.

Ale przed tym przez trzy miesiące przeżywaliśmy każdego dnia głód i strach, inwazję wielkich czarnych much, smród i spanie na cemencie.

Głód. Dziennie dostawało się pajdę gliniastego, czarnego chleba (grubości dwóch palców) na osobę. Do tego ranek garnuszek albo kubek, co kto miał, czarnej kawy; na obiad z dużego kotła chochlę zupy, w której czasem pływał kawałek ziemniaka albo liść kapusty; na kolację już tylko kubek kawy.

Strach. Ojciec chodził codziennie w kolumnie z innymi mężczyznami do robót drogowych na mieście. Układali chodniki, kopali rowy. Mając uratowane w mankietach koszuli kilka setek mógł czasem po drodze, z zależności od humoru wartownika, kupić kilka bułek, a nawet kiedyś przyniósł kilka jabłek. Mama pomagała w kuchni, obierała ziemniaki, sprzątała, niekiedy udało się jej ukraść kilka ziemniaków i z boku na kuchni ugotować. To nas ratowało, ale ile było przy tym strachu, żeby się nie wydało. Bo wtedy – śmierć!

Muchy i smród. To się łączyło, bo przed naszą halą usytuowano prowizoryczną latrynę, do której stały cały dzień kolejki. W obozie były setki, a może tysiące ludzi, przeważnie chorujących na biegunkę. Latryna była pod dachem. Nad wielkim dołem postawiono coś w rodzaju szopy, środkiem położono dwie albo trzy deski szerokości może pół metra. Z obu stron tego przejścia, oczywiście wyżej, były umocowane żerdzie. Ludzie załatwiając się, siedzieli naprzeciw siebie, osoba przy osobie, jak kury na grzędach. Nad kloacznym dołem unosiły się chmary much. Takie załatwianie się to była męka – dorośli, dzieci, jedno obok drugiego, a pod latryną kolejka czekających. I te olbrzymie, obrzydliwe muchy. Całymi chmarami w hali nad nami.

Kiedy Basia spała w południe, trzeba było ją bez przerwy opędzać od much. I właśnie ja musiałam opiekować się Baśką, która miała półtora roku. Musiałam pilnować też braci: Wojtek miał 9 lat, Grzegorz 6, a ja – 10. Byłam najstarsza. Nagle skończyło się moje dzieciństwo. Musiałam być odpowiedzialna. To dla mnie nie było miejsca do snu na futrzanej kurtce ojca. Spałam na gołym cemencie, co skutkowało przeziębieniem krwi i wrzodami na całym ciele przez rok po obozie. To ja musiałam pilnować Grzegorza, żeby nie wpadł do latryny, bo kiedy wywożono nieczystości wyciągano z dołu trupy utopionych dzieci.

Wczesnym rankiem 26 sierpnia 1940 roku zostaliśmy obudzeni wrzaskami Niemców. Ustawieni rodzicami wychodziliśmy z naszej hali na podwórze przy drzwiach. Każda rodzina dostała, w zależności od ilości osób, podwójne porcje codziennego chleba. Nam wypadł cały bochenek.

Przy wyjściu z hali, trochę z boku, nagły krzyk i lament. Mama odwraca mi głowę i mówi: „Nie patrz”. Ale ja patrzę i widzę. Podnoszą na rękach sztywną kobietę, a Niemiec wrzeszczy: „Raus, raus” i wytrąca z rąk chyba mężowi i synowi dziwnie sztywne ciało kobiety. Później dowiem się, że to tej nocy zmarła pani Bartkowiakowa z Ponieca.

Na podwórzu zabudowanym ze wszystkich stron harmider nie do opisania. Kobiety z dziećmi mają wsiadać na ciężarówkę. I znowu strach, że nas rozdzielają. Może się już nie zobaczymy. Ale co robić. Mężczyźni i starsze dzieci pójdą pieszo. Mamy iść na dworzec. Trudno. Mama z Basią i Grzegorzem wsiadają na ciężarówkę. Samochody wyjeżdżają, a my uformowani w kolumnę wychodzimy za bramę. Idziemy pustymi ulicami. Na bruku wykręcają się nam nogi. Trzymam za rękę Wojtka, a w drugiej niosę swoją szkolną teczkę, w której jest bochenek chleba.

Idziemy i idziemy. Dzień robi się coraz jaśniejszy. W oknach domów, które mijamy, ruszają się firanki. To mieszkańcy patrzą na ten dziwny pochód. Wreszcie dochodzimy do dworca towarowego. Mama z małymi już tam jest. Oddychamy z ulgą – jesteśmy razem.

Teraz, jak zawsze u Niemców z wrzaskiem i przekleństwami, ładują nas do wagonów. Upychają, żeby zmieścić, jak najwięcej. No, dosyć, więcej nikt nie wejdzie. Z hukiem zasuwają szerokie drzwi i plombują je. Pojedziemy w nieznane – jak zwierzęta, a nawet gorzej, bo bez żarcia i picia. Jak towar. Zanim załadowali cały transport zbliżyło się południe.

Wreszcie ruszamy. Mijamy Koluszki. A, to jedziemy na Warszawę – tłumaczą ci, którzy znają się na mapie.

Ja nie wiem, gdzie są Koluszki. Wiem, że Warszawa to stolica. Skończyłam w czerwcu 1939 roku drugą klasę szkoły podstawowej. Umiem czytać, pisać kiepsko z ortografią na bakier, liczyć do 100 – oto całe moje wykształcenie.

No, ale jedziemy. W wagonie jest gorąco i duszno. Nie ma nic do picia. Maluchy płaczą, kobiety się modlą, mężczyźni klną, albo opowiadają kawały.

Kto ma trochę wody, dzieli się z innymi. Dostają raczej dzieci, dorośli zwilżają tylko usta. Pociąg staje często w różnych miejscach, najczęściej w szczerym polu. Kiedy w Kutnie staje przy osiedlu domków, z wagonów podnosi się krzyk: „Wody!” Ludzie słyszą to wołanie i biegną pod kolejowy nasyp z wiadrami wody. Ale nagle nasi konwojenci zaczynają strzelać. Ludzie rzucają wiadra i uciekają. W mało którym wagonie nabrano wody.

Jedziemy dalej. Najlepiej jest usnąć na jakimś tobołku, nie czuć głodu i pragnienia. Jedziemy, mijamy Warszawę, dojeżdżamy do Bugu. Zgroza w wagonie, bo może te cholerne Niemcy oddadzą nas bolszewikom, a ci ześlą nas na Syberię. Syberia zesłańców powstaniowych, mrozy… „Matko Boska Gostyńska ze Świętej Góry, ratuj!” Teraz już nikt nie żartuje, wszyscy się modlą. Stoimy nad tym Bugiem całą noc, a rano pociąg szarpie i … wraca ku Warszawie. Radość, bo „Rusek nas nie chce”.

Ale teraz są stacje o nazwach prawie nieznanych – jakieś Siedlce, Łuków… I znowu mija dzień, a pociąg raz naprzód, raz do tyłu i postój. Wreszcie późnym wieczorem, a raczej w nocy pociąg stanął definitywnie. Drzwi wagonu z hukiem, jak były zamykane, tak teraz z takim samym się otwierają. Wychodzimy. Na peronie kłębi się już tłum. Zaganiają nas do przestronnej poczekalni dworcowej. Na budynku dworca napis „Parczew”. Co to? Miasto czy wieś? Nie wiadomo. Ale wreszcie można odetchnąć świeżym powietrzem. W poczekalni na stołach stosy kromek chleba i białe kubki. Za każdym stołem siostra w czepku z czerwonym krzyżem. Jedna podaje każdemu kromkę chleba, a druga nalewa i podaje kubek ciepłego mleka. Mleka nie piłam od niemowlęcia, piłam tylko herbatę. Ale ten pierwszy łyk ciepłego mleka pamiętam do dzisiaj. Nigdy nie było i chyba nie będzie takie smaczne…

Przeszliśmy przez dworzec. Za dworcem czekały „podwody” – słowo nieznane u nas w Poznańskiem. Podwody czekały na wysiedlonych z poznańskiego od rana. „Wysiedleni z poznańskiego” – tak właśnie będziemy w czasie wojny nazywani w miastach i wsiach Lubelszczyzny. Czekali i doczekali się: wąskie furki zaprzęgnięte w konika w hołoblach. Hołoble to też termin i urządzenie zaprzęgowe, nieznane w Poznańskiem.

Wsiedliśmy na ten wózek jeszcze prawie podduszeni i śpiący. Noga za nogą konika ruszyliśmy z Parczewa do Wohynia. Droga była piaszczysta, prowadziła przez las. Noc sierpniowa była ciemna i pachnąca balsamicznie. Wysoko nad drogą i nad nami majestatycznie chwiały się czuby drzew. Myślałam naiwnie, że w lesie mogą być wilki, ale nie bałam się. Po strasznych strachach i grozie ostatnich miesięcy w lagrach łódzkich wilki nie wydawały się zbyt wielkim złem.

Kiedy wjeżdżaliśmy w zabudowania Wohynia, na wschodzie nad lasem rozświetlała się wąska smuga wschodzącego słońca. A my znaleźliśmy u państwa Wachowców serdeczny dom na dobre i złe dni wojennego wygnania.

Miejscowość którą wspominam leżała na trasie Gostyń-Krobia. Należała ona do majątku wsi Krajewice. Był to mały folwarczek, w którym zamieszkiwały 3 rodziny, które pracowały w majątku Krajewice. Miejscowość ta nazwała Róża. Była to bardzo mała miejscowość, obecnie już nieistniejąca i może nie znana młodemu pokoleniu. W czasie okupacji mieszkały tu 3 rodziny, a mianowicie Skowronki, Torze i Jakubowscy.

W 1945 roku trasa Gostyń-Krobia, gdy front zbliżał się coraz bardziej, była bardzo ruchliwa, przemierzały po niej wojska niemieckie i cywilni uchodźcy. Styczeń 1945 roku był bardzo mroźny i śnieżny. Tabory uchodźców niemieckich i kolumny wojsk jechały w stronę Krobi i dalej Rawicza, by szybciej uiść przed Rosjanami. Ja, jako młody chłopak zapamiętałem, jak 16 stycznia 1945 roku, w godzinach wieczornych zrobiło się na trasie Gostyń-Krobia-Rawicz dość spokojnie, kolumny wojsk niemieckich, jak i tabory cywilne przestały jechać w kierunku Rawicza. Z 16 na 17 stycznia noc była spokojna, mroźna i widna, bo świecił mocno księżyc. Ojciec był zaniepokojony tą ciszą nocną, raz po raz zrywał się z łóżka i spoglądał w okno. Około godziny 4.30 zaniepokojony wpatrywał się w okno od strony południowej i zauważył jak z kierunku Krobi jedzie coś ciężkiego bez świateł w naszym kierunku. Ojcu widziało się to podejrzane. Ciężki warkot silników zbudził matkę i całe rodzeństwo. Nie zdążyliśmy się ubrać, gdy nastąpiło ostre stukanie do drzwi. Ojciec otworzył,  a w drzwiach stali żołnierze radzieccy z bronią w ręku pytając: „kto tu zamieszkuje Polacy czy Niemcy?” Ojciec odpowiedział: Polacy, po tej odpowiedzi, że Polacy weszło trzech żołnierzy rozłożyli mapy i pytali się jak daleko do Gostynia i zapytali: „czy są tam Niemcy i jaka siła”. Ojciec odpowiedział ze jest dużo Niemców i bardzo uzbrojeni, matce w tym czasie kazali uszykować coś ciepłego do picia. Ale matka nie zdążyła tego uczynić, bo w pośpiechu weszło dwóch kolejnych żołnierzy radzieckich i zawołali swoich kolegów, że mają iść bo maszyny jadą. Ojciec wyskoczył za nimi i zobaczył, że z kierunku Podrzecza nadciąga duża kolumna wojsk niemieckich.

Patrol radziecki, a było ich trzy pancerne wozy, w pośpiechu ustawił się pod oknem naszego mieszkania i a my w strachu czekaliśmy co się teraz stanie. Niemiecka kolumna jechała dość pewnie, nie licząc, że tu mogą znajdować się wojska armii radzieckiej. Patrol radziecki podpuścił całą kolumnę niemiecką pod swoje lufy wozów bojowych. A była to kolumna niemiecka składająca się z wozów opancerzonych, jak i pojazdów ciężarowych. Padły pierwsze strzały z radzieckich dział wozów bojowych i ciężkich karabinów maszynowych. Zaczęło się piekło na ziemi. Z dachów posypała się dachówka, z okien szyby, firany ze ścian, obrazy, spadło wszystko, co wisiało. Myśmy w pośpiechu z całym rodzeństwem uciekli do piwnicy, która znajdowała się pod mieszkaniem, sąsiedzi uczynili to samo. Z piwnicy okienkiem widać było duży pożar kolumny niemieckiej. Paliły się samochody i sprzęt wojskowy. Nasze mieszkania, choć rozsypywały się od wstrząsów armatnich, to jednak nie zapaliły się. Niemcy byli tak zaskoczeni, że nie oddali żadnego strzało. Po godzinnej operacji, gdy ustały strzały, okazało się że trzy wozy bojowe wojska radzieckiego zniszczyły całą kolumnę wojsk niemieckich.

Wyglądało to fatalnie i niesamowicie. Paliła się cała kolumna, następowały wybuchy z palących się samochodów. Leżało kilka trupów porozrzucanych i popalonych wokół kolumny. Po całej operacji żołnierze radzieccy powyciągali i zabrali ze sobą ocalały sprzęt niemiecki, który znajdował się z tyłu kolumny. W tym czasie znaleźli jeszcze rannych niemieckich żołnierzy. Zastrzelili ich. Gdy kolumna radziecka przygotowywała się do odjazdu w kierunku Krobi, kilku żołnierzy niemieckich, od strony Krajewic, zaczęło ostrzeliwać patrol radziecki. Gdy zobaczyli to żołnierze radzieccy, otworzyli ogień z karabinów maszynowych i zaczęła się znowu strzelanina. Niemcy chcieli zrobić odwet, ale nie uszli daleko, zostali wystrzelani. Kilku żołnierzy niemieckich schroniło się za grube drzewo jesionu i ciągle ostrzeliwali ruskich. Żołnierze radzieccy nie mogli ich sięgnąć z karabinów maszynowych, więc wycelowali z armaty prosto w drzewo, za które schronili się Niemcy. Wybuch rozrzucił ciała zabitych.

Po wycofaniu się patrolu radzieckiego w kierunku Krobi, zaczęła się zbliżać z kierunku lasu duża grupa wojska niemieckiego, ubrana w białe kombinezony. Wcześniej schronili się w lesie podczas ataku patrolu radzieckiego. Niemcy ostrożnie podchodzili pod nasze zabudowania. Każdy z nas widział już przed sobą śmierć, że zrobią odwet i rozstrzelają nas. Wśród naszych rodziców zapanowała niepewność naszego życia, ale to się nie stało. Niemcy weszli na podwórze i zaczęli wypytywać się, co to było za wojsko. Ojciec umiał dobrze po niemiecku i mówi że nie wie co to za wojsko było. Niemcy zaczęli szeptać że ruscy i wycofali się w kierunku Gostynia. Nasze mieszkania były zupełnie zniszczone. Nie mieliśmy szans pozostania, ojciec i sąsiedzi zabezpieczyli okna oraz drzwi deskami przed złodziejami, ale to nic nie poskutkowało bo z mieszkań zostało później wszystko rozkradzione. I tak stracili swój dobytek rodzice. Ojciec, matka i starsze rodzeństwo zabrali rzeczy codziennego użytku na sanki ręczne i poszliśmy do wsi Krajewice, szukać dachu nad głową. Zakwaterowano nas w tzw. oficynie.

 W godzinach popołudniowych ściągnęło do Krajewic bardzo dużo wojska niemieckiego. Obstawili całą wieś czołgami typu tygrys i artylerią. Tu chcieli powstrzymać i stawić opór wojskom radzieckim, nadciągającym z kierunku wschodniego. Niemcy stacjonowali we wsi kilka dni. 27 stycznia 1945 roku, gdy usłyszeli wybuchy artyleryjskie – wojska radzieckie posuwały się od strony Pępowa i Siedlca – oddziały niemieckie w pośpiechu opuściły wieś, udając się w kierunku zachodnim. Od tego czasu wojska niemieckiego widać nie było. Wieś była wolna. Niemcy, którzy polegli w potyczce z wojskiem radzieckim zostali pogrzebani w okopie wojennym. Parę lat temu zostali ekshumowani, szczątki zabrano do Poznania i tam zostali pochowani.

Wspomnę jeszcze o miejscowości Róża, była to miejscowość koło obecnej stacji paliw w Krajewicach. Tu się urodziłem, wychowywałem i mieszkałem do roku 1945. Moi rodzice pracowali w majątku Krajewice. Podczas wybuchu II wojny światowej, w roku 1939, ktoś w majątku rzucił hasło żeby uciekać, że jest wojna. Było bardzo duże zamieszanie wśród rodzin pracujących w majątku. Przygotowali wozy i konie, każda rodzina dostała wóz z końmi, to co najważniejsze miały rodziny załadowali na wozy i uciekli przed wojną i Niemcami. Jechaliśmy całym taborem w kierunku Warszawy, pędząc ze sobą stado krów. Tułaczka trwała przeszło dwa tygodnie. Jadąc w kierunku Warszawy, napotykaliśmy stale na pożary stogów ze zbożem. Podpalili je Polacy, żeby nie dostało się w ręce Niemców. Tak dojechaliśmy aż pod Kutno. Ludzie byli źle informowani, jechaliśmy w miejsca  walk wojsk niemieckich i polskich. Pewnego dnia staliśmy na noclegu w jakimś majątku (nie pamiętam nazwy), nadleciały niemieckie samoloty i zostaliśmy ostrzelani z broni pokładowej. Zrzucono bombę, która uderzyła w szczyt jednego budynku, na szczęście nikt nie został zabity lub ranny. Spod Kutna wracaliśmy całym taborem i krowami z powrotem.

 Było to bardzo utrudnione. Panował duży ruch na drogach wojsk, powysadzane były mosty, paliły się stogi. Po drodze były rewizje robione przez wojska niemieckie. Po kilku dniach dojechaliśmy z powrotem do Gostynia. Jadąc w kierunku Krajewic, zastaliśmy wysadzony most na rzece Kani. Już widzieliśmy swoją miejscowość Róża, ale nie było mostu. Wracając w kierunku Gostynia zostaliśmy więc skierowani na prowizoryczny most dojazdowy do łąk w kierunku Podrzecza i tak dostaliśmy się do swoich domów. W czasie tułaczki pozostawiony w domu majątek został rozkradziony. Wyniesiono drzewo, węgiel i cały skromny dorobek rodziców, począwszy od noży, łyżek i talerzy. Dorobek rodziców musiał zacząć się od nowa, my się tułali po Polsce, a pozostali na miejscu rozkradali pozostawiony majątek. Ojciec mój był kołodziejem w majątku, miał dość dobrze wyposażony warsztat kołodziejski, jak na te czasy. Warsztat został także okradziony. Dopiero po zakończeniu II wojny światowej narzędzia zaczęły się powoli odnajdywać.

Życie w czasie okupacji niemieckiej nie było łatwe. Brat mój Stefan, jako młody chłopak, pracował u Niemca w Krajewicach. Ja z bratem chodziłem tam czasami i pasłem krowy jako młody chłopak. Cieszyłem się, jak gospodyni niemiecka dała kromkę chleba z marmoladą. W czasie okupacji majątkiem zarządzał Niemiec nazywał się Rauhut. Był to człowiek bardzo agresywny, który bił polskich pracowników aż do zalania się krwią. Jako młody chłopak dostałem od niego parę razy. Pierwszy raz za wyrwanie marchewki. Przy Róży pole było obsiane pastewną marchwią i tam wyrwałem marchew do zjedzenia. Rauhut jechał w tym czasie do Gostynia bryczką, którą powoził Banaszak, jako jego kucier. Zauważył, jak trzymałem marchew w ręce. Rauhut pogroził mi. Ja już wiedziałem co mnie będzie czekać. Po południu zauważyłem, że jedzie z kierunku Krajewic na koniu. Wiedziałem, że będzie mnie szukał. Ze strachu zamknąłem się w drewnianej szopie, drzwi zamknąłem na zasuwkę ale wiedząc, że jest to człowiek silny, stanąłem z boku przy drzwiach. Rauhut wyrwał drzwi z zasuwką. Chciałem uciec, ale złapał mnie za rękę. Okręcił mnie parę razy i dostałem rajpajczem. Jak mnie puścił ze strachu uciekłem za stodołę. Wieczorem nie mogli mnie rodzice znaleźć. Mało tego, że mnie zbił pojechał do ojca do warsztatu i tam ojciec jeszcze oberwał.

Starsza moja siostra, jako młodociana, pracowała w majątku. Pewnego dnia niosłem śniadanie siostrze na pole, a pracowały koło osady Leciejewo. Wracając drogą z Leciejewa, nie tylko sam, bo wracali jeszcze moi rówieśnicy, nad drogą były drzewa owocowe, idąc podnieśliśmy kilka jabłek, które pospadały (robaczywki), Rauhut, jadąc do lasu w kierunku Leciejewa to zauważył. Przeczuwaliśmy, co będzie. Gdy podjechał do nas kazał woźnicy się zatrzymać. Wziął od niego bat i wyskoczył z pojazdu i tym batem nas po gołych nogach bił. Leciał za nami aż do samego lasu. Myśmy jako młodzież wpadli w las, on już za nami dalej nie leciał.

Najbardziej zniemczone były wioski Krajewice i Wymysłowo. W tych wioskach było bardzo dużo młodzieży niemieckiej, należeli oni do swojej organizacji tzw. Hitlerjugend. W każdą niedzielę młodzież niemiecka miała zbiórki w Gostyniu, tam wpajali im nienawiść do Polaków. Pewnej niedzieli wracała z miasta horda niemiecka na rowerach i zobaczyła nas, pięciu młodych z Róży, jak szliśmy polną drogą z łąki. Nie zdążyliśmy dojść do swoich domów. Młodzież niemiecka rzuciła swoje rowery i tak nas zbili, skopali do nieprzytomności. Na szczęście zobaczyli to nasi rodzice i ruszyli na pomoc. Niemcy pobrali rowery i uciekli.

Spisano w Krajewicach, w roku 2011.

W połowie miesiąca sierpnia 1939 roku spokojnych mieszkańców naszej wioski ogarnął jakiś niepokój. Częściowa mobilizacja naszych żołnierzy rezerwistów i nadejście oddziału wojska do naszej wioski do reszty wyprowadziło nas z równowagi. Na ustach każdego był tylko jeden wyraz, będzie wojna.

Dnia 25 sierpnia 1939 roku, oddział wojska kwaterujący w Wycisłowie zarządził kopanie rowów strzeleckich. Rowy strzeleckie kopane były na polach przy skrzyżowaniu dróg, Koszkowo-Jawory-Borek-Ziomek. Rowów tych jeszcze nie wykończono, a tu jak grom przyszła wiadomość, że w dniu pierwszego września Niemcy napadli na Polskę. Trzy dni, od pierwszego do trzeciego, przez wioskę naszą przeganiano stada bydła, które pędzono w głąb kraju. Wszystkimi drogami jechały wozy z ludnością, która uchodziła przed frontem. Nasza wioska czwartego września też otrzymała rozkaz opuszczenia miejscowości. Mieszkańcy załadowali się na wozy i wyjechali, ale tylko do sąsiedniej wioski Jeżewo. Tam otrzymali rozkaz powrotu, dlatego że wszystkie mosty były zniszczone. Tego samego dnia wszyscy wrócili do domu.

W dniu 10 września ludność pracująca w pobliżu drogi Gostyń-Borek, zauważyła pierwsze oddziały najeźdźców. Na widok Niemców mieszkańcom naszym serca krajały się z rozpaczy. W następnych już dniach nadszedł pierwszy rozkaz w języku niemieckim, zachowania spokoju  i zdania sprzętu wojskowego.

    Wiadomość o kapitulacji naszej armii przyjęto u nas z wielkim lamentem i płaczem.

    W końcu września przeprowadzili okupanci pierwszą rewizję za broń. Pierwsi żołnierze byli na ogół spokojni.

    Od połowy października do końca listopada 1939 roku Wycisłowo co kilka dni dawać mu-siało pięciu zakładników do gminnego miasta Borek. Gdyby w ten dzień, który z Niemców został zabity, tych pięciu Polaków miało być rozstrzelanych.

    W dniu 7 grudnia 1939 roku okupanci wysiedlili z naszej wioski kierownika szkoły, pana Stanisława Maćkowiaka. Wysiedlony mógł zabrać ze sobą tylko małą ilość bielizny i odzieży. Wy-siedleniem tym okupanci wywołali u nas wielki popłoch. Młodzież, by się uchronić od wywiezienia na przymusowe roboty, sypiała po stodołach i stogach. Wysiedlonych wysyłano do centralnych województw Polski. Młodych odłączano od rodziców i wysyłano w głąb Niemiec. Wysiedlano zawsze w nocy. W początkach okupacji, oprócz kierownika szkoły nie wysiedlono nikogo więcej, bo niemieckim kolonistom nie podobało się położenie naszej wioski.

    Wiosną 1940 roku nazwę naszej wioski okupanci przechrzcili z Wycisłowa na Drückenfeld.
Z początkiem wiosny 1940 roku okupanci przystąpili do budowy drogi przez naszą wioskę, którą rozpoczęły władze polskie już w 1939 roku. Budowę ukończono w grudniu w tym samym roku.

    W dniu 1 czerwca 1940 roku okupanci otworzyli szkołę. Pierwszą nauczycielką była Niemka z pobliskiej wioski Głosiny, nazwiskiem Grunwald. Na początek powołano do szkoły dzieci starsze od lat dziesięciu. W szkole uczyła tylko po niemiecku.

    1 listopada 1940 roku okupanci mianowali sołtysem naszej wioski Niemca nazwiskiem Becker. Był to administrator majątku Koszkowo. Dotychczasowym sołtysem był Polak Józef Dą-bek.

    W końcu roku 1940 zaczęliśmy dotkliwie odczuwać okupację niemiecką. Prawie codziennie przyjeżdżała do wioski policja i pod różnymi pozorami robiła rewizję. Bili przy tym domowników, nawet kobiety i dzieci. Zmuszano do przyznawania się nie prawdziwych rzeczy. W roku 1941 nie wolno było naszym mieszkańcom bez zezwolenia zabić świni, posiadać w domu mleka pełnego, mąki pszennej i innych artykułów spożywczych. Tylko tyle, ile wykazywały kwoty żywnościowe na daną rodzinę. Znalezienie przez policję jednej z zakazanych rzeczy pociągało za sobą skatowanie całej rodziny i więzienie właściciela.

    W lutym 1941 roku Niemcy z okolicznych majątków pozamieniali naszym gospodarzom najlepsze konie. Za pełnowartościowe, w większej części klacze zarodkowe, otrzymali nasi gospo-darze konie stare, prawie już niezdolne do pracy.

    W czerwcu 1941 roku okupanci zmienili w naszej szkole nauczycielkę. W miejsce dotych-czasowej mianowano córkę naszego sołtysa, Becker Ruth z Koszkowa. Obie te nauczycieli nie mieszkały u nas, lecz codziennie dojeżdżały rowerem.

    W jesieni 1941 roku okupanci aresztowali naszego księdza parafialnego Jana Dziegieckiego, zamykając tym samem naszym mieszkańcom dostęp do kościoła. Urząd parafialny przeniesiono do Gostynia, a rok później do Domachowa koło Krobi. Wobec wielkiej odległości od kościoła, jak też z obawy przed łapanką, jakie często okupanci urządzali na wiernych, ludność do kościoła nie chodziła. Zmarłych chowano na naszym cmentarzu w Jeżewie, bez księdza i bez żadnych ce-remonii.

    W początku 1942 roku okupacja niemiecka stała się dla naszych gospodarzy prawie nie do zniesienia, codziennie były nowe rozporządzenia. W styczniu tegoż roku nie wolno było naszym gospodarzom sprzedawać najmniejszej rzeczy bez zezwolenia, tak zwanego ortsbauerführera. Za sprzedane płody rolne czy inwentarz, pieniędzy nie wypłacano na rękę, lecz do banku, na konto właściciela. Na pobranie pieniędzy musiało być tak samo zezwolenie ortsbauerführera, które dawał jedynie na podatki, reparacje narzędzi rolniczych itp. Ludność naszej wioski we wszystkich sprawach miała najwięcej trudności, gdyż była to jedyna wioska w gminie, gdzie dotychczas nie było żadnego Niemca.

    Bardzo dużo młodzieży z Wycisłowa musiało iść w służbę do okolicznych kolonistów niemieckich. Miejscowi gospodarze mieli przez to brak ludzi do pracy, a w święta musieli jeszcze posyłać ludzi do majątków.

    Wiosną 1942 roku zmieniono znowu nauczycielkę. Następczynią była niejaka Wiesenberg, która zamieszkała w szkole na stale. Wiesenberg była u nas nauczycielką do czerwca 1944 roku. Następcą jej był nauczyciel Katzenstein. Ten stan rzeczy trwał do wiosny 1944 roku. W latach 1942-1944 policja zdążyła nakryć kilku gospodarzy za nielegalne zabicie świń, którzy musieli od-siadywać kary więzienne. Ludność musiała się starać sama o żywność, gdyż na kwoty było mało. 

    Wiosną 1944 roku okupanci co kilka dni przywozili do nas rodziny wysiedlone z innych miejscowości. Naszym mieszkańcom zdawało się że są już pewni od wysiedlenia. Niemcy jednak myśleli inaczej. W dniu 14 maja, w piękny poranek, wioskę naszą zalał tłum policji i cywilnych. Do poszczególnych domów wstępowało po trzech Niemców, którzy oświadczali wystraszonym mieszkańcom wysiedlenie. Na zapakowanie dawali tylko godzinę czasu. W całej wiosce rozległ się płacz i lament, który nie wzruszał Niemców. Po godzinie ukazały się na drodze pierwsze wozy z naszymi wygnańcami. Na twarzach wygnańców malował się ból i rozpacz. Ani na moment nie wątpili jednak, że wrócą. Każdy wiedział, że wybije godzina wolności, że wróci na swój zagon, który odziedziczył po ojcach. Smutny był dzień ten dla nas, nie zapomnimy go nigdy. W dniu tym wysiedlono 29 rodzin.

    Zaledwie kilka zagród obsadzono w tym samym dniu. Pozostali Polacy musieli doglądać nie obsadzonych gospodarstw. Pierwsi Niemcy, którzy przybyli do naszej wioski, byli to uchodźcy znad Morza Czarnego.

    W dniu 7 sierpnia 1944 roku okupanci po raz drugi wysiedlali ludzi z Wycisłowa. Tym razem z naszej wioski wysiedlili siedem rodzin. Większość wywieziono do Austrii, pozostałych do Bawarii.

    Polacy, których zostawiono, musieli teraz bardzo ciężko pracować. Musieli obrabiać swoje i być na każde zawołanie do pomocy niemieckim osadnikom. Szczególnie dał się we znaki Niemiec nazwiskiem Beck. Miał on pod zarządem całą wioskę. Nie dawał on Polakom wytchnienia ani na godzinę. Każdą niedzielę wyganiał Polaków do pracy. Biada było temu, kto się uchylał jego rozkazom.

    Niemieccy osadnicy którzy przybyli do naszej wioski wykazali, że mało rozumieją z pracy rolnika. Uczyli się dopiero od pozostałych Polaków. Szło im jednak nienajgorzej, bo przecież Po-lacy zostawili im pełne zasiewy i inwentarz.

    W sierpniu okupanci osadzili w naszej wiosce dziewczyny niemieckie (Arbeits dünstmädehln) które uczyły się rolnictwa i pomagały osadnikom. We wrześniu nauczyciel Katzenstein powołany został do wojska. Miejsce jego zajmują dziewczyny z Arbeitsdünstu.

    Niemieccy osadnicy potrafili sprzątnąć żniwa zostawione w pełni przez Polaków, ale kiedy przyszło do obsiewu, to zdążyli zaledwie obsiać jedną trzecią tego, co zwykle obsiewali Polacy. Prawie wszystka ozimina w jesieni 1944 roku została zasiana na podorywce i bez większej uprawy.

    W końcu jesieni 1944 roku zaczęli okupanci na gwałt młócić zbiory. Do naszej wioski osadnicy niemieccy dostali z majątku Koszkowo młocarnię parową. Młócili kolejno, posługując się Polakami. Wymłócone zboże w większej części odstawiali do spółdzielni.

    W grudniu osadnicy nasi zdradzają jakiś niepokój, stale mają zebrania, robią jakoś bez chęci. Na widok tych objawów, Polacy szaleją z radości, że może już niedługo wybije godzina wolności.

    W dniu 19 stycznia 1945 roku dotarła do naszej wioski wiadomość o rozpoczęciu ofensywy przez Sowiety i o przerwaniu się frontu niemieckiego. Wiadomość ta przeraziła naszych Niemców, a Polaków wprawiła w radość.

    20 stycznia Niemcy zostali zwołani na zebranie do Borku, na którym powiadomiono ich, że armia niemiecka się cofa i mają być każdej godziny gotowi do wyjazdu.    

Na drugi dzień Niemcy nasi – nie przypuszczali nawet, że tak szybko – dostali polecenie natychmiastowego załadowania się i opuszczenia wioski. W wielkim popłochu załadowali się na wozy, zabierając co lepsze rzeczy i wyjechali. Żal było im opuszczać to, co zagrabili, kobiety lamentowały, w dodatku straszny mróz był tego dnia. Ze spuszczonymi nosami i kwaśną miną opuścili butni okupanci naszą wioskę, ogołacając ją z koni, uprzęży i wozów. Wszystkimi drogami prowadzącymi na zachód ciągnęli za uciekającymi żołnierzami niemieckimi. Przez pola widać było uciekających niedobitków jej armii. Co chwila wpadali do polskich mieszkań, żądając jedzenia i picia. Od kilku dni słychać wokoło strzały dział.

    Dnia 24 stycznia odgłosy zbliżyły się tak, że słychać już strzały karabinowe. 25 stycznia, w godzinach przedpołudniowych, ku wielkiej radości naszej ludności, wjechały do naszej wioski oddziały wojska radzieckiego. Na terenie Wycisłowa zabitych zostało dwóch Niemców, żołnierzy którzy nie zdążyli ujść przed wojskami radzieckimi.

    Teraz dopiero mieszkańcy nasi odetchnęli swobodnie, radość wielka zawitała wszędzie. W następnych już dniach zaczęła wracać do domu młodzież, która była na przymusowych robotach. Nastało w naszej wiosce inne życie, życie choć w trudniejszych warunkach gospodarczych, ale tchnęło wolnością.

Wycisłowo, dnia 4 maja 1947 roku

Był rok 1942 lub 1943. Nie pamiętam dokładnie. Miałam wówczas cztery czy pięć lat. Cóż może pozostać w pamięci dziecka z czasów wczesnego dzieciństwa, jakże innego od moich dzieci i wnuków?

Z Krobi zostaliśmy wysiedleni w sierpniu 1940 roku. Nie pamiętam gehenny obozowej – spania w barłogu i maltretowania Polaków, podróży w bydlęcych wagonach, dziesięciokilometrowej wędrówki do Kopiny, ponieważ byłam wtedy zbyt mała. Kopina to niewielka wieś, jak to się potocznie określa „zabita deskami”, w ówczesnym Generalnym Gubernatorstwie, w powiecie radzyńskim, w województwie lubelskim.

Tam właśnie po miesiącu przybycia do obozu, zmarł mój najstarszy braciszek – Mieczysław, mający wówczas dziewięć lat, który zaraził się dyzenterią. Moja mama niosła mnie na rękach wiele kilometrów popychana przez Niemców kolbami karabinów. Wiem o tym na podstawie jej opowiadań. Szliśmy z tobołkami, które niósł dziadek Michał i brat Jurek. Dziaduś dźwigał chorego brata, a dwie siostry Barbara i Stefania, trzymały się kurczowo spódnicy mamy.

Mamusia miała wówczas trzydzieści dwa lata, pięcioro dzieci, lecz mimo tej udręki i strachu nie bała się błagać Niemki w obozie o torbę, w której miała jedzenie dla swej piątki. Troska o nas dodawała jej odwagi. Przez cały czas wysiedlenia, mieszkania w prymitywnych warunkach, śmierci pierworodnego syna, nie traciła nadziei, że wojna się skończy i wrócimy do rodzinnego domu w Krobi. W mojej dziecięcej wyobraźni dworek w Kopinie kojarzył mi się z domem. Często siadając pod drzewem wyobrażałam sobie, że jestem w domu rodzinnym w Krobi. Mamusia opowiadała nam o pozostawionym domu i naszym dziecięcym pokoju. Siadała wówczas przy kuchennym stole i na udeptanej glinie (ponieważ nie było podłogi), rysowała nam nasz stolik na posiłki, meble, duży zegar i inne przedmioty.

W Krobi tatuś prowadził sklep galanteryjno-bawełniany. Niestety, dziadek Michał został wysiedlony razem z nami. Babcia Barbara pozostała sama. Często chorowała, mieszka u swoich krewnych. Tatuś przebywał w szpitalu i kiedy Niemcy wyrzucali nas z domu, pojechała z nami jeszcze siostra taty i nasza służąca Stasia. Wkrótce zostały one od nas odłączone i zabrane do Niemiec, na roboty.

Gdy miałam pięć lat znałam już litery i cyfry. To zasługa mamusi i tatusia, którzy nas uczyli. Nie wspomniałam jeszcze, że po czterech miesiącach udało się tatusiowi przyjechać do nas, nie wiem jakim sposobem. Przywiózł nam meble i potrzebną garderobę. Ja z resztą rodzeństwa biegałam do szkoły. Byli tam uczniowie od siedmiu do czternastu lat, gdyż była to dwuklasówka mieszcząca się w jednej izbie lekcyjnej. Cieszyłam się, że mogłam czytać czytanki. Tytuły tych opowiadań i ich treść pamiętam do dziś. Był to: „Piast i Rzepicha” oraz wiersze Marii Konopnickiej. My, dzieci uczyłyśmy się ich na pamięć, szczególnym sentymentem darzyłam utwór: „W naszym starym dworze”.

W wolnym czasie, oprócz czytania zajmowałam się szyciem gałgankowych laleczek, którym oczka i buzie zaznaczałam kopiowym ołówkiem. Pamiętam, jak zbieraliśmy w lesie chrust.

Mamusia piekła chleb, którego smak i wygląd pamiętam do dziś. Chodziliśmy do lasu zbierać jagody i grzyby, na pole – pozostawione kłosy zbóż, z których łuskaliśmy ziarno. Potem mieliło się je i z tej „śruty” piekło ulubiony chleb. Po przyjeździe tatusia nieco lepiej nam się powodziło, ponieważ umiał on po niemiecku, gdyż uczęszczał do niemieckiej szkoły. Często stawał w obronie sąsiadów i mieszkańców z okolicznych wiosek, broniąc ich przed Niemcami.

Tato wraz z innymi mężczyznami ze wsi kopali schrony, w których chroniliśmy się w czasie nalotów bombowych, schodząc do nich po drabinie. Kilometr od Kopiny znajdowało się lotnisko, często bombardowane, dlatego musieliśmy się ukrywać. Schrony te były dołami o wymiarach 2 x 2m. Staliśmy w nich całe noce, zmarznięci, a nieraz i po kostki w wodzie. Dziadek zostawał zaś w domu. Mawiał : „Jak na mnie bomba trafić to i tu znajdzie”.

Ludzie w Lubelskiem, to ludzie bardzo serdeczni. Nie wstydzili się swojej biedy, nieumiejętności czytania i pisania. Potrafili wszystkim się dzielić. Nauczyli nas pieczenia placków z kwiatów akacji, pierogów z marchwią, zupy z brukwi.

Zimy na wschodzie były mroźne i śnieżne. Nie można było wyjść na dwór po śnieżycy, bo drzwi były zasypane. Wówczas my, dzieci, cieszyłyśmy się z tego, że nie było lekcji. Nasz pan nauczyciel – Rosiński był w AK i tak jak inni mężczyźni był śledzony przez Niemców, ukrywał się, więc nie było wtedy zajęć. Zimową porą lekcje prowadzone były w domu. Nie wiedzieliśmy, co to sanki i łyżwy, bo ich nie mieliśmy.

Wieczorami siedzieliśmy przy chlebowym piecu i słuchaliśmy opowiadań dziadka Michała i dziadka Fijewskiego, który walczył pod Smoleńskiem. Paląc fajkę, ciekawie opowiadał o przeżyciach wojennych i walce z bolszewikami. Dziadek Fijewski był teściem dobrej i kochanej pani Ludwiki Fijewskiej, mamy Miecia i Tadzia. Mietka słabo pamiętam, a Tadzio to był mój najlepszy kolega. Biegałam „zapłotkami” często do ich domu. Pamiętam tę drogę przez ogródki, którymi dostawałam się do domu pani Fijewskiej. Ten dom utkwił na zawsze w mojej pamięci. W wąskim korytarzu stało mleko, z którego zbierało się śmietanę. Była ona gęsta i smarowało się nią chleb i posypywało cukrem. Ja mówiłam do niej: „Też bym chciała chlebka ze śmietaną i cukrem”. I zawsze dostawałam. Gdy wracałam do domu, mamusia poznawała po „białych wąsikach”, gdzie byłam i co jadłam.

Nie mogę zapomnieć jednego strasznego wydarzenia. Pewnego dnia przyjechali do naszej wsi Niemcy na motorach i oznajmili mieszkańcom, że wszyscy będą wymordowani, bo w sąsiedniej wsi partyzanci zabili Niemca. Ja ze starszą o dwa lata Stenią strasznie płakałyśmy, modliłyśmy się, a potem poszłyśmy do szopki, która była połową naszego domu. Tam stał pieniek do rąbania drewna i my kładąc na nim głowy, tak sobie wyobrażałyśmy mordowanie przez Niemców. Skończyło się na strachu, rozstrzelano  kilku mężczyzn z sąsiedniej wsi, a nas pozostawiono w spokoju.

Takie warunki i taka atmosfera nauczyły nas wytrzymałości i odporności na biedę, strach i głód. Wysiedlenie, pobyt w obozie – nauczyły przyjaźni i dzielenia z innymi ludźmi tym, co mieliśmy.

Muszę jeszcze wspomnieć o chorobie Basi, po pobycie w obozie, gdzie przebywaliśmy prawie trzy miesiące. Basia była zmizerowana i blada. Pewnego dnia, przymierzając niebieską sukienkę do I Komunii Świętej zemdlała. Jej anemia trwała kilka lat, miała organizm wycieńczony przez pasożyt. O zatruciu się nim nie było trudno, kiedy w bydlęcych wagonach stało się w nieczystościach z ograniczonym dostępem do powietrza.

Był już lipiec 1944 roku. Upalne lato. Na drogach piach po kostki, który zmieniał się po deszczu w błoto po kolana. Właśnie w tym lipcu 1944 roku witaliśmy wojsko radzieckie.

Staliśmy przy drodze i trzymaliśmy bukiecik  kwiatów, rzucaliśmy je żołnierzom, dawaliśmy chleb i wodę.

Widzieliśmy uciekających Niemców w stronę torfowisk, w których grzęźli i to było przerażające. A my radowaliśmy się, że to koniec wojny, że wrócimy do rodzinnego domu. Były też takie dni, kiedy we czwórkę z bratem Jurkiem na czele szliśmy szukać „skarbów” po Niemcach. Wcześniej tatuś nas pouczył, że nie wolno dotykać różnych pudełek, gdyż jest to niebezpieczne i grozi wybuchem. Pewnego razu przytaszczyliśmy spadochron. Niestety, nasza  mama nie chciała „pamiątek” po Niemcach i musieliśmy to znalezisko odnieść na poprzednie miejsce.

Minęła piąta mroźna zima. Kończył się marzec 1945 roku. Zaczęliśmy przygotowywać się do wyjazdu z Kopiny. Pociągi jednak nie kursowały. Pieszo było za daleko. Powstał więc problem, w jaki sposób ewakuować się? Jakimś sposobem nasz tatuś zwerbował okoliczne cztery rodziny i wspólnie zakupili stary traktor z przyczepą. Do tej przyczepy mama uszyła plandekę z resztek materiału i zaczęliśmy się pakować. Częścią dobytku podzieliliśmy się z sąsiadami. Nastąpiły pożegnania, którym towarzyszyły łzy wzruszenia. Żegnaliśmy ludzi, z którymi żyliśmy pięć lat w nędzy i strachu.

Najbardziej zżyliśmy się z panią Fijewską, która po naszym odjeździe opiekowała się grobem naszego braciszka, aż do czasu, gdy nie przywieźliśmy jego prochów do rodzinnego grobu w Krobi. Dotąd utrzymujemy kontakt z Mietkiem Fijewskim i jego żoną, nawet były odwiedziny i wspomnienia.

Podróż tym traktorem z przyczepą trwała dwa tygodnie. Miałam już wtedy prawie siedem  lat i wiele pamiętałam z tego okresu. Spaliśmy w stodołach albo na przyczepie. Nasze mamy gotowały zupy na prowizorycznie zrobionych ogniskach. Utkwiły mi w pamięci takie obrazy, jak np. wysiadanie z przyczepy przed przejazdem przez trzęsące się mosty na rzekach, kiedy kierowca żegnał się znakiem krzyża i przejeżdżał, a my „gęsiego” przechodziliśmy na drugą stronę.

Drugi obrazek to widok zniszczonej Warszawy. Oglądaliśmy ją przez wydrążone w plandece dziurki. Mam przed oczami zgliszcza, ruiny i ludzi handlujących na ulicznych straganach, starszego pana kopiącego łopatą w ruinach, pewnie szukającego pamiątek po rodzinnym domu…
Miałyśmy apetyt na obwarzanki, lecz jechaliśmy dalej, jak Cyganie, pod pozszywaną z resztek plandeką i nie mogliśmy się zatrzymać. Tak dojechaliśmy do Gostynia. Tu zatrzymaliśmy się u państwa Prywerów. Dostaliśmy obiad, wykąpaliśmy się i czekaliśmy na przyjazd wujka, brata mamusi.

Przyjechał po nas bryczką i tak dotarliśmy do Krobi. Najpierw pojechaliśmy do naszego domu. Babcia Basia stała na progu, a my pobiegliśmy przywitać się z nią. Chcieliśmy zwiedzić nasz dom. Zastaliśmy same pustki, tylko podłogi i ściany. Bez jakichkolwiek sprzętów. Czego nie zdołali zabrać Niemcy, zabrali „szabrownicy”. Tatuś zdołał odnaleźć trochę rzeczy, które przechowała babci krewnych. Nie było tego wiele.

Powoli wszystko wracało jednak „do  normalności”. Mamusia zaprowadziła nas do szkoły. Miałam od września iść do pierwszej klasy. Pani Niemierowa, późniejsza wychowawczyni aż do ósmej klasy, zapytała mnie czy umiem czytać i pisać. Pan kierownik Kokocińska i inni nauczyciele przygotowali dla nas egzamin. Wypadliśmy dobrze, a ja czytałam głośno i wyraźnie tekst z podanej czytanki. Dobrze dodawałam i odejmowałam, i tak mając siedem lat poszłam do pierwszej klasy.

Teraz z perspektywy lat widzę nędzę ludzi w krajach, w których są prowadzone wojny, dostrzegam krzywdę dzieci i przypominają mi się tamte ciężkie dni. Żal mi straconego dzieciństwa. Kiedy powinniśmy się bawić i żyć beztrosko – spędziliśmy pięć lat na wygnaniu. Najgorsze wspomnienia to miesiące w obozie w Łodzi – od 26 sierpnia 1940 roku do 15 października 1940 roku, droga w bydlęcych wagonach i żal po śmierci dziewięcioletniego braciszka, którego nie pamiętam, gdyż zmarł 26 października 1940 roku. Ja miałam tylko 2 latka.

Dziękuję moim Rodzicom, którzy już nie żyją, za bezgraniczne poświęcenie się dla obrony naszego życia i zdrowia w tych okrutnych czasach nędzy i upodlenia.

Od tamtych dni minęło wiele lat. Wojenna burza szczególnie dała się odczuć w byłym powiecie gostyńskim pod koniec stycznia 1945 roku. W tym czasie osiedleńcza ludność niemiecka z niepokojem przyjmowała wiadomości frontowe z gazety i radia. Widać było ich niepokój i przygnębienie. A Polacy z radością powtarzali sobie wieści, jakie nadchodziły z terenów walki – jak to Niemcy ponoszą kolejne klęski i jakie to już miasta i rejony Polski zostały oswobodzone.

W połowie stycznia wychodziliśmy wieczorami z domów, żeby obserwować łuny na wschodzie i słyszeć dalekie odgłosy detonacji walk z okolic Warszawy, Łodzi, a później Kalisza czy Ostrowa!

Od 18 stycznia zaczęły się pojawiać na drogach pierwsze wozy z uchodźcami niemieckimi. Najpierw pojedyncze, później całe tabory. Przypominało nam to początek września 1939 roku, kiedy to na wozach drabiniastych uciekaliśmy donikąd…

Tymczasem liczne rzędy furmanek z małymi dziećmi i starcami w tej strasznej zimie 1945 roku, dniem i nocą zdążyły na zachód. Przed ucieczką, rodziny niemieckie zabezpieczały się w żywność, zabierając też z sobą inny dobytek zrabowany w Polsce. Rozpoczęła się rzeź drobiu, trzody chlewnej; wypiek chleba – przygotowywano się do dalekiej podróży. Dobierano najlepsze konie, wozy i najposłuszniejszych  parobków polskich, jako woźniców. Co butniejsi Niemcy, przed wyjazdem ostrzegali pozostałą służbę, żeby pozostali na miejscu, pracowali, pilnowali gospodarstw. Bo oni wrócą za kilka dni…

W następnych dniach ukazały się na drogach pierwsze grupki żołnierzy niemieckich, a po pewnym czasie całe oddziały cofającej się armii, szukającej odpoczynku, wyżywienia, noclegu, a nieraz odzieży cywilnej. Często zmuszali (pod groźbą śmierci) nasze matki do przygotowania posiłków.

My młodzi, siedzieliśmy w tym czasie w domu. Chuchaliśmy w zamarznięte szyby i przyglądaliśmy się temu, co działo się na drodze, ciesząc się, że nadchodzą dni wolności, choć strach nas przenikał, kiedy dochodziły do nas wieści od uciekinierów, że cofające się oddziały niemieckie będą po drodze wszystko niszczyć, wysadzać w powietrze i palić – w myśl zapowiedzi Josepha Goebbelsa, że po wycofaniu się wojsk niemieckich ma pozostać tylko niebo i ziemia…

Zamarznięta ziemia dudniła od przejeżdżających czołgów, wozów pancernych, samochodów. Spotkać można było uciekających konno, na rowerach czy pieszo żołnierzy, drogami lub na przełaj, nie raz prawie boso. W tym chaosie pędzono grupy wynędzniałych jeńców radzieckich i polskich.

Przy drogach i w rowach można było napotkać rozbite wozy, porozrzucane przedmioty, czasem zamarznięte zwłoki ludzkie. Obrazy te wywoływały zgrozę i odruch litości. Zaczął się kolejny taniec śmierci na naszej gostyńskiej ziemi.

W nocy z 21 na 22 stycznia 1945 roku nastąpił w Gostyniu wybuch gmachu Gimnazjum. Z oddali słychać huk tych różnych eksplozji, a widok błyskających w ciemności pocisków i zaczerwienione niebo pożarów – budziło przerażenie.

Resztki regularnych wojsk niemieckich, jak i oddziały pomocnicze Volkssturmu, przygotowywały się do ostatniej obrony w różnych miejscach powiatu.

W wyzwoleniu ziemi gostyńskiej brały udział wojska radzieckie, nacierające z różnych kierunków: od strony powiatu krotoszyńskiego przez Smolice, Pępowo w kierunku Krobi, od Poznania przez Kunowo w kierunku Gostynia, z kierunku Jarocina przez Borek, Piaski do Gostynia i dalej w stronę Leszna.

W pierwszym natarciu, 26 stycznia, w rejonie Smolic i Pępowa brały udział czołgi, tanki wspierane przez lotnictwo. W walce tej poległo 23 żołnierzy radzieckich i kilkudziesięciu Niemców.

27 stycznia oddział I Frontu Ukraińskiego natknął się u wrót Gostynia na nieprzewidzianą bardzo silną niemiecką zasadzką ogniową. W czasie jej likwidacji zginęło 12 żołnierzy radzieckich, a 62 było rannych.

W walkach i potyczkach, które miały miejsce na terenie naszego byłego powiatu w dniach 26-28 stycznia 1945 r. poległo 119 żołnierzy Armii Czerwonej (w tym dwie kobiety) oraz kilkudziesięciu Niemców (brak dokładnych danych).

Oto nastał dla nas pamiętny dzień 27 stycznia 1945 roku. Dzień śnieżny i mroźny, (temperatura dochodziła do minus 25 stopni C), ale radosny. Była to sobota. Przez cały czas, do późnej nocy, staliśmy przy trakcie, którym przejeżdżały i przechodziły pierwsze oddziały Armii Radzieckiej, witane okrzykami: „Niech żyją!”… Na domach pojawiły się po raz pierwszy po wojnie flagi biało-czerwone.

Wraz z nastaniem tak oczekiwanej wolności skończył się dla nas koszmar okupacji, która pozostawiła po sobie wielką żałobę smutek.

W biegnącem szybkiem tempem życiu, zacierają się łatwo wspomnienia dawnych dni. Co dziś wydaje nam się zdarzeniem bardzo ważnym, po roku lub lat dziesiątku przybiera formy mgliste i jakby nierealne. A jednak są w życiu ludzkiem chwile, które pozostają na zawsze jakby żywe, jakby wczorajsze, jakby nieodgrodzone od obecnej chwili żadnemi innymi wypadkami.

I w mojem życiu są takie chwile. Są to chwile powstania Ojczyzny, chwile przełomu w dziejach narodu. Dziś jeszcze, po latach dziesięciu, gdy myślą cofnę się wstecz, na nowo je przeżywam i silnie je odczuwam. Z tych chwil garść wspomnień chcę poniżej opisać.

Potęga państwa niemieckiego runęła w gruzy. Wszędzie czuć było w powietrzu jakby drganie elektrycznych, zwiastujących nową erę w życiu naszego narodu. Szedł po całej Wielkopolsce jakby powiew nowego życia, na razie szeptem, cicho, lecz rósł i potężniał coraz więcej.

Padły pierwsze strzały w Poznaniu i odbiły się głośnem echem w całem naszem społeczeństwie. Po prostu zawrzało. Rozerwać pęta, przepędzić Niemców, budować Polskę!

W Gostyniu ruch ten przyjął konkretne formy dnia 1 stycznia 1919 r. Na dzień ten zwołał Komisarz Straży Ludowej p. Potworowski z Goli zebranie do Strzelnicy, celem zaznajomienia członków Straży Ludowej z regulaminem służbowym, który ich miał obowiązywać. Zapał był wielki, a wyładował się na zewnątrz w ten sposób, że młodzież sokola urządziła bezpośrednio po zebraniu pochód demonstracyjny pod wodzą swego naczelnika Leona Borowicza na Rynek z pieśnią „Ospały i gnuśny”. Policja pochodowi temu już nie miała odwagi się przeciwstawić.

Wieczorem tegoż dnia zeszedł się Zarząd Powiatowej Rady Ludowej, aby zastanowić się nad dalszemi krokami. Jeszcze dziś widzę wszystkich tych mężów, którzy wówczas się zeszli, aby rzucić na jedną kartę cały swój byt. Przecież akcja mogła się nie udać, przecież potęga Niemiec była jeszcze dość silna, aby zdusić w środku wszelkie wysiłki skierowane ku oderwaniu Wielkopolski. A mimo to uchwała przejęcia władzy w powiecie zapadła jednogłośnie. Nikt nie myślał o własnem bezpieczeństwie, lecz o dobru ogółu.

W zebraniu tem wzięli udział, o ile sobie przypominam: ks. prob. Grzęda jako przewodniczący, p. Józef Staśkiewicz, jako zastępca, p. Edward Potworowski, jako Komisarz Straży Ludowej, p. Roman Sura, jako skarbnik, p. Hipolit Niestrawski, jako sekretarz, p. Franciszek Polaszek, jako zastępca Komisarza Straży Ludowej, p. Józef Woziwodzki, p. Wawrzyn Nowak i p. Ślechetka z Grabonoga. Przejęcie władz naznaczono  na dzień następny.

W dniu tym (tj. 2 stycznia) zebrał się Zarząd Powiatowej Rady Ludowej na probostwie już o godz. 9-tej rano i udał się stamtąd do magistratu, gdzie sprawował rządy burmistrz Pallaske. Przewodniczący przedstawił burmistrzowi cel naszego przybycia i zawezwał go do złożenia przysięgi na wierność Rzeczypospolitej Polskiej lub też do złożenia swego urzędu. Burmistrza żądanie to absolutnie nie zaskoczyło, bo odpowiedział frazesem poprzednio już ułożonym: „Den Edi kann ich nicht lei sten Und muss der Uebermacht weichen” (przysięgi złożyć nie mogę i zmuszony jestem ustąpić przed przemocą). Wobec tego oświadczyliśmy mu, że jego urzędowanie się skończyło i że jego agendy przejmuje jako pierwszy burmistrz polski p. Józef Kujawski [w tekście wspomnień podano błędnie Józefa Woziwodzkiego].

Z ratusza udaliśmy się dwoma powózkami, na których koźle zasiedli obok woźniców dwaj polscy żołnierze z karabinami i nasadzonemi na nie bagnetami, do starostwa. Gdybyśmy zajechali przed budynek starostwa, zeskoczyli nasi żołnierze zwinnie z powózek i wciągnęli na maszt stojący przed nim chorągiew polską, dokumentując na zewnątrz, że ustały rządy pruskie i że w ich miejsce poczęły swą działalność rządy polskie.

Zarząd Rady Ludowej udał się w tym czasie do landrata Luckego, który przyjął go w swem biurze. Ówczesny landrat nie należał do hakatystów i umiał przez przeciąg swego 27-letniego urzędowania zachowywać miarę w stosunku do ludności, zwłaszcza dużo okazywał życzliwości ludności wiejskiej, to też wobec niego należało zachowywać ton umiarkowany. Przewodniczący, ks. prob. Grzęda, w sposób jak najgrzeczniejszy zakomunikował mu cel naszego przybycia i podkreślił wyraźnie, że ponieważ przysięga złożona cesarzowi go już nie obowiązuje, może bez jakichkolwiek wyrzutów sumienia złożyć przysięgę na wierność Rzeczypospolitej Polskiej i po jej złożeniu nadal pełnić służbę starosty. Jednakowoż landrat odmówił, wobec czego przewodniczący zawezwał go do ustąpienia i powierzył sprawowanie tego urzędu p. Wincentemu Dabińskiemu, który do dziś ku ogólnemu zadowoleniu, rząd ten sprawuje.

Bezpośrednio potem obsadzono jeszcze pocztę i dworzec kolejowy, powierzając pieczę nad pocztą śp. Mieczysławowi Kornobisowi, nad dworcem p. Józefowi Staśkiewiczowi. Temsamem zorganizowano „Rzeczypospolitę gostyńską”.

Dalszą nasza największą troską było zorganizowanie siły zbrojnej. Mieliśmy wówczas w mieście tylko Bractwo Strzeleckie, które pełniło służbę wartowniczą.

Stworzenie innej organizacji wojskowej napotkało na ogromne trudności, gdyż wszelkie starania p. komisarza o broń były daremne. A sytuacja stawała się krytyczną i wymagała szybkiej decyzji w tym kierunku.

Dnie od 2 do 6 stycznia należały do najcięższych. Zewsząd nadchodziły niepokojące wieści, które głosiły o planowanej kontrakcji ze strony niemieckiej, tak silnej w niedalekim Lesznie. Dnia 4 stycznia wojska niemieckie wysadziły most na torze kolejowym Leszno-Jarocin i Leszno-Ostrów. Patrole grenzschutzu, wysyłane z Leszna, podchodziły aż pod Golę. A tu broni jak nie ma, tak nie ma!

Dopiero dnia 6 stycznia dowiedziałem się od p. Gomerskiego, który przybył do Gostynia z Poznania, że broni pod dostatkiem można uzyskać w Poznaniu, o ile Rada Ludowa zdecyduje się zorganizować Straż Ludową na modłę wojskową i podejmie się wojsko żywić. Niezwłocznie zwołano Radę Ludową, której sprawę tę przedstawiłem i którą uchwałę taką powzięła. Skutek był ten, że już tego samego dnia wieczorem około godz. 10-tej przywieziono samochodami 500 karabinów i 3000 naboi.

Dnia następnego (7 stycznia) zarządził p. komisarz, aby zaalarmowano wszystkich wojskowych z Gostynia i okolicy przy pomocy komendanta miasta p. Kaliksta Jankiewicza. Równocześnie posłano posłańca, śp. Włodarczaka z Żytowiecka do p. dr. Śliwińskiego, byłego porucznika armii niemieckiej, w Poznaniu. P. Śliwiński upatrzył na komendanta p. Leona Langnera, będąc tam służbowo, celem zorganizowania Straży Ludowej. Zawezwany stawił się natychmiast w Gostyniu.

Wskutek alarmu zebrało się na placu alarmowym przy Strzelnicy około 500 żołnierzy polskich – Chwila ta nie zatrze się nigdy w mej pamięci. – Mnie bowiem przypadło w udziale wydawanie broni i amunicji i z rozczuleniem przypominam sobie z jakim zapałem o broń tę się dobijano. Po prostu ją sobie wydzierano. Zwłaszcza młodzież sokola wprost z ręki mi ją wyrywała. A byli to często gęsto dzieciaki, które nie przerastały wzrostem karabinu. Błagali, prosili, aby ich tylko nie pominąć, aby tylko dać im możność pójścia na wroga. A tymczasem  zuchom tym trzeba było odmówić. Broni i amunicji było mało, to też należało uwzględnić tylko doświadczonych i w wojnie wszechświatowej zahartowanych żołnierzy. Mimo to część tych młodych zuchów nie pozostała w domu, lecz wyruszyła z wojskiem na front.

Uzbrojonych ochotników podzielono na dwie kompanje, nad któremi powierzono dowództwo p. Stefanowi Eitnerowi, (obecnemu kapitanowi) – po 3 dniach przejął komendę p. Wojciech Eitner – i Leonowi Borowiczowi. Główną komendę objął p. dr Śliwiński.

O godz. 3-ciej po poł. Przemówił do żołnierzy prezes Rady Ludowej ks. prob. Grzęda. W gorących i pełnych nuty patriotycznej słowach zachęcał ich do mężnej obrony powiatu i Ojczyzny, poczem udzielił im błogosławieństwa. Bezpośrednio potem wyruszył oddział nasz pod Poniec, gdzie mężnie stawiał czoło grenzschutzowi.

Dalsza kompanja wyruszyła następnego dnia rano o godz. 7-mej pod dowództwem p. Talarczyka z Borku. W skład tej kompanji weszli ochotnicy z Krobi, Borku i innych miejscowości w liczbie 130 chłopa. Skierowano ją na front pod Kąkolewem.

Dla Komendy wojsk polskich (taką bowiem nazwę przyjęła Komenda Straży Ludowej) nastały teraz dni pełne znoju. Biuro komendy urządzono w biurach niżej podpisanego. Zorganizowano służbę telefoniczną, którą objęli pp. Wacław Kubowicz, Jan Polaszek, Józef Okupnik i sądownictwo wojskowe, które powierzono sekretarzowi sądowemu p. Respondkowi. Służba telefoniczna, urządzona po wojskowemu, trwała dzień i noc, to też wyczerpywała bardzo. Nie uchylał się od niej nikt, przeciwnie, garnął się do niej pełen poświęcenia

Tyle z moich wspomnień. Ramy tego opisu nie pozwalają mi opisać wszystkiego, co się pod pióro ciśnie, a zresztą trudno opisać wszystkie momenty wzniosłe, które się wówczas przeżywało. W każdym razie przyszłe pokolenia zazdrościć nam mogą tych chwil, gdyśmy patrzeć mogli na świat wolności, wschodzący nad naszą ojczyzną i miastem.

Mnie, któremu szósty krzyżyk żywota idzie, to co było dla mnie ciekawe, co w życiorys wpisał czas, pragnę opisać. Mam nadzieję, że czytając moje wspomnienia, za kilka lub kilkanaście lat może ktoś pokusi się o dopisanie dalszych ciekawych wydarzeń, jakie zaistniały w Krobi. Wiem, iż niedługi nie będę mógł przeczytać nawet tego, co sam napisałem. Zdopingowały mnie również zmiany, jakie dokonały się w naszym mieście w tak stosunkowo krótkim czasie. Nie raz zastanawiałem się czy warto spisywać moje doznania, czy w przyszłości ktoś w ogóle zechce zajrzeć do mych wynurzeń i czy sprawią jakąkolwiek satysfakcję po przeczytaniu. O ile zmartwienia moje okażą się płonne, to będzie to dla mnie największe zadowolenie, że trud poniesiony w opisaniu mych przeżyć i doznań nie poszedł na marne.

    W swojej pracy świadomie pomijam nazwiska w sytuacjach mojego negatywnego ustosunkowania się do tych osób. Nie mogłem jednak nie wymieniać nazwisk ludzi, którzy naprawdę zasługują na pamięć za swą szlachetną postawę wobec społeczności naszego miasta. Wybacz czytelniku, że nie wszystkie elementy składające się na historię opisywanego okresu nie znajdują tutaj miejsca, lecz nie mogłem pisać o tym, czego moje oczy nie widziały, ani uszy nie słyszały. Są to bowiem wyłącznie moje osobiste doznania. Może tęższe umysły i lepsze pióra pokuszą się w przyszłości do szerszej i głębszej analizy omawianego tu okresu.

    Od wczesnej młodości zdradzałem zainteresowanie do podróżowania i poznawania naszej pięknej ojczyzny. Chciałbym ten właśnie bakcyl zaszczepić w krobskiej młodzieży, a w szczególności u moich kochanych wnuków. Poznanie przeszłości naszej Krobi, tak bogatej w tradycje, zwyczaje i obrzędy, pozwoli wyzwolić niedosyt poznawania i pójście w moje turystyczne ślady. Chciałbym, aby dziś posiane ziarnka zakiełkowały i zaowocowały i otworzyły szeroko oczy na wspaniałą historię naszej Ojczyzny. W tej myśli powziąłem zamysł napisania mych wspomnień. A więc zaczynam.

    Wiosenne słoneczko przygrzewa – sięga prawie zenitu. Do obiadu trochę czasu – może na spacerek? Kładę więc do wózka małego Pawełka, Mariuszka biorę za rękę i wyruszamy w miasto. Mijamy krzewy okryte nabrzmiałymi pąkami, które za dzień lub dwa ukwiecą całe miasto. Słuchajcie małe szkraby, co dziadek wam opowie, bo ciekawostek jest bardzo wiele. Na pewno was zainteresują.

    Wiem, iż niejeden mieszkaniec Krobi wcale jej nie zna. Popatrz, tutaj jest studnia przy fosie, „dębówka” ją nazywają. A skąd pochodzi jej nazwa? Wiadomo, stoi przy dębie – mówi Mariusz. Pudło – odpowiadam. Popatrz, jaki przepiękny okaz trzystuletniej lipy tutaj rośnie – to nie dąb! Otóż chciej wiedzieć, że podobny błąd popełnia co drugi mieszkaniec naszego miasteczka. Studnia „dębówka” już w średniowieczu był miejscem czerpania wody w Krobi. Ma ona nieograniczone ilości czystej, kryształowej wody. Budowniczowie wykopali wówczas olbrzymią studnię o szerokości 5 m i głębokości 9 m. Ponieważ nie znano wtedy cementowych cembrowin, ściany więc wyłożono dużymi polnymi głazami. Miękki grunt musiał być zabezpieczony, by ciężar głazów nie zawalił całej studni. Stąd też na spodzie ułożono dębowe kłody, jedną przy drugiej, a dopiero na tym podłożu kładziono głazy kamienne wokół ścian.

    Poziom wody nigdy nie przekraczał w studni 2 m, gdyż nadmiar wody odpływał do niżej położonej fosy, okalającej byłą kasztelanię. Z czasem dębowe kłody zaczęły barwić na brązowo wodę. Takie są bowiem właściwości dębowego drewna. Owocześni mieszkańcy miasta zabarwionej wodzie przypisywali właściwości lecznicze. W przedwojennej „Kronice Gostyńskiej” wyczytałem, iż gostyniacy przyjeżdżali beczkowozem, aby zaczerpnąć wodę o leczniczych właściwościach. Z upływem lat dębowe kłody, wyjałowione doszczętnie, przestały barwić wodę. Dzisiaj pozostała czysta, kryształowa woda, lecz nazwa „dębówka” pozostała nadal i chyba do końca pozostanie w pamięci mieszkańców Krobi.

    Pytasz Mariuszku o kasztelanię – to dłuższe opowiadanie – ale postaram ci to wyjaśnić w wielkim skrócie. Wiem, że nie znasz pochodzenia nazwy Krobia. Otóż, przyjmij do wiadomości, że okolice miasteczka przed setkami lat były pokryte dużymi obszarami leśnymi. Tylko na małych skrawkach uprawiano ziemię. Ziemia nasza, dobrej klasy, zawsze dawała dobre plony. Krobia była niewielką osadą, zamykającą się w obrębie ulic: Świętego Idziego, A, Mickiewicza i Szkolnej. Nad miasteczkiem dominował swą okazałością kościółek św. Idziego, wzniesiony w początkach XII wieku. Obfitość lasów sprawiała, że pszczelarstwo mocno rozwijało się na terenie Krobi. Każdy mieszkaniec posiadał pasiekę krobów, czyli ule. Stąd od niepamiętnych czasów nasze miasto i okolica miodem słynęły. Może jeszcze w tym miejscu historię Krobi, napisaną przez znanego działacza krobskiego, pana Władysława Szulca.

    Krobia była przez pewien czas miastem powiatowym, ongi z zamkiem obronnym, okolonym wodą i murem. Jeszcze dzisiaj szczątki są widoczne. Do zamku na wzgórzu był jedyny dostęp przez most zwodzony. Początków Krobi trudno dociec. Osada musiała istnieć już za czasów pogańskich. Wzniesienie kościoła Św. Idziego przypisuje Długosz Piotrowi Duninowi, który to w wieku XII na Śląsku i w Wielkopolsce wiele wzniósł murowanych kościołów. W innym miejscu nasz dziejopis twierdzi, że krobska budowla romańska jest dziełem księcia Władysława Hermana. Nie jest dziś do końca stwierdzonym czy kościół wystawił Władysław Herman, czy też Piotr Dunin, ale wiadomo, iż jest on zabytkiem architektury XII wieku.

    Kościół Św. Idziego wzniesiony jest na podobieństwo świątyni w Gieczu. Krobski kościół należał zapewne do pierwszych świątyń chrześcijańskich w Wielkopolsce. Zbudowany jest w stylu romańskim, z jedną nawą i prezbiterium, zamkniętym półkolistą absydą. W roku 1811 kościółek Św. Idziego odrestaurował ks. Jakub Jędryczkowski. W świątyni nie ma zgoła żadnych pamiątek.

    Kiedy Krobia otrzymała przywilej miejski, nie da się wskazać, bowiem pożar w roku 1757 obrócił niemal całe miasto w perzynę i zniszczył tak akta kościelne, jak i miejskie. W roku 1232 Władysław Odonic, książę wielkopolski, nadał Krobię Starą biskupowi poznańskiemu – Pawłowi. W dokumencie nadania biskup otrzymał prawo lokowania miasta, osadzania wsi oraz prawo bicia monety. Zdaje się, iż biskupi mający w Krobi zamek obronny, który w połowie wieku XIX rozebrano, nie korzystali z przywileju bicia tu własnej monety. Miasto Krobię lokowano w 1286 roku, choć pierwsze wzmianki o niej są już z roku 1136 w bulli ojca świętego Innocentego II.

    Kto i kiedy kościół parafialny zbudował, nie wiadomo. Jest on prawdopodobnie dziełem jednego z biskupów poznańskich i sięga swoja metryką wieku XIII. Był wówczas drewniany. Biskup Andrzej z Bnina w XV wieku postawił kościół z cegły palonej. Jego rozbudowy podjął się dwa wieki później Andrzej Szołdrski. Ze średniowiecznej budowli pozostała jedynie zakrystia z XIV stulecia. W 1610 roku Krobię wizytował archidiakon śremski Gasper Happe, który napisał w sprawozdaniu, iż miasto ma murowany kościół pod wezwaniem św. Mikołaja. Świątynia spłonęła w roku 1757 podczas pożaru miasta. Obecny kościół wzniósł biskup Teodor Czartoryski, jako trzynawową bazylikę z wieżą i dzwonnicą w roku 1763. Budową kierował ksiądz proboszcz Piotr Gubański. Powstał okazały gmach. Ledwie jednak został ukończony, piorun uderzył w jego wieżę dnia 1 czerwca 1763 roku. Odbudowa trwała kolejne cztery lata. Kościół posiada bogate i cenne wyposażenie oraz znaczną bibliotekę.

    Są tu nagrobki Jana Czackiego, jego żony Anny, synów Ambrożego i Balcera oraz Baltazara Czackiego. Są portrety malowane na płótnie: Teodora Czartoryskiego, biskupa poznańskiego, zmarłego w Dolsku w 1768 roku, Michała Bartłomieja Tarły, biskupa poznańskiego, zmarłego w 1716 roku, Piotra z Czekażewic Tarły, biskupa poznańskiego zmarłego w 1722 roku, Stanisława Hozjusza, Andrzeja Stanisława Młodziejowskiego oraz wielu proboszczów krobskich. Jest też kilka bardzo cennych portretów trumiennych rodziny Pudliszkowskich.

    Kościół św. Ducha założony w roku 1513 (przypuszczalnie jednak w XV wieku – przyp. R.Cz.) tworzył dawniej swoją własną parafię i zwano go kościołem szpitalnym. Miał osobnego proboszcza. Świątynię zbudowano ze składek obywateli Krobi i okolicznych wsi. Drewniany kościół z wieżą miał swoje uposażenie, osobny cmentarz, grunty, budynki. Ziemię przekazano z czasem na rzecz szpitala miejskiego, ogrody sprzedano, budynki rozebrano.

    Obecny ratusz w Krobi pochodzi z połowy XIX wieku. Przypuszczalnie został on wybudowany na miejscu poprzedniego, drewnianego z okazałą wieżą. Obok ratusza mieściły się jatki rzeźnickie i kramy, a w przybudówce sprzęty straży pożarnej. Na ratuszu znajdował się dzwon, który alarmował mieszkańców o pożarze lub gdy wymierzano karę chłosty pod pręgierzem i kiedy prowadzono skazańca na szubienicę. W 1805 roku na wieży ratuszowej umieszczono zegar, którym zajmował się najpierw kat, a potem kowal.

    W XV stuleciu Krobia była stosunkowo dużym miastem. Ciągle się też rozbudowywała w kierunku Starej Krobi. Jeszcze w XVIII wieku znajdowały się w okolicy rozliczne lasy, a tuż za kościołem farnym rozciągały się topieliska i bagna aż po Żytowiecko. Stąd też pochodzi nazwa tejże okolicy – Zabłocie, a mieszkających tam ludzi zwie się zabłocianami.

    Krobia miała za panowania biskupów poznańskich liczne przywileje, swobody i wolności, toteż doznawała pomyślnego rozkwitu. Nie wolno było się tutaj osiedlać Żydom, rozwijało się więc miejscowe kupiectwo i rękodzieło. Nie brakło tu też przed wiekami ludzi dzielnych i uczonych, którymi otaczali się biskupi. Kwitła wiedza i rzemiosło cechowe. Byli tu sławni nie tylko w okolicy płócienniczy, mający w mieście liczne warsztaty oraz farbiarze. Przywilejami cieszyli się też piwowarzy, których tu kilkudziesięciu posiadało własne i pańskie warzelnie piwa. Mieli swój cech i garncarze. Ich domy i warsztaty ciągnęły się w stronę Ciołkowa. Posiadali własny cech i prawa powroźnicy, a także krawcy, szewcy, rzeźnicy, młynarze, kowale.

    Cechy, w zależności od swej pozycji, wydawały również własne rozporządzenia, a ponadto miały własne karczmy oraz sygnały do nich zwołujące. Rozprawiali w owych karczmach mistrzowie, jak najlepiej wykonać i sprzedać swoje wyroby, a rozmowy toczono przy garncu warzonego piwa lub wina. W XVI wieku organizacje cechowe znajdowały się w najwyższym punkcie swojego rozkwitu.

    W dwudziestoleciu międzywojennym miasto posiadało oświetlenie gazowe i nowoczesną gazownię, prywatny młyn parowy, fabrykę cygar, rakarnię. Była apteka, kilka hoteli, zakład dla Sióstr Elżbietanek, Bank Ludowy. Były promenady i ogrody należące do dawniejszego zamku. Szkoda wielka, że Krobia nie miała już wtedy przywileju posiadania własnej szubienicy i wieszania złoczyńców, bo z pewnością spotkałaby zasłużona kara tych wszystkich, co wyrzynają w nocy krzewy i drzewa owocowe.

    A teraz wnuczkowie kochani kontynuujemy nasz spacer po Krobi, gdzie u wylotu ulicy Szkolnej znajdowała się stajnia z wyprzęgalnią koni. Tutaj bowiem, w połowie drogi między Poznaniem a Wrocławiem mieściła się stacja dyliżansowa w obecnym domu pana Józefa Piotrowskiego. Była to stajnia dla wymiany utrudzonych koni, drobnych napraw uszkodzonych powozów. Tu także podkuwano konie w warsztacie kowalskim pana Szczepaniaka. Zechciejcie wiedzieć, że kuźnia ta jest najstarsza w Krobi.

    Idąc w stronę Rynku wiemy, że po prawej stronie znajduje się apteka, która już w 1854 roku istniała. W piwnicach apteki mieściła się fabryka wódek, a jeden z trunków tu wytwarzanych nosił nazwę „Krobianka”. Jeśli Mariuszku nie wierzysz, przyjrzyj się dokładnie, bowiem do dnia dzisiejszego istnieje szerokie wejście do tych piwnic w celu wytaczania antałów ze spirytusem. Przyjrzyj się jeszcze uważniej – czy zauważyłeś, że w pewnych odstępach są wmurowane w ścianę kółeczka? Otóż przed wielu laty do tych kółek przywiązywano osiodłane konie, kiedy gospodarz udawał się do apteki po medykamenty. Podobne kółeczka były przed każdym wyszynkiem z piwem i wódką.

    Rynek jeszcze w latach międzywojennych był wybrukowany polnymi kamieniami i często zarastał trawą. Do jej usuwania zgłaszały się biedne kobiety szukające jakiegokolwiek zarobku. Rynek był też miejscem straganowego handlu. Tutaj w każdą sobotę odbywały się targi płodami rolnymi. Dwa razy w roku, w okresie wiosennym i jesiennym, odbywały się jarmarki, na które zjeżdżali się kupcy z całego ówczesnego województwa. Po stronie zachodniej stały dwie figury: św. Floriana i św. Jana. Obie zostały zniszczone w latach okupacji hitlerowskiej. Nie wiem w jakiej intencji wystawiono posąg św. Jana, a nie św. Pawła, który jest patronem herbowym naszego miasta.

    Na krobskim rynku odbywały się wszystkie manifestacje. Tutaj w roku 1929 owacyjnie witano prezydenta Polski Ignacego Mościckiego. W tym miejscu 21 października 1939 roku hitlerowcy dokonali potwornej egzekucji na 15 obywatelach naszego miasta i okolicy.
    Na ul. św. Idziego mieszkał mój wujek, Antoni Jędryczkowski, od którego w latach pięćdziesiątych dowiedziałem się o różnych ciekawostkach dotyczących historii Krobi. Od niego wiem, że miasto nasze z czasów jego młodości nie posiadało chodników, a domy mieszkalne kryte były słomą, toteż pożary zdarzały się często. Najgroźniejszy z nich wybuchł w roku 1855. Strawił doszczętnie ul. Kościelskie, a jedynym budynkiem, który uniknął tego nieszczęścia, był dom waszej prababki Marcjanny Polaszkowej, który w latach sześćdziesiątych został rozebrany. Była to ostatnia słomiana chałupa w architekturze naszego miasta.

    Pytacie – jak wyglądał taki dom i jak go budowano? Krótko to wyjaśnię. Podstawowym materiałem budowlanym było drzewo, glina, no i słoma. Na miejsce budowy przychodził cieśla i pracę swą rozpoczynał od odrabiania siekierą i piłą dużych kloców drzewa dębowego lub sosnowego. Belki wycinano dużą piłą ramową. Na wysokich stojakach umieszczało się kłody sosnowe, a tracz stojący na kłodzie pociągał piłę do góry, drugi stojący na ziemi, ciągnął z całej siły ku dołowi. Tak to ręczny tartak przygotowywał materiał budowlany. Następnie wyciosywano wiązania belkowe, łączone na capy, wlędźby itp. W ten sposób układano na ziemi całe elementy ścian przyszłego budynku. W poprzecznych belkach wyciosywano tzw. dybki, do których wciskano sztrychulce, czyli cienkie szczapy w odstępach 20 cm.

    Kiedy ukończono montowanie ścian na ziemi, gotowe ożebrowanie podnoszono w całości do pionu, by później połączyć całość mocnymi wiązaniami. W tej fazie budowy istniał zwyczaj wieszania na szczycie budynku tzw. wiechy, na znak, iż roboty ciesielskie, stanowiące 70 % całości budynku, są na ukończeniu. Na okoliczność zawieszenia wiechy, czyli tzw. wińca, właściciel domu wystawiał obfity poczęstunek, suto zakrapiany gorzałką. Potem do pracy przystępowali gliniarze. Wypełniali oni całe ściany kratowe gliną, z dobrze wymieszaną słomą żytnią. Słoma była nieodzowna, jako element wiązania i ocieplania domu. Tak z grubsza wyglądała budowa.

    Nad całością własności obywateli Krobi czuwał w porze nocnej „legendarny” stróż miejski, nazwiskiem Kotula. Był on niepodzielnym władcą miasteczka, kiedy nocne mroki otulały ulice. Zimą Kotula ubrany był w długi kożuch, sięgający do samych kostek, przepasany szerokim skórzanym pasem, za którym wsuniętą miał trąbkę alarmową na wypadek pożaru. W kieszeni nosił natomiast fajansową gwizdawkę, z której regularnie, co godzinę, pohukiwał jak sowa maszerując ulicami miasta. Poza tym w ręku dzierżył halabardę, wzorowaną na wartownikach zamkowych z czasów średniowiecza.

     Taka wojownicza postać sunąca po ulicach miasta wzbudzała w nas, wówczas bardzo młodych ludziach, strach, a jednocześnie szacunek. Powszechnie mawiało się „złodziejaszku zmykaj, bo Kotula idzie”. Jednakże nawet Kotula nie mógł ustrzec mieszkańców od drobnych kradzieży, tym bardziej, iż ówczesne oświetlenie gazowe dawało bardzo mało światła. Pamiętam, że o zmroku pracownik gazowni, Berus, pracujący na popołudniowej zmianie zobowiązany był do obejścia miasta i zapalenia 8 lamp gazowych.

    Wspomnieć mi tu też trzeba, iż w latach międzywojennych, a także po II wojnie światowej, Krobia posiadała swoistą komunikację omnibusową na trasie miasto – dworzec PKP. Transport ten funkcjonował jeszcze w latach siedemdziesiątych. Właścicielem omnibusu-dyliżansu był Julian Polowczyk, który codziennie dowoził pasażerów i przesyłki pocztowe na każdy pociąg. Krobia posiadała też komunikację autobusową na linii Gostyń-Krobia-Rawicz. Do dziś istnieją garaże przy parowozowni kolei. Po I wojnie światowej obywatel Gostynia, Heliodor Kornobis, na swym sfatygowanym fordzie woził krobian aż do czasu, gdy pojazd się po prostu rozsypał. Wówczas Krobia wzbogaciła się o pierwszą własną i jedyną do roku 1939 taksówkę, której właścicielem był pan Uciechowski.

    Pamiętajcie moje kochane szkraby o staruszce Szkole kochanej, która zakończyła swą zaszczytną funkcję krobskiej uczelni. Dwieście lat służenia oświacie to spory szmat czasu – jakże więc nie poświęcić jej kilku zdań. Powiem też o moich latach w jej murach spędzonych. Z rozrzewnieniem wspominam pierwsze kroki, przekraczając naszą „świątynię wiedzy”. Tutaj nauczono mnie stawiania pierwszych liter pisanych na grafitowej tabliczce. W tych murach nauczyłem się poznawać świat, tutaj zostałem stopniowo wtajemniczony w zawiły świat fizyki i chemii.

    Lekcje rozpoczynały się w krobskiej szkole o godz. 8.00, a kończyły się o 13.00. Pierwsze klasy miały do dyspozycji tzw. „szkołę czerwoną”, natomiast klasy drugiego szkołę poewangelicką. My starszaki – od klasy trzeciej do siódmej – uczęszczaliśmy do starej kasztelańskiej szkoły. Od strony zabudowy gospodarczej sygnaturka wydzwaniała czasookres lekcji. Dyżurny klasowy miał za zadanie oznajmiać dzwonkiem koniec przerwy. Czyniono to rzecz jasna możliwie długo, by urwać choć minutkę z godziny lekcyjnej.

    Szkoła nasza miała zawsze mądrych pedagogów. Kierownikiem placówki w moim okresie szkolnym był Zygmunt Kokociński, który objął to stanowisko po panu Balickim. W skład grona nauczycielskiego wchodziły wówczas następujące osoby: harcmistrz Henryk Śniegocki, Zofia Krajewska, Jadwiga Szymkowiak, Szafrańska, Władysław Czajka, Feliks Pflanz, Ludwik Patelak, Stanisław Zajączek, Szumlakowski oraz pani Wanda Dudek.

    Malkontenci z obecnych czasów twierdzą, że dzisiejsza młodzież jest nie do zniesienia, że kiedyś była lepiej wychowana i w ogóle lepsza. Gwoli prawdy powiem, byliśmy tacy sami, też niedbale odrabialiśmy lekcje, psociliśmy. Za wybryki szkolne mieliśmy często kłopoty z siedzeniem w ławce, po tym jak nauczyciel w kancelarii zaaplikował nam parę trzcinek na tylną część ciała. Na większą wyrozumiałość mogły w owych czasach liczyć dziewczynki, je karano wyłącznie kilkoma uderzeniami po „łapkach”. Bywało, że uczeń weteran, który odsiadywał po parę lat w jednej klasie, często w oczekiwaniu tylko na łaskawy los przeniesienia go do następnej klasy, był dryblasem znacznie przewyższającym nauczycielkę. Przywoływany do katedry celem odebrania kary lub reprymendy, wyrywał się i uciekał z klasy.

    A było w tym okresie gdzie uciekać, jako że fosa była dla tych celów wspaniałym azylem. Była ona gruntownie zarośnięta trzciną, a w grząskie bagno nie każdy z nauczycieli odważył się ruszyć w pościg za zbiegiem. W tym swoistym „dzikim zachodzie” mieliśmy wspaniałe kryjówki do zabaw. Nie jeden amator tytoniowy miał w tych zaroślach wspaniałą okazję zakosztowania rozkoszy palenia papierosów. Gwoli ścisłości należy zaznaczyć, że owych amatorów zdecydowanie zwalczaliśmy na zasadzie samosądu.

    Kolegą szkolnym z jednej z klas był Stefan Rakowski, mieszkający u swego wujka, krobskiego lekarza – pana Rajmunda Rakowskiego. Stefek jako dobrze wychowany uczeń nie wdawał się w żadne bójki na przerwach. Był przesadnie ugrzeczniony i z tego tytułu w swoisty sposób prześladowany. Byli bowiem zazdrośnicy, a w szczególności tacy, którzy do szkoły przynosili skąpe drugie śniadanie, składające się najczęściej z chleba posmarowanego smalcem lub margaryną . Oni to wybierali z jego teczki smakowite bułeczki z masłem i szynką obłożone. Ale nie tylko on był pozbawiony śniadania. Było to wówczas zjawisko dość nagminne, dyktowane głównie pobudkami zemsty.

Przykro o tym pisać, ale była to smutna prawda. Przykro wspominać też o tym, iż uboga uczniowska brać letnia porą chodziła boso do szkoły. W porze jesienno-zimowej chodziliśmy w tzw. drewniakach, a dziewczynki w pantoflach. Było to powszechne zjawisko i nikogo wówczas nie raziło. Tego rodzaju obuwie miało jednakże i swoją zaletę. W przerwach i po lekcjach wspaniale sprzyjały w zabawach na ślizgawce.

Nauczycielem śpiewu w naszej szkole był pan Władysław Czajka. Jemu to zawdzięczano, iż chór szkolny zdobywał w tym czasie liczne nagrody na powiatowych zjazdach chórów dziecięcych. Jemu też zawdzięczamy, że rozśpiewał uczącą się młodzież. Pamiętam, że obywatele Krobi, w szczególności zaś ci, którzy czerpali wodę z „dębówki”, byli zasłuchani i urzeczeni pięknem śpiewu naszego szkolnego chóru. Dzisiaj pan Czajka zbiera plon swojej wieloletniej pracy w postaci dobrze rozwijającego się zespołu „Harmonia”.

Corocznie szkoła nasza obchodziła „święto lasu”. W tym dniu sadziliśmy krzewy ozdobne oraz drzewa. W roku 1931 z tej okazji posadzono na ulicy Poznańskiej brzozy i włoskie topole. Topole rosły bardzo szybko. Co roku obserwowaliśmy, jak przybywa im wzrostu, dumni ze swego dzieła. Przyszedł jednak kres ich istnienia. W latach osiemdziesiątych obumarłe okazy topoli zostały wykarczowane. Zniknęły z naszego krajobrazu graby posadzone w dwóch rzędach przy drodze do szkoły kasztelańskiej.

Z łezką w oku wspominam chwile, kiedy po siedmiu latach pobierania nauki, opuszczaliśmy kochane mury szkolne. Wzruszająca była chwila, kiedy chór szkolny zaśpiewał tradycyjną pieśń pożegnalną:
Minęły lata szkolne, opuścić mamy Was
Za rok, za dzień, za chwilę razem nie będzie nas.
    Kierownikowi krobskiej szkoły także oczy napełniły się łzami. Pan Kokociński był wspaniałym pedagogiem i wychowawcą. Na pewno jego serce było wówczas z nami. Był jednak spokojny, że spełnił swój obowiązek należycie. Być może myślał, jak potoczą się dalsze losy jego wychowanków.

    Dzisiaj z perspektywy wielu lat można powiedzieć, iż nauka w krobskiej szkole dawała owocne plony. Tutejszą bowiem szkołę ukończył m.in. sławny geolog profesor Józef Zwierzycki. Jego nazwisko wpisało się złotymi literami w świat nauki naszego kraju. Absolwentami tutejszej szkoły są też całe zastępy lekarzy i naukowców. Jedno jest pewne, nasza szkoła pod kierownictwem tak wspaniałych wychowawców dobrze spełniała swój obowiązek wobec społeczeństwa.

    Ośrodek życia kulturalno-artystycznego w Krobi stanowiła sala widowiskowa obywatela Walentego Wojcieszyńskiego. Na miarę potrzeb tutejszej ludności, w latach międzywojennych, była w zupełności wystarczająca. Jej wspaniały wystrój zawdzięczano panu Władysławowi Szulcowi. Był on niezwykłym malarzem. Nie tylko parał się malowaniem pomieszczeń mieszkalnych, lecz spod jego pędzla wychodziły również dzieła artystyczne. Do dzisiaj podziwiamy jego prace, a szczególnie kurtynę sceniczną, która jest wprost majstersztykiem. W posesji pana Macieja Urbańskiego oglądać możemy scenę polowania na kaczory. Powstała ona przed sześćdziesięciu laty i nie uległa zniszczeniu. Świadczy to, iż Szulc sumiennie i dokładnie dobierał farby, a także, że miał spory talent artystyczny. Wykonał on również herbarze cechowe w sali magistrackiej, które zamalowano w latach okupacji hitlerowskiej. Odkryte po wyzwoleniu wcale nie straciły na swej doskonałości. Szulc mieszkał w posesji Romana Fórmanowskiego, który posiadał restaurację. Ona także była przyozdobiona malowidłami Szulca. Był on również poetą.

    Jak już wspomniałem, sala pana Wojcieszyńskiego była niemalże jedynym miejscem, gdzie koncentrowała się krobska działalność kulturalno-artystyczna tamtych lat. Pamiętam, jako 12 letni chłopiec, kiedy w tej sali zegarmistrz wyświetlał filmy. Były to oczywiście filmy nieme. Dlatego też pan Zygmunt Bujakiewicz siadał do fortepianu i obserwując fabułę dawał podkład muzyczny, stosowny do akcji toczącej się na ekranie. Bujakiewicz był wyśmienitym akompaniatorem. Jakież to było oglądanie. Z braku elektryczności – nieodzownej do lampy projekcyjnej – Kwiatkowski ustawiał rower odwrócony kołami do góry i angażował rosłego chłopaka, by ten obracając pedałami uruchamiał dynamówkę rowerową, z której płynął prąd. Młodzieniec raz po raz zerkał na ekran, śledząc tok akcji. Zdarzało się, że zafascynowany zapominał kręcić i film natychmiast się urywał. Pamiętać też trzeba, iż klatki filmu w projektorze przesuwano za pomocą korbki, którą osobiście kręcił pan Kwiatkowski. Były to początki polskiej kinematografii.

    Po kilkuletniej działalności Kwiatkowskiego, w latach trzydziestych nastąpiła wielka zmiana, gdyż tu i ówdzie w Polsce zaczęto uruchamiać kina dźwiękowe. Z czasem ta nowinka dotarła i do Krobi. W roku 1937 pan Ildefons Weinert uruchomił w sali Wojcieszyńskiego stałe kino dźwiękowe, które otrzymało nazwę „Bajka”. Tutaj wszystko było zautomatyzowane. Nad sprawnym działaniem agregatu prądotwórczego czuwał pan Hoppe. W jesienno-zimowe wieczory już na dwie godziny przed seansem uruchamiano agregat, by iluminacją świetlną przed wejściem do kina zaimponować nowoczesnością i przyciągnąć widzów. Gwoli ścisłości powiedzieć muszę, że mimo atrakcyjności tytułów granych w „Bajce” pan Weinert z trudem wiązał koniec z końcem. Bilety wstępu były bowiem bardzo drogie i wynosiły 1 zł. Właściciel dużo płacił za wynajem filmów sprowadzanych z Poznania, a musiał ponadto opłacić operatora, kasjerkę i pana Hoppe. Po wojnie Weinert opuścił Krobię, a w jego miejsce od roku 1950 działalność filmową kontynuowało kino objazdowe z Gostynia.

    Pamiętam dużą sensację sportową z okresu międzywojennego. Otóż w roku 1936 zorganizowano w Krobi tygodniowy mityng zapaśniczy. Przyjechała wówczas czteroosobowa grupa atletów, w tym jeden muskularny Murzyn, który wzbudził tu ogromne zainteresowanie, prezentując swą sylwetkę po ulicach miasteczka. W zawodach wzięli udział również krobianie: Stefan Wałkiewicz i Józef Bartel. Codziennie z zapartym tchem śledziliśmy występy naszych zapaśników. Sala, szczelnie wypełniona, oczekiwała na ich sukcesy. Dreszcz emocji i niepokoju przebiegł po ciałach widzów, gdy murzyński olbrzym zakleszczył naszego zapaśnika – Józefa Bartla. Trwało to niemal minutę, a wszyscy odczuwaliśmy blisko koniec walki. W pewnym momencie krobskiemu zapaśnikowi udało się uwolnić z żelaznego uścisku Murzyna, przerzucając go przez plecy, Arbiter zawodów wszem i każdemu z osobna ogłasza zwycięstwo naszego siłacza. Ryk zadowolenia rozbrzmiewa w sali. Publiczność skanduje Bartel, Bartel. Niestety, w innej walce tego dnia Stefan Wałkiewicz przegrał z Niemcem. Wszyscy czekaliśmy na następne dni zawodów. Regulamin przewidywał bowiem, iż walkę stoczyć musi każdy z każdym. Emocje sięgnęły szczytu w niedzielę. Nie pamiętam ostatecznych wyników mityngu. W każdym razie wydarzenia związane z zapasami komentowano w mieście przez kilka następnych dni. Choć znacznie później dowiedzieliśmy się, że wszystkie walki były z góry zaaranżowane.

    Były też w Krobi i inne widowiska. Był pokaz tresury niedźwiedzia. Za opłatą pięćdziesięciogroszowego wstępu podziwialiśmy brunatnego misia demonstrującego picie wódki z butelki, powrót zataczającego się do domu, tańczącego. Widowisko to, chociaż trwało tylko godzinę, dostarczyło nam niemałej frajdy. Podziwialiśmy niedźwiedzia naśladującego ludzkie ułomności i przywary. W okresie wiosenno-letnim gościliśmy również na rynku i na placu Kościuszki objazdowy cyrk wędrowny, składający się tylko z dwóch osób. Ten niepowtarzalny cyrk produkował się wyłącznie jednym numerem – przebijania kobiety umieszczonej w blaszanej beczce szpadą. Przedstawienie cieszyło się jednakże sporą popularnością, a właściciel cyrku nieźle na tym zarabiał. W pańskim ogrodzie, zwanym obecnie Ogrodem Ludowym, mieściła się salka taneczna, która służyła również miejscowemu Towarzystwu Gimnastycznemu „Sokół”. Tam codziennie odbywały się ćwiczenia gimnastyczne, które pozwalały rozwijać tężyznę fizyczną. W zimowej porze zajęcia przenoszono do sali pana Wojcieszyńskiego, która przystosowana była do uprawiania gimnastyki.

    Instrumenty perkusyjne były wykładnikiem działania życia i wyznacznikiem naszego miasta. Dzwon św. Mikołaja, zawieszony wysoko na wieży kościelnej, każdego ranka wzywała do rozpoczęcia pracy. Ogłaszał też czas ostatniej drogi do wiecznego spoczynku każdego mieszkańca. Tak więc wraz z dźwiękiem dzwonu kończyło się istnienie człowieka na tej ziemi. Jakżeż żałosna dla nas krobiaków była wiadomość, że Niemcy w swych zaborczych pokusach zdjęli Mikołaja. Jego zawartość miała podreperować niedobór materiałów kolorowych w przemyśle wojennym III Rzeszy. Na nic to się jednak zdało. Tuż po wyzwoleniu w 1945 roku zdjęto dzwon ze zboru ewangelickiego i umieszczono go na wieży naszego kościoła. Dzwoni do dnia dzisiejszego. Przeżył nienaruszony katastrofę zawalenia się wieży kościelnej w dniu 8 maja 1968 roku.

    Wspomnieć muszę i o mniejszych dzwonkach. Bodaj w każdym majątku ziemskim dzwonek karbowego nawoływał ludzi do pracy, a w południe, po dwugodzinnej przerwie, ponownie wzywał do roboty. Pamiętam, że my małe wówczas szkraby, towarzyszyliśmy karbowemu, którego zadaniem było punktualne uruchamianie sznura sygnaturki. Szkoła nasza wyposażona była w podobny dzwoneczek, który sygnalizował rozpoczęcie lekcji lub upragnioną przerwę. O godzinie 12.30 z radością witaliśmy zakończenie lekcji, by nareszcie dać upust nagromadzonej energii .Charakterystyczny dzwonek posiadał magistrat krobski. Chodził z nim woźny magistracki, pan Stanisław Andrzejewski. Niemal codziennie chodził on po ulicach miasteczka, dzwoniąc przywoływał słuchaczy, by odczytać zarządzenie burmistrza. Działo się tak jeszcze jakiś czas po zakończeniu II wojny światowej.

    Krobia była i jest po dziś dzień miejscowością rolniczą. Od niepamiętnych czasów ziemia uprawiana była tu przez doświadczonych, a przy tym pracowitych rolników. Dawała znakomite plony. Z tego tytułu zbyt na produkty rolne, trzodę chlewną i bydło był bardzo duży. Liczna była więc grupa handlarzy. Każdy kupiec trzody posiadał wysoki, masywny wóz osadzony na niskich, acz solidnych kołach. Klapa tych wozów oparta o ziemię stanowiła wygodny pomost dla wprowadzanego bydła. Każdego ranka o świcie wyjeżdżano na wioski i głośnym wołaniem „ciel ahoj, ciel ahoj” przywoływano gospodarzy, by załatwić transakcję handlową. Handlarz, z nieodłącznym biczyskiem w dłoni, wchodził na podwórze i po ceremonialnych powitaniach, zapytaniu o zdrowie domowników, a przede wszystkim jak chowają się dzieci, udawał się do obory na przegląd bydła. Każdorazowo gospodarz żądał ceny jak najwyższej, a kupiec, klnąc się na wszystkie świętości, twierdził, iż ojciec by się w grobie przewrócił, gdyby taką cenę zapłacił. Gdy dochodzono do porozumienia i uzgodnienia zapłaty, przyklepywano się po rękach.

    Ciekawie przedstawiał się skup świń. Tutaj handlarz chwytał za ogon świniaka i podnosząc go do góry na wyczucie oceniał jego wagę. Wiadomo, iż gospodarz poprzedniego dnia zważył swojego świniaka, w dodatku jeszcze rano dał obfitą karmę. Wytrawny kupiec, znawca swej branży, rzadko na podobne sztuczki dał się nabrać. W tej sytuacji także następował długi i żarliwy targ. Kozami raczej tu nie handlowano, jako, że skup tych zwierząt był poniżający w oczach kupca. Zresztą cztery razy w roku odbywały się jarmarki, na których na tzw. kozim rynku, przy Dębówce odbywał się handel tymi zwierzętami. Masowo skupowane wędrowały do wielkomiejskich rzeźni jako skopowina.

     Gęsi to szczególny rodzaj handlu drobnicy rzeźnej. W tej materii tutejszymi specjalistami byli: Stanisław Pawlicki i Jan Wałkiewicz. Jesienną porą gąski – dobrze opierzone, wykarmione, podskubane przez gospodynię – czekały na nabywców. Pędzono je całymi stadami, blokując drogi. Zdarzało się, iż z jednej wioski skupowano ich około 400 sztuk. Potem pędzono je kilometrami do Krobi lub bezpośrednio na stację kolejową, gdzie czekały wielopiętrowe wagony, specjalnie przystosowane do przewozu gęsi. Te, które trafiały do Krobi przez kilka dni przebywały w tutejszych gospodarstwach. Pamiętam, że w czasie skupu niejeden sąsiad pana Pawlickiego czy Wałkiewicza przez parę nocy pozbawiony był snu, gdyż gęsi organizowały wówczas wielogodzinne koncerty. Zapewne i w Krobi, by ułatwić sobie transport tych zwierząt, „podkuwano je”. Czyniono to, w ten oto sposób. Stadem przeprowadzano gęsi przez wrota otwarte na szerokość metra. Na taką lukę bowiem wylewano na ziemię dość rzadką smołę. Przechodzące gęsi wchodziły w smołę, a następnie maszerowały po piaszczystej drodze za wrotami. W ten sposób piasek przylepiał się do osmolonych nóżek i z czasem cała ta masa twardniała. Zaopaczone w takie oto „buty” gęsi mogły iść nawet kilka kilometrów.

Handlowym wydarzeniem dla całego krobskiego społeczeństwa były wiosenne i jesienne jarmarki. Bardzo okazale wyglądał przede wszystkim wiosenny jarmark. Cały rynek zastawiany był wówczas straganami wszelkiej branży kupieckiej. Nie mogło zabraknąć i tradycyjnego „Jakuba”. Szczególny to był kupiec. Swój mały straganik rozkładał na cokole figury św. Floriana i głośnym wołaniem nakłaniał do zakupu. Wziąwszy w rękę notes proponował za niego 50 groszy. Widząc ironiczne spojrzenia klientów, dokładał ołówek, by kawaler miał czym zapisać datę spotkania z dziewczyną. „To mało!” – krzyczy Jakub i dokłada do wcześniejszej oferty lusterko, aby młodzieniec mógł zobaczyć swoją uśmiechniętą twarz, a wkrótce proponuje jeszcze grzebyk. Obserwując zainteresowanie kupujących oraz ich wrażenie, z przyjaznym uśmiechem Jakub dokładał lizaka wołając:
    Panowie i Panie,
    ja mówię prawdę, nie kłamię,
    ja od gadania prawie już padam,
    ja do tego interesu swoją forsę dokładam.

     Po tej przemowie wręczał klientowi produkty, kasując 50 groszy. Następni chętni już cisnęli się do niego, chcąc skorzystać z niebywałej okazji. Jakub zarobić zarobił, lecz jego gardło solidnie się napracowało.

    Wschodni sektor rynku zajmowali zawsze kupcy żydowscy, którzy przyjeżdżali aż z Kalisza. Żyd, jak to Żyd, do handlu posiadał szczególną smykałkę. Klienta rzadko wypuszczał z rąk. Przykładowo żądał za ubranie 50 złotych, klient proponował 25 złotych, lecz dalej mocno zachwalał swój towar. Mówił, że materiał to czysta wełna, że ubranie leży jak ulał. W końcu wznosząc błagalny wzrok ku niebu stwierdzał, iż za taką cenę towaru oddać nie może. Po zastanowieniu proponował sumę 35 złotych, mówiąc, że na tej transakcji traci, ale uczyni specjalny wyjątek. Po półgodzinnym targowaniu ubranie osiągnęło cenę 30 złotych. Żyd zacierał ręce, bowiem uzyskał godziwą cenę. W sektorze żydowskim na przenośnych piecykach gotowano herbatę i jedzono bułki, obficie obłożone cebulą. Piecyki, zwane „cygankami” w zimne dni ogrzewały zmarznięte ręce i nogi.

    Na jarmark przyjeżdżało się nie tylko, aby coś kupić lub sprzedać. Przybywano też tutaj po to, by się spotkać, poplotkować. Zawierano znajomości, wymieniano opinie i poglądy. Tego typu spotkania odbywały się zazwyczaj w restauracjach, a było ich w tym czasie w Krobi 10. Rzeźnicy na okoliczność odbywanego jarmarku przygotowywali gorące parówki z bułeczkami. Kobiety oblegały sklepy piekarnicze. Pałaszowano sterty rogali, pączków, placków. Gospodynie rozmawiały o dzieciach i gospodarstwie, mężczyźni zaś snuli ambitniejsze pogwarki – głównie o koniach. Nieraz na jarmarkach zawierano wstępne umowy przedmałżeńskie, układając się do kogo przyjdzie na gospodarstwo i ile ziemi dołoży do wiana.

    Każdorazowo na jarmarkach pojawiały się typy spod ciemnej gwiazdy – oszuści, naciągacze, złodzieje. Rynek był centralnym miejscem jarmarku, natomiast na targowisku położonym tuż przy strzelnicy Kurkowego Bractwa Strzeleckiego odbywały się targi na bydło i konie. Na trasie między tymi punktami handlowymi, zazwyczaj w plantach, stawiali swoje stoliki amatorzy łatwego zarobku – szulerzy, wydrwigrosze. Obstawiały ich całe stada naganiaczy. Zawsze też znalazły się rzesze łatwowiernych ludzi. Niejeden przegrał tutaj pieniądze uzyskane ze sprzedaży konia lub krowy.

    Jednym z charakterystycznych sposobów handlu był tzw. handel domokrążny. Niemal każdego dnia we wioskach pojawiali się handlarze oferujący obrazy Świętej Rodziny, niezbędne w gospodarstwie przedmioty i urządzenia codziennego użytku, wyroby luksusowe. Przybywano na wieś również po to, by nabyć żelastwo, szmaty, królicze skórki. Po wioskach Biskupizny wędrował wóz zaprzężony w chudą szkapinę, a jego właściciel uderzeniem w dzwonek ogłaszał, że przyjechał handlarz.

    My wówczas, małe szkraby, wyciągaliśmy ze strychu co tylko się dało, by w zamian otrzymać piejącego kogucika lub harmonijkę ustną. Dziewczynki wymieniały znalezione żelastwo, szmaty, jajka na pierścionki, laleczki i łakocie. Tak w wielkim skrócie przedstawiam sposób i system międzywojennego handlu, jaki obowiązywał w Krobskiem.

    Moje wzrastanie datuje się od uzyskania niepodległości naszej Ojczyzny. Kiedy miałem sześć lat panowała w Polsce wielka huśtawka cen. Miliony się zarabiało i milionami się płaciło za niezbędne produkty. Były to więc lata niezwykle trudne. Bezrobocie było zjawiskiem powszechnym. Powszechny był również niedostatek żywności. Nic nie wróżyło szybkiej poprawy. Stan taki trwał aż do wybuchu II wojny .światowej.

    Krobia w dwudziestoleciu międzywojennym miała około 150 bezrobotnych mężczyzn, a każdy z nich miał liczną rodzinę, którą trzeba nakarmić i przyodziać. Starano się to czynić na różne sposoby. Część tych osób wychodziła całymi rodzinami na żniwne ścierniska, na tzw. „zbierunkę”. Zbierało się pojedyncze kłosy w kiście, a wieczorem niosło się je płachcie jutowej do domu. Nazajutrz młócono na podwórzu „kałką” owe kiście, potem owiewano z plew na wietrze, a czyste ziarna mielono w młynie na mąkę. Teraz pozostało już tylko upiec pulchny chleb.

    Liczne i pracowite rodziny w sezonie żniwnym były w stanie uzbierać nawet tyle ziarna, że starczało ono na wiele tygodni. Były i takie przypadki, że bezrobotna brać przyjeżdżała na pola na rowerach, by tutaj omłócić coś dla siebie. Ojciec rodziny, kręcąc pedałami odwróconego roweru, uruchamiał swoistą młockarnię, gdzie w szprychy wkładano snopki zboża. W pracy tej uczestniczyło zazwyczaj kilka osób. „Urobek” jednej nocy wystarczał na chleb na kilka tygodni. W tej sytuacji rolnicy musieli w nocy pilnować swych pól.

    Nie sposób było jesienią pozostawić bez dozoru kopczyki z ziemniakami. Kto nie przypilnował, rano niewiele już mógł zebrać. Czyż można się jednak temu dziwić? Pracy nie było, a z czegoś trzeba było żyć. Magistrat miejski nie miał wystarczających środków finansowych na obdzielenie zapomogami wszystkich potrzebujących. W latach trzydziestych krobski samorząd przeznaczył pewną kwotę na likwidację tzw. „pańskiego sadu”, by na tym miejscu wznieść boisko sportowe. Prowadzono w tym czasie także oczyszczanie fosy okalającej szkołę. Przy tych pracach zatrudniano sporą rzeszę bezrobotnych. Mieli oni zajęcie niemal przez cały rok.

    Prawie w każdym biednym domu, w okresie jesiennym, uruchamiano miniaturowe cukrownie. Buraków było wówczas w nadmiarze. Zbierało się je bowiem na drogach, kiedy spadały z wozów. Wiadomo bowiem, że buraki cukrowe transportowano do cukrowni lub na stację PKP konnymi wozami, na kołach sztabowych, po nienajlepszej nawierzchni drogowej. Szybko można było więc uzbierać sporą ilość surowca. W domach oczyszczano buraki z ziemi, myto w dużych baliach, rozdrabniano siekaczami, a następnie zsypywano do dużych kotłów pralniczych, gdzie gotowano aż do pełnego rozmiękczenia. Dalej wyciskano buraki w prymitywnej prasie. Uzyskany syrop poddawano dalszemu gotowaniu, aż do momentu, gdy uzyskiwał on stan zagęszczonej zawiesiny. W końcu syrop rozlewano do mniejszych naczyń. Teraz już gotowy produkt czekał na konsumpcję.

    W okresie międzywojennym brak pieniędzy zmuszał ubogą ludność do gromadzenia opału na zimę. W lesie zbierano chrust, a za zezwoleniem leśniczego, wykopywano pniaki-karpiny. To były właściwie jedyne sposoby zgromadzenia niezbędnej ilości opału na okres zimowy, nie biorąc pod uwagę oczywiście kradzieży.

    Powszechnym zjawiskiem tego okresu było żebractwo. Niemal każdy dom w Krobi odwiedzany był przez biedaków chodzących po prośbie. Szczególnie nachodzone były mieszkania kolejarzy. Niełatwe życie wiodła ta żebracza brać. Często spotykali się z obelżywymi słowami, szczuciem psami itd. Inna grupa urządzała na podwórzach swoiste recitale wokalno-muzyczne. Trzy lub czteroosobowa grupa śpiewaków przy wtórze gitary nuciła sentymentalne piosenki. Równocześnie jeden z artystów z czapką podchodził do słuchaczy i zbierał drobne datki. Pojawiał się też tutaj kataryniarz z nieodłączną papugą. Dosyć często gościliśmy na naszych podwórkach poskromiciela węży.

    Nam, normalnym zjadaczom chleba z Krobi i okolicy, też nie żyło się wówczas najlepiej. Większość mieszkańców zmuszona była nabywać najpotrzebniejsze produkty na kredyt. Udzielał go każdy właściciel sklepu. Idąc na zakupy brało się tzw. książeczkę bordową. W niej kupiec zapisywał każdy zakupiony towar. W końcu miesiąca, gdy ojciec przynosił pensję, matka niosła do sklepu całą kwotę. I tak było co miesiąc.

    Krobia była zawsze potężnym ośrodkiem działalności społeczno-politycznej. W tym względzie miasto nasze miało naprawdę czym się poszczycić. W dwudziestoleciu międzywojennym istniały tutaj organizacje i stowarzyszenia, po których dziś pozostały tylko wspomnienia. Pozwolę sobie najpierw na małą wyliczankę, nim przystąpię do ich omówienia. Działały więc przed II wojną światową w Krobi: „Strzelec”, Towarzystwo Śpiewu „Harmonia”, Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół”, Związek Harcerstwa Polskiego, Stowarzyszenia Młodzieży Polskiej, Stowarzyszenie Młodych Polek, Związek Powstańców Wielkopolskich, Kurkowe Bractwo Strzeleckie, Ochotnicza Straż Pożarna, Stronnictwo Ludowe, Stronnictwo Narodowe, Towarzystwo Wincentego a Paulo, Klub Sportowy „Iskra”.

    W zestawieniu tym zabrakło organizacji cechowych. Niektóre z nich w minimalnym stopniu kontynuują swoją działalność. Dla przykładu, cech krawiecki w dzień swego patrona zbiera się w kościele na uroczystym nabożeństwie w intencji żyjących i nieżyjących braci krawców. W godzinach wieczornych tego samego dnia gromadzą się wszyscy na poczęstunku i gawędzą na tematy cechowe. Cechom młynarzy i piekarzy patronuje św. Marcin, cechowi rzeźnickiemu Matka Boska. Zrzeszeni byli też stolarze i bednarze. Bractw cechowych było jeszcze więcej, ale nie wszystkie pamiętam. Działalność bractwa cechowego przejawiała się przede wszystkim w kościele. W bocznych nawach stały skrzynie cechowe, w których przechowywano świece woskowe. Nad tymi skrzyniami pieczę sprawował senior cechowy p. Kędziora. Znał on wszystkich członków cechowych.

    Pamiętam z tego okresu ciekawy zwyczaj cechu szewskiego. Byłem wówczas zaprzyjaźniony z synami mistrza Jana Pawlaka, którego mianowała brać cechowa starszym majstrem. Z tego też tytułu miał on pewne obowiązki. Należało do nich między innymi powiadamianie wszystkich członków bractwa o cechowych zebraniach. W przypadku śmierci członka cechu starszy majster musiał obnosić tzw. kurendę. Był to ołowiany ryngraf, na którym wytłoczone było godło cechowe, a u dołu kredą wpisywano nazwisko zmarłego oraz datę i godzinę pogrzebu. Nie udało mi się ustalić, czy ów zwyczaj był praktykowany także w innych cechach. Są to już bardzo odległe czasy, a opisany przeze mnie fakt miał miejsce w roku 1928.

    W dwudziestoleciu międzywojennym działał w Krobi „Strzelec”. Członkami tej organizacji byli zwolennicy Józefa Piłsudskiego. Do „Strzelca” należał prawie każdy bezrobotny, gdyż w ten sposób łatwiej można było znaleźć pracę. Ideowym przywódcą tej organizacji był hrabia Grocholski, właściciel majątku Rogowo. Liczba członków wahała się między 40 a 50. Obok bezrobotnych należeli tu przede wszystkim urzędnicy państwowi.

    Istnienie Towarzystwa Śpiewu „Harmonia” datuje się od roku 1908. Organizacja ta poza swoją statutową działalnością zajmowała się też organizowaniem przedstawień teatralnych i operetkowych.

    Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół” było w tym okresie organizacją czysto sportową. Członkowie w swoich częstych występach prezentowali pokazy zbiorowych ćwiczeń wykonywanych w takt muzyki orkiestry dętej. Niejednokrotnie podziwialiśmy efektowne piramidy, w których brało udział 100 sokołów. Dech zapierało nam w piersiach, gdy na szczycie owej ludzkiej piramidy najodważniejsi i najsprawniejsi członkowie Towarzystwa wykonywali efektowne stójki i różne inne ekwilibrystyczne wyczyny.

    Istnienie Związku Harcerstwa Polskiego datuje się już od roku 1913. Patronem męskiej drużyny był Tadeusz Kościuszko, a żeńskiej Maria Konopnicka. W latach międzywojennych harcerstwo miało liczne grono zwolenników, do których i ja należałem. Organizacja nie posiadała ograniczenia wiekowego. Stanowiły ją zuchy (dzieci do lat dziesięciu) i harcerze (przede wszystkim młodzież szkolna). Przed wojną zastępy harcerskie prowadziły swoistą rywalizację na polu pozyskiwania funduszy na letnią działalność. Organizowano między innymi przedstawienia kukiełkowe. Pięknie to wyglądało, kiedy harcerze maszerowali w zwartym szyku z pieśnią na ustach ulicami Krobi.

    Stowarzyszenie Młodzieży Polskiej to organizacja typowo katolicka. W każdym działaniu przejawiało się religijne wychowanie młodych ludzi, uzupełniane życiem sportowym. Był to nieodzowny element zaspokajający potrzeby młodzieńczego wieku. Podobnym charakterem legitymowała się organizacja żeńska, czyli Stowarzyszenie Młodych Polek.

    W okresie międzywojennym działał też tutaj Związek Powstańców Wielkopolskich, który tworzyli uczestnicy powstania wielkopolskiego 1918/1919 roku. Działalność tej organizacji ograniczała się jednakże w zasadzie do zebrań i spotkań kombatanckich i do udziału w uroczystościach państwowych. Po II wojnie światowej organizacja ta przekształciła się w Związek Bojowników o Wolność i Demokrację.

    W roku 1923 powstało w Krobi Kurkowe Bractwo Strzeleckie. Członkami byli zamożni mieszczanie i urzędnicy. Hasłem przewodnim organizacji było „Ćwicz oko i dłonie w ojczyzny obronie”. W 1925 roku wybudowano tutaj strzelnicę do wyłącznego użytku bractwa. Dziesięć lat później dobudowano drugą strzelnicę, która służyła organizacji „Strzelec” i młodzieży z Przysposobienia Wojskowego. Strzelnica co jakiś czas rozbrzmiewała salwami karabinowymi, a w „Pańskim Sadzie” dla licznej gawiedzi przygrywała orkiestra. W okresie Zielonych Świąt koncertowała orkiestra dęta 17 pułku ułanów z Leszna.

    Pierwszym zielonoświątkowym królem kurkowym w Krobi został Józef Polcyn, właściciel dużego warsztatu ślusarskiego. Radość domowników i całej ulicy Kobylińskiej z tego wydarzenia nie miała granic. Głównym reżyserem corocznych zawodów strzeleckich był Edmund Poprawa. W jego oczach i rękach spoczywał w zasadzie los przyszłego króla kurkowego. Po każdym strzale specjalnym wskaźnikiem pokazywał czy kula trafiła w ósemkę lewo dół, czy też w inny punkt tarczy.

    Kolejną krobską organizacją była, powstała w 1910 roku, Ochotnicza Straż Pożarna. Strażacy posiadali swą remizę tuż pod bokiem kościoła św. Ducha. Bosaki, drabiny i wiadra stanowiły wówczas jedyny ekwipunek ratowników spod św. Floriana. W kilku miejscach miasta były punkty alarmowe, do których zgłaszały się osoby w razie zauważenia pożaru. Trąbka sygnałowa służyła zaś do zmobilizowania liczniejszej grupy strażaków. Mimo tak skromnych środków, ratownikom udawało się szybko docierać do pożaru i skutecznie gasić ogień. Dodajmy, że w owym czasie znaczną część krobskiego budownictwa stanowiły drewniane domy kryte strzechą.

    W latach międzywojennych działało tu Stronnictwo Ludowe, skupiające w swych szeregach przede wszystkim rolników. Nazywaliśmy ich witosami, gdyż na czele tej organizacji stał Wincenty Witos – światły i mądry człowiek. Ich odznaką był mieczyk Chrobrego przeplatany biało-czerwoną wstęgą.

    Kolejną organizacją, która działała w Krobi było stowarzyszenie charytatywne naszych pań – Towarzystwo św. Wincentego a Paulo. Celem tego dobroczynnego grona ludzi było niesienie pomocy ubogim mieszkańcom naszego miasta. Panie zrzeszone w tej organizacji to głównie żony zamożniejszych kupców krobskich, które z całym poświęceniem pomagały ulżyć doli najbiedniejszej części naszej społeczności. Różnymi sposobami zdobywano środki finansowe na realizację programu pomocy – organizowano w parku kościelnym bale kostiumowe, zabawy taneczne i przedstawienia teatralne. Filarem organizacji były Stanisława Kulczyńska i Zofia Zborowska. Panie te często kwestowały przed wejściem do kościoła. Cieszyły się one wielkim autorytetem w naszym mieście, toteż rzadko odmawiano im datku na ubogich.

    Kończąc krótki opis krobskich stowarzyszeń i organizacji muszę jeszcze raz wspomnieć o klubie sportowym „Iskra”. Jego działalność zapoczątkowana została wybudowaniem boiska sportowego na miejscu „Pańskiego Sadu” w roku 1932. W latach trzydziestych zawodnicy swoje treningi odbywali niemal codziennie. Pamiętam więc sporo nazwisk krobskich piłkarzy z tego okresu: Zimny – kominiarz, a zarazem bramkarz naszego zespołu, Alfons Polcyn – obrońca, Józef Duda, Józef Cwojdziński, nauczyciel Tabaka, który zmienił nazwisko na Dmowski, Stanisław Wiśniewicz, właściciel tartaku, Tadeusz Michalak, Konrad Urbański.

    Natychmiast po wyzwoleniu ożyło ponownie życie sportowe w naszym mieście. Przedwojenną „Iskrę” przemianowano na „Conkordię”. Pierwsze lata powojenne przyniosły wiele sukcesów. Klub sportowy święcił tryumfy. Grali tu wówczas bracia Smektałowie, Musielakowie, Roman Adamski i wielu, wielu innych.

    Dnia 1 września 1939 roku Niemcy napadły na Polskę. Wybuchła wojna, którą później nazwano II wojną światową. Prawie natychmiast Krobia opustoszała, choć nic nie wskazywało, że gdzieś w okolicy toczą się walki. Zniknęli nawet żołnierze Obrony Narodowej. W miasteczku życie zamarło. Wstrzymano prace w młynie, z gazowni miejskiej wypuszczono cały zapas gazu.

    Około godziny 10.00 wspólnie z kierownikiem młyna Józefem Wesołowskim zauważyliśmy dużą platformę meblową, zaprzężoną w trzy silne konie, podążającą z Rawicza w kierunku wschodnim. Jak się później okazało, był to ładunek akt rawickiego więzienia. Przesyłka była szczelnie okryta brezentową plandeką i silnie strzeżona.

    Za kilka godzin z tego samego kierunku pojawiła się duża grupa ludzi – około 2000. Byli to więźniowie. Część z nich miała cywilne ubrania. W pewnym momencie na podwórze młyna weszło dwóch więźniów ubranych w pasiaki. Byli bardzo utrudzeni, gdyż po wypiciu kubka wody usiedli na ławce. Pan Wesołowski wdał się z nimi w rozmowę. Okazało się, że są oni więźniami politycznymi. Po spożyciu posiłku i krótkim odpoczynku ruszyli w dalszą drogę. Już po zakończeniu działań wojennych udało się ustalić, iż jednym z tych więźniów, który z nim rozmawiał, był Marian Buczek.

    Nastały ponure lata okupacji. Szczególnie tragiczny dla mieszkańców Krobi był dzień 21 października 1939, kiedy to w publicznej egzekucji rozstrzelano 12 tutejszych Polaków. Dwa dni wcześniej aresztowano 30 ludzi z miasteczka i okolicy. 20 października Niemcy zażądali od właściciela młyna parowego Adama Kulczyńskiego, aby dostarczył 100 worków jutowych do tartaku Tomasza Wiśniewicza. Tam worki napełniono trocinami tartacznymi. Wypełnione worki oraz belki stropowe załadowano na platformę młyńską, która wyruszyła na rynek. Wszystkie te czynności były nadzorowane przez niemiecką policję.

    W tym samym czasie część byłych żołnierzy Obrony Narodowej skierowana została na cmentarz katolicki w celu przygotowania dużego masowego grobu. Z krobskiego rynku wyrwano kamienie i ułożono je pod ścianą muru. W opróżnione miejsce wkopano belki, przylegające ściśle jedna do drugiej. Konstrukcję obłożono zaś workami z trocinami.

    21 października około godziny 14.00 przyszedł do młyna niemiecki policjant Erich Pohl, mieszkaniec Zielina, dobrze władający językiem polskim. Powiadomił mnie, abym natychmiast udał się z nim na rynek. Erich widząc moje zdenerwowanie oświadczył mi, że ma polecenie przyprowadzenia jednego harcerza i jednego członka katolickiego stowarzyszenia. Tym drugim był Jan Jakubiak.

    Zaprowadzono nas pod mur ratusza od strony północnej. Tam stali już pod eskortą uzbrojonego Niemca byli żołnierze Obrony Narodowej. Z nich zapamiętałem: Stanisława Sadowczyka, Stanisława Busza, Feliksa Wojaczyka oraz grabarza Wojciecha Kubaszewskiego. Kilkanaście minut po godzinie 14.00 nadjechał czerwony autobus, z którego wysiadła grupa pijanych Niemców. Natychmiast skierowali swoje kroki w kierunku salki magistrackiej.

    O godzinie 16 otworzyła się brama podwórza magistrackiego i od strony południowej wyprowadzono 8 obywateli. Po chwili rozległa się salwa i padły ofiary. Następnie nadjechała platforma młyńska powożona przez Romana Giezka. Nam przyszło ładować zwłoki na platformę. Gdy tylko załadowany ciałami pojazd odjechał wyprowadzono następnych skazańców. Kolejnych siedmiu krobian zginęło od kul gestapowców.

    Do domu wróciłem przygnębiony i rozdygotany. Nazajutrz ścianę śmierci rozebrano, a pozostałych aresztowanych wypuszczono. Nie były to jednakże ostatnie ofiary tej wojny z naszego miasteczka. Wielu jeszcze zginęło w nieznanych do dziś okolicznościach.

    8 grudnia 1939 roku rozpoczęła się akcja wywłaszczeniowa. Nasze domy zajmowali okupanci. Stale przybywały tu niemieckie rodziny z Litwy, Besarabii, Wołynia. W krótkim czasie połowę mieszkańców Krobi stanowili Niemcy. Komisarycznym właścicielem młyna został burmistrz Karl Kollewe, a mnie mianowano tłumaczem.

    We wszystkich regionach naszego kraju pielęgnuje się obyczaje i tradycje. Kultywowane są z pokolenia na pokolenie. Chronione, by ocalić od zapomnienia. W przypadku Krobi wiele z tej materii ubyło – zniknęło bezpowrotnie. Scharakteryzuje, te które pamiętam. W dwudziestoleciu międzywojennym w okolicach Krobi, a konkretnie w Chwałkowie, w okresie Zielonych Świąt do tradycji należało między innymi chodzenie z niedźwiedziem. Przykładowo w Kościańskiem i Rawickiem chodzono ze smolarzami.

    Rozpocznę omawianie od pierwszego dnia roku kalendarzowego, jako że w tych pierwszych dniach stycznia odbywało się wiele imprez ludowych. Niektóre z nich pielęgnuje się po dziś dzień. Nowy Rok był doskonałą okazją płatania rozmaitych psikusów i figli – np. wystawiano gospodarzom bramy wjazdowe, furtki i wynoszono je na drugi koniec wioski. Szczytem hultajskich wyczynów – nie karanych z racji tradycji – było wyciąganie drabiniastego wozu ze stodoły, rozbieranie go na detale i ponowne jego składanie, tym razem na szczycie stodoły. Ileż było uciechy i podziwu dla sprawców tegoż żartu, kiedy mieszkańcy wracali z porannej mszy świętej. Było rzeczą oczywistą, iż właściciel wozu i stodoły, fundując gorzałkę, poprosi młodzieńców o pomoc w zdjęciu wozu.

    Różnie nazywają ludzie ostatnią niedzielę przed postem. W Poznańskiem nosi ona nazwę „podkoziołek”, na Biskupiźnie – „zapusty”, a w innych regionach kraju – „ostatki”. Dzień ten jednak zawsze charakteryzował się obfitym posiłkiem, licznymi łakociami, zabawą. Następnego dnia – w środę popielcową odbywał się tradycyjny pogrzeb żuru. W tym celu wyszukiwano jakiegoś mizeraka, który nie orientował się w czym rzecz. Przywiązywano mu na plecy kamienny garnek wypełniony po brzegi smakowitym żurem. Wybraniec wyruszał następnie na czele grupy obwiesiów przy akompaniamencie nieustannego lamentowania, że szkoda dobrego żarła, że to już post jest i basta. W pewnej chwili jeden z obwiesiów trzymający w ręku łopatę do wykopania dołu dla garnka z żurem, błyskawicznie uderzał w ów garnek. Ten pod ciosem rozpryskiwał się na kawałki i zawartość garnka oblewała biednego żałobnika. Ceremonia ta była resztką radości przed kilkudniowym postem.

    Wielki tydzień obfitował w całą gamę tradycyjnych obrzędów. Do najgłośniejszych i najdłużej trwających należało strzelanie z przyrządów domowej produkcji. Był to najczęściej bolec z wywierconym do połowy otworem, do którego wsypywało się środek wybuchowy – tzw. kaliflorek. Następnie zakładało się trzpień zamykający otwór. Bolec wraz z trzpieniem połączony był mocnym rzemieniem długości około 40 cm. Dalej tą bronią uderzano o pobliski mur i następował ogłuszający huk. Najczęściej strzelano w pobliżu kościoła, gdyż wiedzieć trzeba, iż zwyczaj ten odbywano na okoliczność zmartwychwstania Chrystusa. Nie obywało się rzecz jasna bez wypadków. W jednym z nich ucierpiał Edmund Buszel. Dziś kanonada w wielką sobotę i w święto rezurekcyjne poszła w niepamięć.

    W wielki piątek obwożono na taczce Judasza. Judasz umazany był czerwoną farbą i odziany w czerwony strój. Obwożono go po wioskach przy wtórze kołatek i innych niezwykle hałaśliwych instrumentów. Judasza wyrzucano z taczki każdorazowo przed domem zamożniejszej gospodyni. Tutaj towarzysząca Judaszowi świta upominała się o datek na mydło. Wożenie Judasza odbywało się wyłącznie w wielki piątek do godziny południowej.

    Zapomniano już też o wyścigach zaprzęgów bryczek jakie miały miejsce w pierwszy dzień Wielkanocy, po porannej mszy. Tradycja bowiem głosiła, iż ten kto pierwszy wróci do swej wioski, temu Bóg poszczęści w obfitych plonach. Proszę sobie tylko wyobrazić ten tumult przed kościołem, ten brzęk żelaznych obręczy po krobskim bruku. Były to wspaniałe wyścigi. Kraksy żadnej nie pamiętam.

    W poniedziałek Wielkanocny rolnicy – po obfitym śniadaniu – udawali się w pole, by dokonać poświęcenia przyszłych plonów. Natomiast młodzież szykowała się do lanego poniedziałku, czyli dyngusa. Chłopcy wypatrywali dziewczyny, aby móc ją obficie oblać wodą. Choć panny uciekały, wydając przy tym wrzaski i krzyki, to wiadomo było, iż w skryciu marzyły, by oblano je w tym dniu wodą. Och, gdzie te czasy, te pompy sikawkowe, te wiadra wody i te panny umykające. Och, giną tradycje w narodzie, oj giną!.

    Z przykrością przyznaję, iż zanikła tradycja urządzania święta kupały, czyli jak kto woli nocy świętojańskiej. Tę najkrótszą noc w roku obchodzono przez szereg lat pod nazwą sobótka, czy po prostu wianki. Z przyjemnością wspominam puszczanie wianków na wodę, palenie ognisk na łąkach, czy skakanie przez ogień. Wianki wrzucano do kanału, a potem były tańce, śpiewy i pląsy. Najważniejszą osobą na tej imprezie był wszechwładny Neptun, dzierżący w dłoni trójząb i wygłaszający dla licznie zgromadzonych orędzie. Była wówczas makieta łabędzie, blisko dwu i pół metrowe wysokości, stanowiąca nie lada atrakcję dla małych dzieci. Była to niezwykle radosna noc.

    W okresie bożonarodzeniowym od domostwa do domostwa wędrowali kolędnicy z gwiazdą i żłobkiem, śpiewając kolędy. Wędrowcy stali przed chatą tak długo, aż gospodyni nie obdarowała ich poczęstunkiem. Do grona takich kolędników należał także autor tych wspomnień, z tą tylko różnicą, że zorganizowałem grupę, która w kilku punktach wioski dawała krótkie inscenizacje. Tym sposobem obkolędowano połowę parafii, a zebrane pieniądze zasiliły kasę kościelną. Nie jestem pewien czy tradycja kolędowania nie zaniknie, czy będą nadal kolędnicy odwiedzali nasze domostwa.

    W latach okupacji połowę mieszkańców Krobi stanowili Niemcy. Czuli się tutaj teraz jak u siebie w domu. Często odbywały się zabawy ludowe dla żołnierzy i obywateli niemieckich. Polacy natomiast żyli w nędzy i niedostatku, często trwożąc się o własne życie. Przydziały żywności były tak małe, że zaspokajały nasze potrzeby tylko w minimalnym stopniu. Robiliśmy jednak wszystko, by przetrwać ten okres. Mnożyły się więc kradzieże żywności w niemieckich gospodarstwach, choć wiedzieliśmy co nam za to grozi. Wspieraliśmy się też dobrym słowem. Nasze nadzieje na lepsze czasy odżyły, gdy usłyszeliśmy o pierwszych niemieckich klęskach na wschodnim froncie.

    Muszę jednak przyznać, iż nie wszyscy Polacy trzymali się solidarnie. Nie brakowało donosicieli i kolaborantów. Zdarzały się przypadki pisania donosów do policji niemieckiej, na przykład, że któryś z Polaków zabił świnię bez pozwolenia władz. Niewiele jednakże tych anonimów docierało do niemieckich urzędników, a to za sprawą listonoszy. Przechwytywali oni owe donosy i palili. Szczególne uznanie należy się w tej kwestii panu Ignacemu Czwojdzie, który był jednym z tych co uniemożliwiali dotarcie anonimów do policji.

    Z bardziej tragicznych wydarzeń owych lat z okolic Krobi pamiętam wykrycie odbiornika radiowego u Marcina Glury w Chwałkowie. Konstruktorem radia był jego syn Franciszek, mieszkający w Krobi. Niemcy aresztowali całą pięcioosobową rodzinę i osadzili w krobskim więzieniu. Aresztantom nie pozwolono próżnować. Nakazano im rąbać drzewo, pompować wodę ręczną pompą. Jednocześnie policjant Pottkam był pewny, że ma wszystkich na oku, i że o ucieczce uwięzieni nie mogą nawet marzyć. Bardzo się jednak pomylił.

    Janek Glura korzystając z chwilowej nieuwagi wyskoczył przez okno. Gdy Pottkam zorientował się, iż wśród aresztowanych nie ma Janka, ruszył za nim w pogoń. Wyskoczył na podwórze. Tutaj napotkał przechodzącą panią Giezkową. Domyślając się zajścia, kobieta wskazała inny kierunek ucieczki chłopca. Janek Glura schronił się w stodole w pobliżu domu Walentego Gliszczyńskiego. Po kilku dniach opuścił Kraj „Warty” i przedostał się do Generalnej Guberni. Zamieszkał w Warszawie, wstąpił do AK. Tymczasem Niemcy pozostałych Glurów wysłali do obozów koncentracyjnych. Wiem, iż w jednym z nich zamęczony został Marcin Glura.

    W 1943 roku założono w Krobi obóz dla jeńców francuskich. Mieścił się on w garażach kolejki powiatowej. Jeńcy byli zatrudnieni przy pracach melioracyjnych w okolicach Krobi. Podobny obóz dla ludności żydowskiej był we wsi Gogolewo. Znajdował się on w tamtejszej szkole. Żydów także wykorzystywano do prac melioracyjnych. My Polacy, także każdej niedzieli kopaliśmy rowy odwadniające.

    Pamiętam, jak Niemcy niszczyli przykościelne budynki, kaplicę biskupią i mury okalające probostwo, aby z uzyskanego w ten sposób materiału móc wznieść domy dla swoich rodaków poszkodowanych podczas działań wojennych. Los rozbiórki spotkał i kościół chwałkowski. Rozebrano dach, a w murach wywiercono otwory, by założyć tam ładunki wybuchowe. Okupanci nie wysadzili jednakże kościoła.

    W połowie roku 1943 napływać zaczęły do Krobi kolejowe transporty mebli. Jak się dowiedziałem, meble pochodziły głównie z pałaców dawnej wschodniej Polski. Magazynem tych wojennych łupów został krobski kościół farny. Były tam fotele, komody, sofy i szafy.

    Gdy armia radziecka dotarła do Wisły, mieszkający w Krobi Niemcy stali się dla nas bardziej przychylni. Zmniejszył się nieco okupacyjny rygor. 19 stycznia 1945 roku dzwonek woźnego magistrackiego Stanisława Andrzejewskiego wzywał całą ludność niemiecką naszego miasteczka, aby zjawiła się ona w przeciągu dwóch godzin na rynku. Niemcy opuszczali swoje domostwa. Z rynku pośpiesznie wyruszyli na zachód. Uciekali w czasie największych mrozów. Jeszcze przez kolejne dwa dni krobskimi ulicami sunęły transporty niemieckich uciekinierów. Potem zrobiło się cicho.

     W środę 24 stycznia 1945 roku na krobski rynek wjechały trzy radzieckie czołgi. Wielka radość zapanowała w miasteczku. Polacy gremialnie wyszli na ulice. Wywieszono polskie flagi, a z wieży ratuszowej odzywały się harcerskie fanfary. Ale nasza radość trwała krótko. Następnego dnia w Krobi pojawili się Niemcy. Były to zdziesiątkowane jednostki uciekające przed Rosjanami. Aż dziw, iż nikt z mieszkańców wówczas nie zginął. 27 stycznia ulicą Kobylińską weszły do miasta oddziały radzieckie. Skończył się koszmar okupacji. Przyszła nareszcie upragniona wolność.

I już po kilku dniach to był nasz ojciec zmuszony iść pomieszkania szukać i udał się w te strony przez Rusocin ku małemu miasteczku Książ i znajd pomieszkanie na Budziszewskich Olendrach. Już przed wieczorem to ja już zem ojca wyględował i zem mu naprzeciwko posed ku Rusocinowi i go do domu przyprowadził. I kiedy przysed do domu i matce powiedział, najon to pomieszkanie na Budziszewskich Olendrach, to już nasza matka zaraz zaczyna płakać i mówiła: Już cie pewnie złe tam zaprowadziło na te złodziejskie Oleandry, tam jeno same złodzieje i czarownice mieszkają, chociaż pod gołym niebem będę musiała mieszkać, ale tam w te strony nie powędruje. I ojciec jej mówi, ze pierdoli ladaco, ale matka to sobie nie dała nic powiedzieć i juz sie go pytała czy dał zadatek, a on mówi ze nie. – To im zaraz pójdzies odpowiedzieć, albo im sie pocztówke pośle. – I tak sie daleko ujednali, ze tam na te Olendry nie będziemy już wydrować.A na drugi dzień to mój ojciec posed komornego szukać w inny stronie i też ja z nim posed aż do Dolska, a ojciec mnie zostawił u moi ciotki w Dolsku, a sam sed ku Gostyniowi pomieszkania szukać, a ja sie bawił tak długo u ciotki. I już długo nie trwało to mój ojciec przysed na powrót i mówił, ze znajd już pomieszkanie zaraz za królewskim lasem w Tworzymirkach i już my sie od ciotki wnet zabrali i sie też z ojcem udali ku domowi. (…) I po drodze to zem sie też ojca wypytował i niejedno też chciałem wiedzieć, a osobliwie, ten gostyński klasztor było widać z Nowca, to mi musiał ojciec o nim opowiadać. I gdy my do dom przysli, to już ojciec matce opowiadał, że znajd to pomieszkanie w Tworzymirkach zaraz to pierwsza izba od Dolska. I to matke cieszyło, ze znowu koło swoich rodzinnych stron będzie mieszkać (…).

I już nadesła ta święta Wielkanoc to my też uszykowali święconke i my sie poschodzili przed zamek Jaśnie Wielmożnego Pana i tam my oczekiwali tego księdza skorno przyjedzie i nam te święconke poświęci. I ja zem też tam z matką posed przed ten zamek, bo sam zem się bojał tam iść, bo ten pan to też tam zawdy z batem chodził i też bił wielkich i małych, a tych co ich rodzice u niego pracowali i ich synki albo córki posły trawy dla królików urwać gdziekolwiek na pana rowy i sie dali złapać, to ich pan wzion do swy kancelarji i tak ich zbiuł, że już mieli na zawdy pamiętać. To my się wszyscy bali tego Jaśnie Pana Wielmożnego, jak djabeł święconej wody (…). I już po świętach wielkanocnych to my sie zaczeni wybierać na te naszą wędrówkę do tych Tworzymirek. I już ojciec to zaczon to drzewo do kupy wiązać, słome i siano i zbił też pudła do kozy, prosięcia, kur i królików, matka to wiechciem te stołki i ławke poszorowała (…) i tak my sie wybierali. I już na trzeci dzień to już z tych Tworzymirek po nas te zamówione furmanki przyjechały, były to male gospodarze, jeden się nazywał Pahura, a drugi to Stachowiak i już to nas zdziwiło, ze oni tak rychło sie tam wstawili. I to pokładli te nasze harabody na wozy, potem matka u sąsiadki uszykowała śniadanie i zawołała do izby tych gospodarzy, aby śniadanie zjedli. (…) I moja matka wziena święcony wody i przezegnała, potem mnie i mojego brata ze sobą na wóz wziena. Niedługo to jej sie płacz zebrał i te furmanki ruszyły z miejsca. I tak zem opuścił swoją wioske rodzinnom Nowiec …

A gdy my już byli za wioskom niedaleko Boży Męki, to już matka mówiła: Jezus, Marja, nie będemy mieć szczęścia, bo nam zając przeleciał przez drogę, a te fornole, to się śmiały i mówiły:  Nie było mu to soli na ogon nasypać. I już my wyjechali za Mały Trombinek, to od wozu koło odpadło i ten wóz byłby się przez licha wywrócił i już się to nieszczęście nam wydarzyło. I ja zem sie cofnął i posed szukać tej tromby i tego kosturka. I my te rzeczy musieli poskładać i od nowa na wóz pokłaść. I te trombe i kosturek zem znalazł. I gdy my to wszystko pokładli na wóz, to my te naszą podróż dali podjeni aż do miasta Dolska i tam my staneli na rynku. Ci gospodarze to z ojcem wleźli do gościńca, wypili po pare kieliszków wódki i zapalili po cygarze i potem naglądnęli ten wóz (…). I kiedy my to miasto opuścili, to już my jechali koło wielkiego jeziora i zaraz za tem jeziorem  to stał tam kościół świętego Wawrzyńca. To nam nasza matka opowiadała, że on sie tam ukazał i go zanieśli do Fary, to on used i potem mu zbudowali kościół na ty górze, bo on nie chciał być w kościele parafialnym. I też nam matka pokazywała, że na ty wodzie jeziorny to jest te droge widać, którą święty Wawrzyniec uchodził i zeli będemy zdrowi, to pójdźmy na odpust świętego Wawrzyńca … I zaraz niedaleko od tego kościółka to jest wielki las królewski, dawni należał do miasta, ale późni to go rząd niemiecki odebrał i jest teraz las króla niemieckiego. I zaś dali my jechali natrafili smętarz żydowski i to tam też matka powiadała, ze tu koło cmentarza to kusi, to jak kiedy tutaj sami pójdemy to sie mamy przeżegnać, aby złe od nas żadnego przystępu nie miało, bo tutaj już sie wiele ludzi wystraszyło. I zaś dali zem sie pytał co tam za wieś jest, to mi moja matka odpowiedziała, ze to są Księginki, a ta druga wieś to jest Małachowo, w którem ja na nogi wyrosła, a ta woda co ją tam widać to jest Małachowskie Kosęko i tam wcale dna w niem nie ma i tam już sie dość bydła w niem natopiło, a ten zamek co go tam widać, to sie nalezy Jaśnie Wielmożnemu Panu Budziszewskiemu, i ten folwark, co go tu widzicie, też mu sie nalezy i sie nazywa Gaj. I skorno my wyjechali na górkę to znowu było widać klasztor gostyński, a ja mówie do matki, ze ten klasztor tak daleko sie widzi, jak z Nowca, a matka to mówi, że już tak daleko nie jest. I już my znowu wode natrafili, była to torfiarnia, tam wykręcali maszynami torf.

I już my widzieli te wioske, co my do ni wędrowali, i ta pierwsza chatka to było nasze pomieszkanie. I już tymczasem my przez mostek przejechali, i już zaraz za mostkiem ta nasza chatka stała. I już ta właścicielka ty chatki nam te chate otwarła i my posli najprzód ją oglądnąć. I tam była wielka sień, pół sieni to było do mieszkania, a drugie pół sieni to było przegrodzone dla kozy i prosięcia za chlew. I ta izba też była niska, na środku tej izby to stał słupek, aby sie ta izba nie zarwała, bo ta główna balka była załamana, jedno okno to było o czterech małych szybach, a to drugie to jeno była jedna szybka w ścianie wyprawiona i oblepiona w glinie i zadnych ramków drzewnianych nie miało, też była tam angielka do gotowania z gliny ulepiona i też kominek tak jak w Nowcu. Jednem słowem bym móg mówić, ze to była jaskinia.

I potem my zaczyni sie do tego pomieszkania wnosić. Najprzód matka poszukała siekiery i położyła na progu i przez nią te koze przeprowadziła i potem prosie, bo to było na to ze nam ich nikt nie miał oczarować. Potem matka pokropiła święconą wodą te izbe i my zaczynali te nasze rzeczy wnosić. Podłogi to tam my też nie mieli tak jak w Nowcu, jeno glina była. I te cięższe rzeczy to Stachowiak i Kubera ojcu pomogli pownosić i doradzali jak najlepi te nasze harabudy ustawić. I gdy te rzeczy my poznosili to ojciec tym za to przewiezienie chciał zapłacić, ale tego oni nie żądali jeno chcieli odrobku we zniwa i też sie na to mój ojciec z nimi ugodził. I kiedy my te wszystkie rzeczy pownosili , to już sie zrobiło ciemno i potem my zjedli kolacyją i zmówili pacierz i poszli do spania. I na drugi dzień to zem też ojcu pomagał co zem jeno móg. I tam my też mieli ładny ogródek owocowy, ten płot to był z jałowca i ze cierznia. I koło ty chatki to była też mała szopa do drzewa wybudowana, co my tam to drzewo pownosili. I wychodków to tam by na cały wiosce nie znajd, jeno my chodzili na gnój siadać. Było to w roku 1891 na spozimku …

Nowe życie my zaczyni w ty wiosce, która się nazywała Tworzymirki. Już po mego ojca przysed ten torfiarz, Siemowski sie on nazywał, u niego pracowało sześciu chłopów i kilka dziewczynów. Tam sie mój ojciec z nimi zgodził i zaczon tam pracować i też wyrzynał ten torf. I jazem mu obiad zaniós i podwieczorek i śniadanie, bo on tam miał prace bardzo ciężką. To też od naszego domu to było kwadrans do idzenia. A ta torfiarnia to sie też nazywała Małachowskie błota…

A już w drugim tygodniu kwietnia w roku 1891 to zem zaczon chodzić do szkoły do sąsiecki wsi kościelny z nazwiskiem Kunowo i po raz pierwszy to mnie moja matka do szkoły zaprowadziła. I tam my mieli dwóch nauczycieli, jeden to był Polak z nazwiskiem Ittner [właściwie Eitner], a drugi Niemiec z nazwiskiem Sauer. I my tam mieli cztery oddziały: czwarty, trzeci, drugi i pierwszy. I ten czwarty i drugi to miał pan Sauer, a te drugie dwa pan Ittner. I my zaczyni do pana Sauera chodzić, a pan Ittner to nas co drugi dzień jedne godzine uczył religii i katechizmu, a pan Sauer nas uczył pisać, czytać, rachować, jak się król nazywał, jak wygląda, ile ma dzieci i tak dali. Ale ja zem sie też bardzo licho uczył. Gdy zem przysed do domu, to zez zaraz ojcu obiad musiał zanieść i gdy zem przysed nazad, to zem musiał koze paść po rowkach i też ją na powrozie trzymać, zeby nikomu szkody nie zrobiła.

I już około początku maja to nam też przywędrowała mała siostra, który my dali na imie Maryja. Jej krzestny był Karczyński i Kosowska. Ten Karczyński to miał swoją własność, a ta jej krzesna, to jeno małom chatkę i może około pół morgi ziemi, i to była własność jej matki, którom za pielęgnowanie jednego obywatela ty wioski otrzymała i ona to już była stara. A ta krzesna moi siostry to musiała dzień po dzień iść do pracy. I miała ona też jednego synka, który był tak wielki jak ja, ale ojciec jego pojechał sobie na obczyzne i już więcy do nich nie powrócił. A ta jej stara matka to umiała choroby zazegnać i gdy sie dziecko przegibło i miare zgubiło, to je umiała nacięgnąć i nawet łuszczki w oku umiała zazegnać, i tym sposobem swój powszechny chleb zapracowali. Była to też tak biedna rodzina, jak i my.

I już się ta praca ojcu ukończyła, to ojciec sie zabrał i pojechał nazad do Brandenburga koło Berlina na cegielniom Oppenheima. I pierwsze czasy to o nas pamiętał, a czem dłuży tam na ty cegielni mieszkał, to już więcej o nas zapomniał i nam sie nie pokazywał przez dwa lata. I ten pierwszy rokto nam tedy owedy cokolwiek przysłał, a już w drugim roku to bardzo licho. Kiedy już wtorek nadesed to już my izbe piaskiem wysypali i stół nakryli i czekali my na tego listowego, ale po większej części napodaremno. I gdy do nas listowy przysed, to nie miał kto podpisać, to nasze nazwisko napisał i mówił, ze teraz nam tych pieniędzy tak długo nie przyniesie, aż ja sie naucze swoje nazwisko napisać. I ja zem też dość strachu dostał, to zem tak na to nazwisko sie przyglądał i tak zem jedne głoske za drugom sie ćwiczył, ze już przez kilka tygodni to zem umiał to nasze nazwisko napisać. I już zem był zaprzęgany do pracy, musiałem koze paść, w połednie po trawe dla kozy iść, aby tyle ususzyć, że będzie miała na zime dosyć. I moja matka to była zmuszona dzień za dniem do Jaśnie Wielmożnego Pana Stablewskiego do pracy chodzić, był to ten dwór, który sie należał dziedzicowi panu Stablewskiemu, bratu arcybiskupa poznańskiego, który był majorem w armii niemieckiej.

I po kilku tygodniach to zem już to nazwisko umiał jakkolwiek napisać. I nadsed wtorek, to zem już sie matki zapytał, czy mam iść sie pana listowego zapytać, zeli ma dla nas pieniędze to moze nam przynieść, bo już ja umiem nazwisko podpisać, a on mówił, ze mam najprzód do ojca list napisać, żeby nam pieniędzy przysłał. I to zem też matce powiedział, i tak jeden tydzień za drugim my na pana listowego wyglądali. Ja zem chodził do szkoły, ten młodszy brat to musiał na te maluśkom siostre zauwaząć, gdy matka do pracy poszła. I też dla ty mały siostry to matka ugotowała gęsty poczki z mąki i troche cukru włozyła do niej i tego my nakładli do płata, to my ten nazwany węzełek dali ty mały do gęby, aby cięgła. I my też mieli tam takom samorobnom kolibie, to my te naszą siostre w ni kolebali, aby była spokojna i nie robiła hałasu i to już mój młodszy brat musiał robić, bo jazem miał inne zatrudnienie. I gdy ta siostra jeden ten węzełek wycięgła, to my znowu jej nakładali ty poczki do płata i nitkom zawiązali i znowu musiała dali cięgnąć. I my też tak zawdy naszykowali, ze gdy miała matka przyść od pracy, to już były ziemniaki ugotowane, co my mogli zaraz jeść i tak samo na obiad i kolacyję to my jeno ziemniaki jedli, bo to było najtani, a jednym śledziem to my sie troje dzielili, a smarowanego chleba to zem nie znał, już zem sie suchym kontentował. I tak my te bide gnietli rok po roku. A gdy matka poszła na jarmark i kupiła prosie, to je przyniesła na plecach w miechu, a gdy cokolwiek podrosło to my je sprzedali, aby my mogli też na zime mieć każdy na pare butów i na jakie ubranie. I tak ja już zem też sam posed do Dolska do kramu pokupić, to zem zawdy kupił jeden font okrasy, jeden font mąki pszeniczny dla ty mały na poczke, jeden font cukru i za trojaka oleju siemiennego, co my mieli na piątek i na sobote do okroszynia. To były nasze wydatki w Dolsku. A soli to zem przyniós z Kunowa. I tak zem te biede gonił dzień za dniem. I do kościoła to zem nie chodził, bo z tych ubraniów co mi je ojciec kupił to zem wyrós, a na inne to nie miała matka pieniędzy, aby mi je mogła kupić. To matka wziena różaniec do ręki i my Boga prosili, aby nam dopomóg. I też jednego razu to przyjechał Kustos tam z ty cegielni i przyniós pozdrowienia od naszego ojca, i też mówił do matki, ze sie tak rozpiuł, ze jeno ty gorzoły patrzy, ze matka ma patrzeć, ze go lepi do domu ścięgnie i to my już wnet zaufanie zgubili do naszego ojca, tak ze już my sie na niego nie spodziewali.

I razu jednego to zem sed po trawe w połednie i tam jachali handlarze z prosiętami i oni też jedno prosie zgubili, ja zem za nimi też wołał, ale oni sie nie oględali, bo już odjachali. I ja to zem to prosie przygnał do naszego podwórka i połozył siekiere na progu i musiało prześć przez te siekiere. I tak my sie dorobili do drugiego prosięcia. I kilka dni to my mieli strach, ze te handlarze po nie jesce przyjadom, ale po nie nie przyjechali. I my to szczęście mieli, ze nam ładnie urosło i sie ładnie upasło.

I tez razu jednego to mnie też chłopcy zaczeny trapić, ze ja suchy chleb biere do szkoły, a ja zem jem mówił ze mój suchy to też jest tak dobry, jak wasz smarowany i to mnie więcy nie trapili. Z naszy wioski [Tworzymirki] to ja i Andrzyj Kosowski to my suchy chleb jeno jadali, ale z naszych równików to nas nikt nie poradził wybić. I my tez w doma bardzo licho zyli, na chleb to matka w żarnach namołła i grubego chleba napiekła i też z ty gruby mąki polewki nagotowała. Ten font okrasy to nam musiał na cały tydzień wystarczyć. I gdy matka te pare skwierczków usmarzyła, to wsypała soli i dolała wody, aby my mieli w czem te ziemniaki maczać. I kawy to my nie pili, bo przez cukru to nie smakowała, a ten jeden font cukru to musiał wystarczyć dla ty mały siostry. I tam w ty wiosce to też nas tak nie nazywali dziadoską wychowlęgom, jak w Nowcu. Tam w ty wiosce to nas dwie famielje mieszkały, co własności nie miały. Ci co u Jaśnie Wielmożnego Pana Stablewskiego pracowali i te mali gospodarze, to też sobie tam tak nie dodawali. Jeno ta Jaśnie Wielmożna Pani Stablewska to po większy części zawdy w cztery konie jachała tym jej ładnym powozem, bo tam też gadali, ze ona to może czterema końmi jeździć, bo to są do szlachty zapisani, a ten forszpan to mi też zawdy obiecał ze mnie weźmie za forysia, bo mnie też było na imię tak jak onemu. I gdy zyto posiekli to my sobie chcieli zrobić krótszom droge i my przeszli przez to ściernisko, i to nas ta pani widziała, to na nas łajała i potem musiał zaprzęc forszpan konie i ją zawieść do nauczyciela i to na nas naskarżyła, to my na drugi dzień dostali od pana nauczyciela po cztery trzcinom po portkach, a dziewczęta to po cztery na ręce trzcinom podostajały.

I ta wioska te Tworzymirki to były niewielkie, były to tam te chatki przez wyjątku wszystkie w lepianke, tam jeno te czworoki to były z kamieni polnych, we których mieszkali ci ludzie co na stale u Pana Jaśnie Wielmożnego pracowali. I w ty pierwszy chatce to my mieszkali, a koło nas to ten gospodarz Kubera, on sie ze swoją zonom nie mógł zgodzić, to sie często bili i wiadra ciepał po podwórku, klon i wyzywał. I u niego to też mieszkał jego pan ojciec, który się nazywał Pachura. Na niego mówili, ze on sie bojał kobiety, gdy sie ozyniuł to chodził dali do chlewa spać, jak za parobka, dopiero go na wieczór musiała jego młoda zona do izby przyprowadzić. Zaś dali to mieszkał Karczyński, jego synka to wzieni do wojska niemieckiego i gadali, ze go tam zamęczyli, bo ani słowa nie móg po niemiecku. I ten Karczyński też miał ładne córki i mego kolege Wicka. I zaś dali to mieszkał Markowski, któremu mówili Selma, bo onemu ucho upalili. Jak były mały i miał wszy w głowie, to jego matka mu te głowe nasmarowała śmierdzącą okowitom i ten jego brat, co trzymał lampke przez cełendra, to dotknął mu tem światłem do głowy i sie ta głowa zapaloła. I zaś dali mieszkał brat już wymienionego Karczyńskiego. Był to chłop bardzo ucieszny, on zawdy śpiwał: Hej da, nie dbało sie, kiedy było hulało sie; hej da, teraz zima, a na dupie portek nima. I on też bydłem handlował i też z chłopcami kręga kulał. Guzików nam dość razy dał i my go zawdy lubieli. Mioł on też dwie córki i jego syn to był większy jak nauczyciel, ale tak sie licho uczył, ze razem ze mnom do szkoły chodził do czwartego oddziału. Zaś dali to mieszkał Klops, jego żona to była taka kciwa, ze sie pracom zamarnowała, bo sobie do pracy nikogo nająć nie chcieli i też jego synek to sie tak licho w szkole uczył i też był troche głuchy. I zaś dali to mieszkał Gulc, ten miał takie paradne córki, ze gdy szły, to by wnet ziemi nie tykały. A ten Gulc to gdy bydło pognał na pole, to zawdy wzion książke od nabożeństwa i śpiwał godzinki. I zaś dali to mieszkał Juśkowiak. Był to syn ty, co już zem o ni pisał, ze ona umie choroby zazegnać i miał on też jednego syna, który rozum pozbył. On był u swoi siostry na weselu i gdy po weselu na powrót do Westfalii powrócił, to przez kilka dni mu sie rozum popsuł i już go do dnia dzisiejszego nie uzyskał. I zaś dali to mieszkał Domachowski, był to inwalida wojskowy, on kiedy służył przy wojsku aktywnem to przy turnowaniu tak nieszczęśliwie spad z drąga, ze sobie kości połamał i potem był z wojska puszczony i pobierał dwadzieścia talarów miesięcznie. Ali i on sie też ze swoją zoną nie móg zgodzić i ją kurwom wyzywał, i nie raz to za niom swojemi szczudłami ciepał, bo on jeno o szczudłach chodził. I zaś dali to mieszkał inny Kubera, on nie miał szczęścia z dziećmi, bo co jeno sie jedno urodziło to zaraz umarło. I po niego to też już raz przysed zandarm, bo on pobił tak mocno swego parobka, ze go wzini do domu chorych na Piaski i dłuższy czas ten chłopiec leżał w domu chorych aż sie nie wyleczył. I zaś dali to mieszkał sołtys Stachowiak i on to miał wielkie utrapienie ze swoimi synkami, bo go słuchać nie chcieli i sie prowadzali z biednemi dziewczynami, a to sie temu ojcu nie widziało. I zaś dali to też mieszkał Andrzejewski, był to dobry gospodarz. I raz to mu sie nieszczęście zdarzyło, bo mu jego krowa rogiem oko wybiła i też coś pensji na to oko pobiera. I on też miał takiego małego synka, ze już do stawki chodził, a jeno był meter dwadzieścia centymetrów wielki. I też miał dwie córki urodne. I dali to mieszkał Lera, o którem na innym miejscu będę opisywał. I potem był tworzymirski dwór. I u tego pana w zamku to w sklepie też mieskała właścicielka naszego pomieszkania, bo tam było gadane, ze ten Jaśnie Wielmożny Pan Stablewski miał wine, ze jej mąż życie pozbył, to go sąd tak osądził, ze musiał ty wdowie utrzymanie do śmierci dać. I też tam mieszkał ten rządca dominjalny. A na drugi stronie to mieszkała Juśkowiaczka, o niej mówili brandenburska pera, bo ona z Niemców była rodem. I zaś dali mieszkała Cierzniacka co o ni na innem miejscu będę pisał, i oni też mieli kilka uli pszczół. I zaś dali to mieszkał Kustos, co on też na te cegielnie jeździł gdzie mój ojciec i tak samo Konopski. I zaś dali to mieszkał stary weteraner Mikołaj, co robił wojny w roku 1866 i 1871, to też miał on wielki honor. I gdy już sie o wiency pensji starał, bo to mu sie w uszy coś porobiło i nie mógł słyszeć, to mu na sądzie powiedzieli, ze „daj” to nie słyszy, ale „na” to może słyszeć. I zaś dali to mieszkał polowy Jaśnie Wielmożnego Pana Stablewskiego, Markowiak. Gdy na wieczór sed na stanowisko, to go jego zona zawdy przezegnała, aby mu sie nic nie stało. I koło niego to mieskała Pogińska i o niej było gadane, ze ona ze swoim mężem jeno od śniadania aż do podwieczorku do kupy mieszkała. A o jej synie to na innem miejscu będe pisał. Byli to przez wyjątku właściciele własny posiadłości, tylko moi rodzice i ta nazwana brandenburska pera nie mieli własności.

I ci parobcy Jaśnie Wielmożnego Pana Stablewskiego to też mieskali w tych czworakach. Miał on do pracy szesnaście familijów, co u niego mieskali i ci też ze wsi tam do pracy do niego chodzili. Ten stelmach to grał na dudach, owczarza Tomek na skrzypcach i tam sie też często wiejska muzyka odprawiała… Ale tego tam syna Jaśnie Wielmożnego Pana Stablewskiego to ta wioska nie miała za honorowego, bo gdy sie zyniła córka jednego pracobiorcy, to tam był też taki obyczaj, ze swego chlebodawcę na czepiec zawdy to młode państwo prosiło. I też tam tego młodego dziedzica zaprosili i na czepiec kiedy zbierali to ten młody dziedzic też coś pieniędzy na talerz włożył i już na drugi dzień to posłał włodarza, aby te pieniądze ta młoda para mu nazad oddała co na ten czepiec dał i to sie po cały wiosce i nawet po cały parafii rozniesło, to już go wielkie i małe nie mieli za honorowego pana …

A u naszego sąsiada Pachury to też tam wyprawiali wesele. I ta dziewcyna co tam u nich do pasienia bydła słuzyła to mocno zachorowała, to ją jej rodzice wzini ze służby do domu rodzinnego i ja zem tam był chwilowo na jej miejscu. I kiedy sie ta córka tego Pachury zyniła za westfalaka (i tam to wesele też było wielkie i dudy grały, skrzypce, parobki na koniach jechali do kościoła) i kiedy już byli we wielki zabawie to też sie przyblizyła kolacyja i przy ty kolacyji to sie tam wielkie nieszczęście stało, bo ten ojciec ty młody panny, to byłby sie wnet udławił. Kiedy jedli mięso, to jemu też sie dostał gnat do gardła i już to zaraz było powiedziane, ze to jest zaczarowane, bo tam w ty wiosce to mówili na włodarke starą, ze ona umie oczarować i ją też mieli widzieć, ze ona te droge tam przechodziła i tam na to podwórko wejzała, więc zaraz na niom mieli podejzenie i też na nią wyzywali wszyscy. I to jedna kobieta z tych gości tam też chciała te czary z gardzieli wygnać i kazała święcony wody i kredy poszukać i temi ceremonijami chciała te czary wygonić, ale to jej sie nie udało. To jedna też z tych gości chciała jeszcze to lepi wiedzieć i kazała sierpa poszukać, ale oni tam sierpa nie mieli, to mnie posłali do moi matki po ten sierp i ja zem sie pośpieszuł, aby jak najprędzej z tym sierpem powrócić. I już ten sierp włozyli w ogień i zagrzali i zaczyna ta niewiasta żegnać, ale i ta metoda nic nie pomogła to nie było innego ratunku jeno do lekarza sie udać i zaprzęgli konie i sie udali do Dolska do tego tam zamieszkałego lekarza i on dopiero swojemi narzędziami ten gnat mu z gardła wycięgnoł. I kiedy już z powrotem przyjechali to sie Pachura mógł dali na weselu ucieszyć. I po ukończeniu tego wesela to zem też jesce kilka dni tam to bydło pasał, aż ta dziewczyna na powrót powróciła.

A ta włodarka to też już małych dzieci nie miała. Jej mąż to był na łaskawem chlebie, bo ręki pozbył, to mu dali taki łaskawy chleb na tym dworze, a jego synowie to sie udały o Westfalji, bo nie chciały za taki ladajski grosz u Jaśnie Wielmożnego Pana Stablewskiego pracować. I ja to zem też ty włodarce był do jej potrzeby, kilka razy to mnie posłała do Kunowa po wódke i po inne rzeczy i mi też dała zawdy kawałek chleba i sera. I to my byli tak nauczoni, aby ten chleb najprzód przeżegnać i kiedy zem go od ty włodarki przyniós to zem go zawdy przezegnał i tak samo brat młodszy. I ty mały siostrze to zem wzion jej rączke do moi i zem też przejrzał ten chleb zeli czarów na niem nima, potem zem tą rączką ty mały siostry przezegnał i też my ten chleb jedli i my sie czarów nie bali, gdy ten chleb był przezegnany. I nawet moja matka ten chleb zegnała niż go zaczyna jeść …

I już zem chodził drugi rok do szkoły, ale zem jeszcze książki nie miał, bo moje proszenie sie matce o te pięćdziesiąt fenigów to było podaremne.  I tak szło tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu i nawet rok po roku. I nauczyciel to mówił, ze mam mówić, ze mi matka ma książkę kupić albo pięćdziesiąt fenigów przynieść, to on mi książke kupi, bo znowu zostane siedzieć. I to zem matke napastował, ale gdy matce zadość było to zem po głowie dostał i ze na książke pieniędzy nima. To zem też memu panu nauczycielowi powiedział, to on mówił, ze znowu do trzeci klasy nie bede przesadzony. Mnie sie płacz zebrał i na tem sie skończyło, więc zem zawdy czytał na rozkaz pana nauczyciela z moim sąsiadem Łukaszewskim i ten też mnie od siebie odpychał, ze sobie mam książke kupić. A kiedy nam co nauczyciel zadał, to ja zem sie nauczyć nie miał na czem, to zem zawdy musiał odpokutować i trzcinka mnie za to karała. To nie było dnia zeby ja bicia nie dostał od pana Sauera. I stało sie, ze razu jednego to skupowały handlarze gęsi po wioskach i też na naszych Tworzymirkach i kiedy dość ich naskupowali, to nam mówili, ze ich im mamy pomóc zagnać do Gostynia na kolij. I ja i kilka innych, to zem mu te gęsi pomógł zagnać do Gostynia i kiedy my też je koło dworca zagnali, to on posedł wagon zamówić, a my na te gęsi uważali, aby się z kupy nie porozlatywały. I kiedy ta lokomotywa ten wagon przyprowadziła i my te gęsi do tego wagonu powganiali i ten wagon został zamknięty, to już nam ten pan po czterdzieści fenigów dawał. I gdy ja zem na kolejke przysed to zem go poprosił,aby mi jesce dziesięć fenigów dał, bo sobie chętnie kupię książke do czytania, bo jesce zadny nie mam. I on mnie sie pytał jak już dawno do szkoły chodze. Ja mówię, ze już trzeci rok i on mówi: I to jesce ksiązki nie masz? I te moje kolegi mówiły, ze nie, i to mi też dał te dziesięć fenigów jesce i ja mu za to podziękował i poszlimy do drukarni i kupiłem sobie książke. Te moje kolegi to sobie kupiły gryske i za trojaka kiełbasy, ale ja to zem już był kontenty tą moją książką. I kiedy zem przysed do domu to już mi brat i siostra naprzeciwko wyszli, aby im ty obiecany gryski z Gostynia przyniesiony dać, ale ja zem ich nie mógł ukontentować, bo zem nie miał za co gryski kupić. I gdy na wieczór matka z pańskiego powróciła, to już jej to ten młodszy brat opowiadał, ze ja zem sobie książke kupił i zem musiał te książke matce pokazać, to zem dostał od matki tą książką kilka razy po głowie, ze przez jej wiedzy zem sobie książke kupił i nawet mi te książke chciała do ognia wrzucić, ale tego jednak nie popełniła i mi jej do ognia nie ciepła i ja to zem był tak rad ty książce jak Bóg dobry duszy. I już zem sie tego samego dnia tak pilnie zaczon ćwiczyć, zebym wnet ani do łóżka nie miał czasu iść i tak zem sie też ćwiczył, aby mego pana nauczyciela ukontentować. I tak samo jeszcze w szkole niż pan nauczyciel przysed to zem sie ćwiczył. I kiedy nauczyciel wszedł do szkoły to i my mówili po niemiecku pochwalony i on nam odpowiedział, to my wnet zmówili „Vater Unser” i też my mieli te pierwszą godzine rachunki, a zaś potem czytanie i ja to już zem nie mógł dogrzać aż na kolejke przyde i gdy zem ja zaczon czytać to ten pan nauczyciel wstał z miejsca i sie zaraz zadziwiuł, ze ja to czytam i zem musiał mu te nową książke pokazać. Potem mnie sie pytał skąd zem te pięćdziesiąt fenigów dostał i ja zem mu sie tłumaczył jak jeno móg. I już mi na drugi rok przyobiecał, ze jak bede sie pilnie uczył, to zostane do trzeciego oddziału przesadzony. I w naszy szkole to my też mieli dwóch protestantów, nazywali oni sie Niczke i oni to sie tak pilnie uczyli w szkole, ze z nas najlepi umieli czytać i pisać i inne zadania i oni to też trzy razy w tygodniu szli do protestancki szkoły do Bilewa. I już po kilku tygodniach to zem został przesadzony przez pana nauczyciela bardzi na przodek i to już zem jesce sie bardzi ćwiczył, bo zem też nieraz został od pana nauczyciela pochwalony. I to ta książka to miała wine, ze ja zem miał zawdy tyle bicia pobierać. I już nieraz to sie moja matka uznała na mnie ze ja zem był kochanem dzieckiem niż zem ty zapamiętały książki nie miał, ale teraz to bym sie jeno z tą książką bawił, a do czego innego, to mnie nie może matka użgać …

Tak samo jak zem ty włodarce tak i sołtysowi zem był posłuszny i mi matka nakazała, że gdy mi co rozkażom to mam zrobić. I razu jednego to też już sie miało na zime i mnie sołtys posłał do Kunowa, ze mam list zanieść na poczte i do listownika rzucić, bo w naszy wiosce to nie było listownika do listów wrzucania … A kiedy zem sed z tego Kunowa to sie tam też Konopski z Cierzniackom umawiali i to ta Cierzniacka to takom miała wielkom gębe, ze ją na cały wiosce było słychać. I ten jej przeciwnik Konopski to jej zazucał, ze jej świnia to mu w kopcu dziurę wyryła, jak nie da na te świnie baczności, to ją pod sąd da i sobie tego nie da spodobać, aby przez ich świnie miał krzywde. A ona mówi, ze to nie żadna krzywda, a on na to jej mówi: Nie jest to krzywda jak mi świnia w kopcu wyryła dziure. A ona sie do niego plecami obróciła, swoje suknie i koszule ciepła na plecy i mówiła: Dzie mas dziure, dzie mas dziure, tu mas dziure. I za to Konopski podał ją pod sąd, ze na niego ona gołom dupe wypiena. A po kilku dniach to zem dostał list, ze mam być za świadka, bo mnie Konopski podał i kiedy matka ten list dała przeczytać, to tam stało, ze ja mam sie wstawić do komisarza i ze mnom to ma przyjść jeden z rodziców albo opiekun.

I już zem tego czasu nie móg doczekać aż się tam do tego pana komisarza przedstawie. I gdy te dnie upłynyły to my posli do tego Dolska, gdzie my mieli mieć te wysłuchy. I kiedy my tam zasli, to my byli do tego biura po kolei wpuszczani. I kiedy ja tam z tą moją matką zased to my mówili dzień dobry i tam siedział jeden pan, ale on nic nie gadał i zaś drugi pan to sie pytał jak sie nazywamy i zeli mamy te zaproszenia. Po pokazaniu tych zaproszeń to sie spytał matki, czy to jest wasz syn, matka mówi że tak, i potem mi sie pytał,  czy ja zem to widział, ze sie ta pani Cierzniacka z panem Konopskim umawiała. A ja mówię, ze Konopski jeno na cegielni we świecie robi i zaden pan nie jest jeno robotnik, a Cierzniacka to jest jeno gospodyni nie żadna pani. A ten pan mówił do moi matki, ze już mnie mogła tyle nauczyć, ze każdy jest panem swego kawałka chleba. I potem mówi do mnie, ze ja mam każdemu pan mówić, czy on jest w półkoszulku, czy w zagiętych rękawach. Rozumiałeś? Tak, ja mu odpowiadam. I potem mi sie pyta, kiedy to było jak oni sie umawiali. A ja mówie ze we wtorek. A o który godzinie? Ja nie wiem – zem mu odpowiedział, bo my zegara nie mamy. A on mówi: Zygara nie macie? No, nie. A moja matka mówi, ze jest u sporządzenia. A mnie to zaraz tak zdziwiło, ze moja matka tego pana ocygania, a to jest wielki grzech, więc zem miał strach, ze matka za to do piekła pójdzie, ze tego pana ocyganiła. I potem sie ten pan pytał, zeli to na połednie było albo na wieczór. A ja mówie jak zem sed z poczty, to prawie okomon wyganiał z czworaków dziewczyny, to mogła być może druga. I potem moja matka musiała wyjść z tego biura i on mi sie pytał jak oni sie kłócili. I ja mu to powiadam, ze Konopski jej mówi, ze ma na świnie dać baczność, bo ją poda pod sąd. I ona zaraz mówiła tak głośno, ze on jest głupi, że mu świnia żadny krzywdy nie zrobiła. A on mówi, czy to nie jest krzywda jak świnia dziure w kopcu zrobi? A ona podniesła suknie do góry i koszule i mówiła do niego: Dzie masz dziure, dzie masz dziure, tu masz dziure i sie plecami do niego obrócila i potem to znowu suknie na dół spuściła i mówiła: Mozes mnie w dupe pocałować – i sła sobie dali. I więcy nie wies? – No, nie. A on mówi: To ześ gołe ciało widział? No tak, ja mu odpowiedział. A on mówi: A nie miała ona gatków wetkanych? Ja mówie: Nie, przecież kobiety gatków nie noszą, jeno chłopy. I potem to wszystko podpisał i duzy papir wzion i to nam przeczytał. To ja i matka my mieli podpisać, ale matka mówi: Niech chłopiec podpisze, ja pisać nie umiem, to matka musiała krzyżyki robić. I potem sie matki pytał, czy my tu piechty przyszli, czy formankom, zeli ma więcy dzieci itd. Potem mówi, ze to wynagrodzenie za zmude dostanie przez poczte przesłane. I to my byli zwolnieni i my mogli sobie iść. I potem ten Konopski i jesce jedna dziewczyna była tam przesłuchana i tedy my razem szli do domu, a kiedy my na drodze byli to mi matka dała piętnaście fenigów i zem też posed po trzy gryski. I po drodze to my sie tak mondrowali i na mnie to matka hałasowała, ze zem jest taki głupi, ze swój dom ganie ze zygara nie mamy, a ja mówiłem, to zeście mnie mogli nauczyć co mam tam powiedzieć nie teraz na mnie wyzywać. I tak samo ci drudzy mówili, ze sie nie mam dać na sie wyzywać.

I już na drugi dzień to sie mnie kolegi pytały co mi sie tam ten komisarz pytał. Ja zem im to powiedział. I też już to dla mnie było wszystko załatwione i do Śremu to zem nie posed na termin, tam sie przeze mnie obyli …

I już to było jesce bardzi ku zimie, to ten już wymieniany Selma to miał tak dość owocu, ze świniami pas, a na polu to miał takie wielkie lezałki, ze same z drzewa spadały i sie o nie nikt nie troszczuł. I razu jednego to przysed ten mój kolega do mnie Andrzyj Kosowski i my pobrali małe mieszki i posli na te lezałki, a onych tam tak dość lezało, ze jeno my je mogli do miecha nagarnąć i już my ich tam tyle nabrali, co my mogli unieść. Ten Markowski to musiał widzieć, bo sie skrył pod mostkiem i gdy my tam przechodzili , to wyskoczył z tego podmostku i nas złapał tak niespodzianie, ze my nie widzieli, co sie z nami stało. I tak nas na ty drodze zbiuł obóch, ze my o swoi mocy nie mogli już do domu zajść i dopiero nasze matki po nas przyszły i nas z tego tam rowu wycięgły i nas do domu przyniesły i to zem czternaście dni nie móg iść do szkoły. I matce to kazali iść zameldować do lekarza, ze może mam zebra połamane, ale ten nasz zabójca to przysed do matki i do ty Kosowskiej i nam nosił mleko i masło i sie matce prosił, aby do lekarza nie szła. I to tak też wszystko ucichło. W szkole to zem był odmeldowany ze zem jest chory i na tem sie skończyło. Ale moja wina nie była, zem tam tak ciężko zbity został jeno wina moi sąsiadki Kosowski i moi własny matki. I onego to też Pan Bóg skarał, chociaż sie w kościele tak zawdy modluł i godzinki śpiewał, bo mu sie jego córki pokurwiły, to też każdy mówił, ze czyje to by karał, a swoich to nie umie wychować po katolicku.

I po tem gdy zem wyzdrowiał, to zem znowu do szkoły zaczon chodzić, to mnie zaraz na pierwszy dzień nauczyciel odesłał do dom, ze mam przynieść poświadczenie, ze moge dali iść do szkoły i ze już zem jest zdrów, ale to coś tam pochahulili i ten gospodarz co mnie zbił sie jakoś postarał i zem móg dali iść do szkoły, przed lekarzem zem nie był. I to zem świadectwa nie potrzebował, było tam gadane. I to co zem zezmudził w szkole to zem też nadgonił i już na nowy rok szkolny tozem został przesadzony do trzeciego oddziału. I tam zem chodził do polskiego nauczyciela i tam zem sie bardzo dobrze uczył, tak ze mnie już około pół lata ten nauczyciel na przodek przesadził …

I ten nasz sąsiad Kubera to też wybudował koło ty naszy chatki jeszcze jedne chate dla siostry zony jego. I gdy ta chatka już była wykończona to tam przyjechała ta familia z głównego miasta Westfalji, Dortmundu. I też przywieźli kilka dzieci ze sobom: Macieja, Aleksa, Froncka, Marynke i Antonije. I te dzieci nic nie umiały po polsku, ale czytać i pisać po niemiecku to bardzo dobrze umieli. I też kiedy zaczyni do szkoły chodzić to zawdy po niemiecki modzie najprzód sie najedli, a potem rozłozyli ksiązki i robili prace szkolnom. I ja zem też sie od nich tak nauczył, ze też zem uznał te prace szkolnom za mój obowiązek, tak jak oni te prace robili, a gdy mi matka nie dała czasu na to, to ta Nowacka zaraz na moje matke łajała. I moja matka, to już się zaraz nie dała namówić i mówiła: On już nazwisko potrafi napisać, to onemu wystarczy, ale Nowacka to jej tyle nagadała, ze mi tyle czasu dała, ze sem sie też móg z jej dziećmi do kupy uczyć. I te ich dzieci to miały takom kupe książek, a ja zaledwie jedne i to zem na nią jesce tak długo musiał czekać. I tak zem sie od nich nauczył, ze zem sie też tak starał, zeby zem tak wszystko umiał i niejedno to już i więcy zem sie musiał uczyć od nich. I tak ta Nowacka też już na te swoje dzieci łajala, ze mają po polsku między sobom gadać. I to ja zem już miarkował, ze czym więcy zem sie ćwiczył, tem mi lekci szło i już na królewskie urodziny to zem miał zadany jeden wiersz na uczczenie cesarza. I czem mi sie pan nauczyciel więcy pytał, tem mnie więcy cieszyło. I już na przyszły rok szkolny to zem był do drugiego oddziału przesadzony i zem chodził z tymi wielkimi do szkoły. I to zem znowu przesed do niemieckiego pana nauczyciela Sauera.

I tymczasem to mój ojciec znowu do domu przyjechał, ale ja zem już dość respektu przed ojcem nie miał, bo on o nas takie długie lata zapomniał. I znowu pracował w domu i matka to już mu we świat nie dała jachać. I ja zem sie też przed ojcem uzalał, zem przeszło dwa lata nie miał książki do szkoły, i ze zem trzy lata do jednego oddziału chodził, ze zem był tak bity, ale i mój ojciec to też sobie z tego nic nie robił, czy dzieci będom co umieć, czy nie, to mu było jedno.

I w tym drugim oddziale to my sie musieli uczyć geografji, a to mnie bardzo cieszyło. Gdy nasz pan nauczyciel mape na tablicy powiesiuł to zem był bardzo rad, bo mój kolega to już mnie wszystkiego naprzód nauczył. I te wszystkie prowincyje to zem z głowy mówił tak jak pacierz, te królestwa i księstwa. I na mapie to znałem kazdom kropke i kreske, koleje i szosy, bo mnie już mój kolega te wszystkie zadania naprzód pozadawał. I on był tak mondry, ze on te same pytania już naprzód wiedział, jakie nam pan nauczyciel będzie zadawał. To najpierwsze pytanie to było: Coś ty jest? Odpowiedź była: Ja zem jest Niemiec – We który sie ty prowincyji znajdujesz? – Poznański – Gdzie ta prowincja należy? Do królestwa pruskiego i tak dali. I raz mi też kazał nasz pan nauczyciel te prowincyje za kupom mówić i to zem je tak ładnie móg mówić jedna za drugom, jeno Schleswig-Holstein zem troche niewyraźnie wymówił. I to zem dostał od pana nauczyciela pochwałe. To mnie bardo cieszyło, jakby mnie na sto koni kto wsadził.

I gdy to przeszłe lato ojciec w domu pracował, to ja zem miał wiency czasu, móg zem sie lepi nauczyć, i gdy zem sie jedno nauczył to mi mój kolega Maciek znowu inne zadania nadał i te zem sie musiał z głowy nauczyć. I kiedy drudzy koledzy szli do szkoły to mnie jeno nazywali przechlebca i mówili, ze sie tak ucze, aby sie panu nauczycielowi przechlibić i ze mnom ani gadać nie chcieli. I już sie i nawet starsi ze mnie wyśmiewali, ze zem jest przechlebek nauczyciela, ze mnie od ziemi nie znać, a już z tymi wielkimi razem do szkoły ide. I nawet uzalenie nadeszło, ze ten co jeno kozy pasie i ludzi okroda, to jest przesadzony do tych wielkich, a ci co są potrzebni do pasienia to idom z tymi małymi. I tak samo gdyby mi pan nauczyciel napisał na zeszycie 2 to zem sie tak trapił, zebym już nie wiedział, co sobie mam za to zrobić. I to też sie i nawet moi matce nie widziało, ze ja sie tyle w te książke zapatruje bo mówiła nie raz, ze ja sie tak w te książke zapatruje, jak wół na nowe wrota, a Kuberzyna to mówiła nawet, ze ja zem w te książke tak uwierzuł, jak zydy w cielca. Ale ja zem sobie z tego nic nie robił, mnie jeno to cieszyło, gdy zem móg pana nauczyciela ukontentować i już mnie to najbardzi cieszyło …

I razu jednego to przysed posłaniec do nas i przyniós nam kwit, ze matka ma talara zapłacić albo iść do komórki i dzień odsiedzieć, bo były na szczebliku na ziemniakach na gruncie Jaśnie Wielmożnego Pana Budziszewskiego i ich ten sam dziedzic trafił i je do komisarza zameldował i ten je tam osądził, ze po talarze mają zapłacić albo odsiedzieć. Więc te wszystkie pozapłacały, jeno moja matka i ta Kosowska, co ten jej synek tak był zbity, jak i ja, to posły ten dzień odsiedzieć. I ten komisarz to był dość rozumny, to nie siedziały tam całe dwadzieścia cztery godziny, jeno sie trochę ściemniało to już im kazał iść do domu. I ja to zem też miał strach o matke, bo tam gadali, ze tam tak licho jeść im dajom. I to my mieli wielkom ucieche za matką, ze już się powróciła napowrót.

I znowu długo nietrwało, to też do nas przynieśli listy do domu, aby sie dać zabezpieczyć. I to też tam na ty wiosce sie zrobił taki wielki ogłos. Tam w tym liście to było pisane po niemiecku, ze kto nie odpisze, to jest do zapisania gotowy. I to mnie znowu matka posłała aż do Dolska, aby sie spytać, czy jest obowiązek matki na ten list im odpisać. I gdy zem tam na to przeznaczone miejsce posed sie spytać, to moja sama ciotka wziena ten list i sie posła do swego pracodawcy spytać czy matka jest obowiązana te odpowiedź na ten list odesłać. Wienc mi było powiedziane, ze gdy ten agent do nas przyjdzie to go matka ma mietłom z izby wygonić. I tyle latania sobie te ludzie narobili. Dopiero gdy ja zem do domu przysed to zem im te wiadomość przyniós, ze nie są obowiązani zadnej odpowiedzi na ten list odsyłać. Wienc sie na ty wsi tak wszystko na kupe pozlatywało, gdyby już sie niewiada co stało i jeden to inaczy czytał, jak ten drugi, a zrozumieć to tego nikt nie był w stanie.

I jako zem już napisał, ze zem został do drugiego oddziału przesadzony to zem latem sed z tymi większymi do szkoły i to zawdy w połednie od jedenasty i pół aż do drugi i pół, to było tak naszykowane, ze te większe dzieci mogą bydło paść rano i po obiedzie. I to szczęście też mnie nie minęło, iż jednego dnia to przysed ten już raz wymieniany Klops i mówił do moi matki: Wies ty Jagna co, ten twój Kuba to już chodzi z tymi wielkimi do szkoły, a te moje psiejuchy to nie będą przesadzone, ten mój Marcin to już ma wnet ze szkoły wyjść, a jeszcze chodzi z tymi małemi i ty to możesz mi twojego Kube przysłać do nas rano do pasienia bydła, ja ci to nie chce za darmo. I matka to mówiła ze ja zem jest za słaby, aby cztery krowy na powrozach trzymać, ale on tyle mojej matce doradziuł, ze mi moja matka kazała to bydło iść do niego paść. I już na drogi dzień to był poniedziałek, to już mnie matka o piąty zawołała i zem sie umył, pacierz zmówił i zem wzion swoją szkolną torbe konopnianom z moją książką, tablicom, piórnikiem i atramentem i sed do tego Klopsa do pasienia jego bydła.

I kiedy rano zem tam posed to już mi śniadanie tam było uszykowane, była filiżanka kawy i kawałek chleba z gzikiem, i ten chleb to nie był tak gruby  jak nasz w domu rodzinnym. I ja bym tego chleba trzy razy tyle zjad, co oni mi go tam dali, bo zem tej skibki połowe zjad, a drugom połowe to zem sobie zostawił na drugie śniadanie. To zem zawdy z tą skibkom chleba musiał wystarczyć aż do obiadu, bo ja zem zaraz z pola od bydła sed do szkoły, bo kiedy Klopsa Marcin ze szkoły wysed to też zaraz przysed do domu i tornister zrzucił, wzion ze sobom chleba i ja zem został przez niego zminięty. To zem sie też musiał pospieszyć, aby zem do szkoły zdążył, bo ja zem nigdy za późno do szkoły nie przysed. I kiedy zem ze szkoły powrócił, to zem też zaraz do matki mówił, ze tego chleba to ja mam za mało od rana aż do drugi godziny po obiedzie. To mi matka na drugi dzień naszego żarniaka ukrajała i zem ze sobą go wzion i to zem też potem tyle głodu nie miał, jak zem z domu sobie go wzion.

I kiedy zem do domu przysed, to zem obiad zjad, co matka ugotowała i włożyła pod pierzyne żeby nie ostygnoł i to ja zem sie najad. I też musze nadmienić, ze zem jeno do połednia to bydło pasał, a po połedniu to pasły jego dzieci. I kiedy zem sie najad, to zem sie zabrał, wzion sierp i koszyk i posed trawy szukać po miedzach, granicach, rowkach i gdzie mi sie udało i też zem sie musiał mieć na ostrożności, aby mnie nikt nie uchwycił, bo zem też zaraz bicie dostał, i kiedy zem przysed do domu, to mi matka jeszcze poprawiła, ze zem sie dał złapać i kozów to już zem nie potrzebował paść, bo to mój młodszy brat musiał kozy paść. I kiedy zem z trawom powrócił to zem zjad żarniaka, popił wody świeży ze studni i potem zem sie ćwiczuł nad zadanom szkolnom pracą, a kiedy zem czego nie wiedział to zem posed do mego przyjaciela Maćka, który też już był do bydła pasienia urządzony na pole i tam zem sobie kazał niejedno poprawić, bo on tele więcy umiał ja ja, bo on to po niemiecku bardzo dobrze móg. A ja na papierze to zem bardzo licho móg pisać, bo zem miał te zeszyty trzy i zawdy my pisali jeno po dwa razy w tygodniu na zeszycie, a w domu to zem sie na papierze pisać nie ćwiczył, bo papier był za drogi, bo jeden zeszyt kosztował dziesięć fenigów, a moi matce już było za wiele, gdy zem miał kupić sobie zeszyt com w szkole na nim pisał …

A mój kolega Maciek to był do bydła pasienia urządzony do tego już wymienionego Kubery i tam też u niego to bydło pasał. I razu jednego to wyrwała krowa krzaczek ziemniaków i to prawie sed jego chlebodawca z widełkami do siana rozrzucania i gdy to zobaczuł, to zaraz zaczon kląć na tego Maćka i mówił: Ty psiakrew, ja cie zaraz temi widełkami przebije, i leciał na tego Maćka Nowakowego z temi widełkami, jakby go chciał przebić. I ten Maciek sie tak zaląk, ze zaraz po mały chwilce dostał wielkom chorobe i ta choroba to go tak mocno ciepała, ze aż sie od ziemi do góry dźwigał. I ta ciężka choroba to mu sie tak ciężka zrobiła, ze już mu ani jeść nie smakowało i też sie coraz lichszy robiuł i też zanieśli do do księdza na Mszę św., aby mu się to  przemieniło, ale i to mu nie pomogło i to już wnet jeno ledwie zył, tak go ta ciężka choroba zniszczyła. I też innemi metodami go zaczyni leczyć, ale i to mu nic nie pomogło. I im to szło cokolwiek lepi jak nam w doma, bo ich ojciec to cokolwiek  lepi o nich dbał, jak nasz ojciec o nas…

Też razu jednego przysed do nas powiatowy inspektor szkolny i po przywitaniu go przez mówienie Guten Tag i kiedy nas pan nauczyciel zameldował, to sie na nas popatrzył i mnie sie też spytał, czy ja zem jest chory. A ja mu głośno i wyraźnie odpowiedział: „Nie, panie powiatowy inspektorze”. A on mówi, ze tak blado wyglądam. A nasz pan nauczyciel to mnie przed nim pochwalił, ze zem jest tüchtige Junge. I ten pan inspektor to mi zaraz sie kilka pytaniów zapytał z geografji i zem mu sie na wszystko zmóg odpowiedzieć, tak ze i jego zem też ukontentował, co mnie dał pochwałe i mówił: „Schön mein Sohn”. I to mnie bardzo cieszyło, ze mnie mój pan nauczyciel przed nim tak pochwalił, a gdy mnie kto pochwalił to zem miał wiency radości jakby mi kto cokolwiek dał …

Nadeszły też nasze szkolne ferie to zem do szkoły nie potrzebował chodzić i bydła paść, to zem chodził na kłosy zbierać. Szli my na tworzmirskie Jaśnie Wielmożnego Pana Stablewskiego i Jaśnie Wielmożnego Pana Budziszewskiego na małachowskie i gajewskie i na kunowskie Jaśnie Wielmożnego Pana Preibisza i dość razy na dalabuskie, tam był pan niemiecki i już jego nazwisko mi sie nie może też więcy wspomnąć. I tak samo na szczodrochowskiem był pan niemiecki i tez nazwiska nie mogę dzisiaj wiedzieć. To my od rana szli dzień za dniem na kłosy. I tam gdzie już było pozagrabiane to nam było pozwolone zbierać, ale my sie tem nie kontentowali, jeno my szli dali aż my mogli tych kłosów z mendeli nawyciągać. I to nam sie też po większy części udało, tyle ze my kilka razy na dzień do domu kłosów mogli przynieść. I nas tam więcy chłopców na te zbironke chodziło i tak zem ja i inni mieli nakazane, że my próżno do dom nie mieli przyjść. I tak zem sie starał, aby my zimom mieli co jeść, bo my też nie mieli za co kupić, jeno tyle co my musieli nazbierać, coby my mieli na chleb. I tak, zem też sie musiał starać, aby mnie nikt nie uchwycił, bo kiedy do matki jakiekolwiek uzalenie nadeszło, to zem zaraz przy oczach tego, co na mnie sie uzala, bicie dostał, ale nie rękom, jeno powrozem z konopi. I tak sie też to często zdarzało, ze uzalenie nadeszło. I największe bicie zem tez dostał razu jednego, kiedy my poszli na małachowską pszenicę i ten włodarz, co tam ty pszenicy pilnował, to sie skrył w mendel i kiedy i my już garstków nawyciągali, to my je sobie naszym powrozem powiązali i w te samom chwilke to ten włodarz wyskoczył z tego mendla. I my to spostrzegli i sie udali w zajęczą broń i z nas żadnego nie mógł uchwycić, ale te powrozy nam poodwiązywał i ze sobą wzion, winc my sie też bali próżno do dom przyść, to my czekali aż do nocy, aż nam sie udało cokolwiek do domu przynieść, aby matke ukontentować. I kiedy zem o ciemku z tą pszenica do domu przysed, to zem też moi matce opowiedział co nam sie zdarzyło, ale temu moja matka wiary nie dała i zem swoje bicie otrzymał, ze zem też sobie dał ten nowy powróz wziąć …

I nadsed ten oczekiwany odpust świętego Wawrzyńca. I kiedy moja matka sie na ten odpust wybierała, to zem musiał iść dzień przedtem do Dolska i kupić świczków na ofiarę dla świętego Wawrzyńca. I ja zem sie matki prosił, ze mi ma dać lepi te sześćdziesiąt fenigów na zeszyty, bo już mi sie kończom i mówiłem, ze tutaj jesce jest tyle gospodarzy i końmi na odpust jeżdżom, a świczków nie kupują, a my co tu na ty wiosce są najbiedniejsi to kupujemy świczki na ofiarę. I to tak matke rozłościło, ze zem znowu bicie dostał. Był to dzień dla mnie pamiętny, świętego Wawrzyńca …

Gdy my znowu za kilka dni po naszych ferjach do szkoły powrócili to nasz pan nauczyciel nam nowom nowinę powiedział, ze nasz niemiecki cesarz Wilhelm II dał pozowoleństwo, ze ci co są w drugi klasie, to sie mogą jedne godzine w tygodniu po polsku uczyć. I ja zem też te nowine zaraz matce przyniós, ale moja matka już też dostała strachu, ze kiedy sie na to ma podpisać to będzie musiała więcy podatku zapłacić i mi nie dała tego nazwiska napisać i sie też sąsiadów poradziła, ale oni byli tego samego zdania i znowu zem miał wielki kłopot, ze mi matka nie dała ty karteczki napisać. Ale zem też sie poradził mego kolegi i on mi mówi: Nasza matka sie też boi tego podatku, ale ja już zem dla Antki karteczke napisał i wiesz ty co, dla ciebie też napiszemy jedne. I już u niego w domu my napisali tak: Zezwalam, ze mój syn sie może uczyć po polsku. I potem my sie dali mondrowali, czy to już wystarczy i to my uznali za wystarczające i to my jeno ojca imie i nazwisko podpisali. I już na drugi dzień to zem te karteczke oddał panu nauczycielowi i mnie do książki zapisał i też my mieli przynieść czterdzieści fenigów na książke. I ja to zem już miał tyle oszczędzone, bo kiedy zem posed Domachowskiemu po gorzołke, to on mi zawdy pięć fenigów dał za te droge, to zem je sobie tak oszczędzał, zem na szkolne rzeczy tele miał, ze zem je sam sobie móg kupić. A ta moja skarbonka to była tabakierka po nieboszczyku Wojtkowiaku, dawniejszym właścicielu tego pomieszkania i te zem miał tak zachowanom, ze nawet nikt o niej nie wiedział, jak ja tylko sam. I kiedy sie matka o tem dowiedziała, ze ja zem książke dostał, to mnie sie pytała skąd ja te pieniądze na niom wzion, to zem jej powiedział, ze zem sobie je uszparował, a to znowu jak zwykle zem po głowie dostał, ze ją oszukuję, ale na tem sie skończyło i zem sie też po polsku uczył i zem sie też dobrze uczył.

Ale niedługo, bo już na nowy rok szkolny to zem był do tej najwyższy klasy przesadzony, a w ty klasie my sie po polsku nie uczyli. I to polskie czytanie to mi tak lekko szło, ze zem też w pierwszym oddziale polski nauki był, bo my tam mieli trzy oddziały w polskiem piśmie i czytaniu. Czytali my: wiosna nadchodzi, śnieg znika, łąka sie zieleni itd. I to dla nas po większy części bardzo lekko było sie po polsku uczyć. I to z nas, co my w ty pierwszy ławce siedzieli, to jeden chciał jesce lepi umieć, jak ten drugi i jeden drugiemu  sie nie chciał naprzód dać.

            A kiedy już nadesła jesiń to ja zem znowu zaczon chodzić do szkoły rano, więc już mnie Klops nie potrzebował do pasienia bydła, to zem też chodził na szczeblik. I zem też zawdy po ziemniaki chodził, aby mieli co jeść. I razu jednego, to moja matka była też cukrówke na akord wybierać i tak zaledwie do domu przyszła to sie układła i tak jej zaczyna krew lecieć, ze my zaraz zrobili krzyk. I przyszły też tam kobiety i matce pomagały. I to matka kilka dni leżała w łóżku, a my ją tak ratowali jak my jeno mogli.

            Gdy już matka wyzdrowiała to znowu szła na szczebel  bo tamte ziemniaki to były maszyną wyradlane, to też bardzo dość tych ziemniaków tam w ty ziemi pozostajało. I to my tam szli na ten szczeblik. I znowu moja matka miała to szczęście, że ją ten Pan Wielmożny natrafił i zaraz odegnał i ją zameldował, tak ze matka musiała trzy talary zapłacić albo trzy dni iść do komórki. Więc zem sie tele musiał nauczyć, że zem musiał koze wydoić, tak, że kiedy matka te trzy dni precz będzie to ja muszę być gospodarzem. To kiedy ten czas nadesed to już sie też zrobił wielki mróz i śnieg, musiała matka iść te trzy dni odsiedzieć, a ja to zem te trzy dni był gospodarzem w domu, to zem koze doił, ziemniaki gotował, polewkę, te małom siostre zem też pasł i tak dzień za dniem, aż matka z ty komórki powróciła. Ale matka to sobie tam nie narzekała, kiedy przysła napowrót, tam jej dali prace, pierze darła i też jeść dostała i była kontenta, tam jeno mówiła, ze spać nie mogła, bo jej te dzieci wciąż w głowie siedziały. I podług przepisu to miała jeszcze jedną noc tam pozostać, ale już ją na tą ostatniom do dzieci puścili, tak że już na wieczór to do nas przybyła i my sie dali z matkom cieszyli.

            A kiedy my sie raz spać pokładli to matka jeszcze nie usneła, a ja z bratem to zem już usnoł, to już matka wołała, aby iść i ojcu otworzyć i ja to zem też zaraz wstał i posed mu drzwi otworzyć. I tak, gdy do izby wsed to zaczon zaraz wyzywać, że im sie praca nagle skończyła i zaledwie miał tyle, co nam na gryske starczyło, ale wódki to przywiózł we flaszce. I już na drugi dzień to sie z matką umawiał, bo na niego matka hałasowała, że kożuch zastawił, aby sie móg do domu dostać. I już w piątek to nasza matka wziena prosie i w Gostyniu na targu sprzedała, aby ojcu jakie ubranie kupić. I ja to zem też już miał więcy rozumu, to zem już przed ojcem nie miał tele respektu, bo on nam dość obiecał, a nigdy słowa nie dotrzymał. I też pracy w domu nie miał, to też zaczon szewskom prace robić i to też mu ludzie tyle przynieśli, że ja i ojciec to my mieli tyle pracy, że my dość razy przy ty lampce maluśki jesce pracowali. I tak my te biede gonili tydzień za tygodniem.

            I gdy zem już na zime więcy nie sed do bydła pasienia, to zem też sobie zawdy tele czasu wzion, ze zem sie też wszystkiego nauczył, co nam było zadane. I na spozimku to zem został do pierwszego oddziału przesadzony. I już pan nauczyciel mówił do mnie: I tyześ też już tu znowu przysed, i mnie przestraszył, ze gdy sie będę licho ćwiczył, to mnie znowu odeśle do drugiego oddziału. I to ja zem sie też tak ćwiczył, aby zem móg zostać w pierwszym oddziele, bo zem sie bojał, ze mi każe iść napowrót skąd zem przysed. I tam to zem też znowu musiał mieć innom książke i inne zeszyty i ja też zem miał tyle w moi skarbonce, co zem sie nikomu nie potrzebował prosić, bo też wcale bym na książke pieniędzy nie dostał, bo mój ociec to sie tyle starał, aby na gorzałke wystarczyło, ale o nas to sie mało starał. I już zem został w tym pierwszym oddziele, aż zem nie wysed ze szkoły.

            I już znowu sie zaczyna wiosna i lato, to zem tak pracował, jak przeszłego roku. I kiedy my na kłosy szli, to też szła z nami większa gromada. I my sie też tam tak mondrowali, ze niedługo trwało, to juz kiedy zem sed z Andrzejewskiego Maryniom, to ona mi powiadała, że ja dostane brata albo siostre, a ja jej sie spytał, jak ona to może wiedzieć, a ona mówi, czy zem jesce taki głupi i w to wierze, że bocian dziecko przyniesie. I ona mówi, ze to tak samo jest z człowiekiem jak ze zwierzęciem, to zem ja sie też dali dorozumiał.

            I jednego dnia to mnie też mój ojciec i matka wzieni do Dolska i mi kupili ładne ubranie, kapelusz, półkoszulek i czerwony ślipsik i pare butów i tak samo memu mniejszemu bratu. I kiedy mi rodzice te krage i ten ślipsik kupili, to tam sie znajdował w tym składzie jeden pan i zaczon na ojca wyzywać, co mi ten ojciec kupuje i mówił, że on nam ślipsiki wybierze. I tak ten pan te ślipsiki nam wyszukał i ładnom szpilke z orzełkiem i to nam ten pan zapłacił i mówił, ze mamy wciąż narodowe ślipsiki nosić. I ja zem sie cieszył, ze mam ślipsik narodowy, ale tego znaczynia to ani matka ani ojciec nie wiedział. Dopiero kiedy my przysli do dom i to nasza sąsiadka zobaczyła, to mówiła, ze to jest polski narodowy ślipsik i polski orzeł na ty szpilce i jak to niemiecki nauczyciel u mnie zobaczy, to mi go z karku zedrze, ale ja zem ten ślipsik nosił aż mi sie nie podar i mi nikt na to nie powiedział. I od tego czasu to zem zaczon regularnie do kościoła chodzić, bo zem sie móg między ludzi pokazać, to zem też był rad, ze mogę iść do kościoła zawdy z drugimi. I też zem matke nękał, aby mi kupiła do kościoła książke, ale i ta prośba była tak samo podaremna, bo mi matka mówiła, ze mam sobie uszparać, to sobie mogę sam do kościoła książke podług mego zdania kupić, takom jaka mi sie będzie podobać, ale sobie na nią mam uszparować. Więc zem też każdy fenig do mojej skarbonki włożył i nawet już zem też Pana Boga oszukał, bo kiedy zem od matki dostał fenig na ofiarę, aby go do skarbonki w kościele na ofiare dać, to zem go nie dał, jeno przyniós nazad i włożyłem go do mojej skarbonki, aby jak najprędzej na książke uszparować. I też zem dosyć czasu na te książke szparował.

            I już też nadesły żniwa, to mój ojciec chodził na małachowskie do sieczenia zboża i tam też po talarze i więcy we żniwa zarabiał. I gdy sie żniwa skończyły, to już nasza matka nam zachorowała i przywędrował nam jesce jeden brat, któremu my dali Józef na imię. I też za dwa tygodnie to były te krzciny, on został okrzczony w naszym kościele w Kunowie, jego krzesny był Karczyński i krzesna Nowacka. I już kilka dni późni, to my też już ty naszy siostry nie mieli za najlepszą jeno tego małego brata. I w domu to też nam sie cokolwiek lepi powodziło, bo ja zem też był coraz starszy i mogłem więcy na plecy wziąć i to my wnet tyle nanieśli, co my jeno tak jakkolwiek sie mogli używić. I już zawdy ojciec też był w doma, to matka też w zadnom noc nie płakała, jak w te inne noce, kiedy nam zawdy brakło tyle, ze my nie byli ani komornego zapłacić w stanie. I my też mieli więcy uciechy w domu, kiedy my byli wszyscy w kupie, ale też matka musiała bardzo dość trapić z ojcem, bo sie też zawdy z ojcem kłóciła. Kiedy w niedziele oboje przyszli z Dolska i ojciec sobie wypił gorzałki, to sie po większy części oboje umawiali i też zawdy okowity z Dolska przynieśli, to ja im ją pół na pół dobrał, bo to mnie też ojciec nauczył. I mój ojciec to cały tydzień by słowa do nikogo nie przemówił, a jak sobie jednego wypił to też za cały tydzień sie nagadał i mu nic nie brakowało, miał dobra aż pod Poznań.

            Ten Siemowski, co u niego ojciec pracował, to miał też dla swoich chłopców i dziewczyn, co u niego pracowali na torfiarni, pozwolone, aby mógł też swoim ludziom wódke sprzedawać. I razu jednego to też padał deszcz i ten pan Siemowski to umiał na skrzypcach wygrywać, więc już przysli tam do jego domu i czekali aż przestanie padać i już ten pan Siemowski zaczon na skrzypcach wygrywać i ta większa część to byli młodzi ludzie i już zaczyni tańczyć. I ten deszcz padał tak mocno i sie też jesce bardzi na niego zanosiło, ze nie było nadziei, ze już sie wypogodzi. I moja matka to sie też dowiedziała, ze ojciec tam traci pieniądze, to posłała mnie po niego, ze ma do dom przyjść. I ja miałem ten rozkaz od matki, ze zaraz mam przyjść napowrót, to zem posed i to memu ojcu powiedział, a mój ojciec mówi, ze zaraz pójdemy. I tak sed jeden kwadrans za kwadransem i moja matka tam do tego Siemowskiego przysła i zaczyna do mego ojca hałasować, ze kiedy sie chce z innemi bawić to jej móg świata nie zawiązywać. I tak w ty złości złapała ojca za kołnierz i od tego pana Siemowskiego wyciepła i to sie tak tak po ty drodze oboje też umawiali. I kiedy go matka do domu przyprowadziła to zem myślał, ze sie pozabijają, ale do tego nie przyszło. Taki obrazek to był dla nas dzieci …

            Razu jednego to się też zrobiło wielkie ogłoszenie, że Jaśnie Wielmożna Pani z Małachowa Budziszewska umarła.. I to też było coś podobnego, ze taka młoda pani tak nagle umarła. I kiedy sie ten wielki wspaniały pogrzeb odprawiał, to szła za niom wnet cała parachfia, przez wyjątku. Gdy ją do grobu wieźli to były cztery konie białe dobrane, tak jak jeden. Wóz był pożyczony z Poznania. Kiedy ta trumna była do kościoła wniesiona, to koło ty trumny tak głośno te księża odśpiewowali, ze aż sie ten mały kościółek trząs. I kiedy to ciało wieźli z kościoła na smętarz, to tak wielu księży było, ze zem w swojem życiu tele księży nie widział jesce i te księża, co ją do grobu prowadzili, to śpiwali po łacinie, to my też nic nie zrozumieli. I po odprawieniu wszystkich ceremonij, to została do sklepu wpuszczona, bo oni tam na smętarzu to mieli własne sklepy pobudowane, wszystkie panowie. I na tym pogrzebie to też sie tam tak wiele dziadów znajdowało i oni to sie tak głośno modlili, ze aż sie ten smętarz trząs, a osobliwie gdy Pan Jaśnie Wielmożny przechodził, to aż mu wnet droge zastąpili i krzyczeli: Jaśnie Wielmożna Pani Budziszewska umarła, aby jej Bóg dał niebo i tak dali i ten Jaśnie Wielmożny Pan był tak od tych dziadów obstąpiony, ze musiał im jałmużnę dać. I dopiero kiedy sie mieli podzielić ta jałmużną to ucichli i sie też zaraz poszli do gościńca tem podzielić. Ale oni to sie też tem nie kontentowali i sie bardzo uzalali, ze za mało dostali, ze jesce im nikt tak mało nie dał, jak Jaśnie Wielmożny Pan Budziszewski. I tam sie też zrobił wielki ogłos, że Jaśnie Wielmożna Pani Budziszewska, nie umarła zwyczajną śmiercią , jeno ze sie otruła i też było gadane, ze ten lekarz to jej dał na zwracanie, ale już ta trucizna sie tak mocno rozległa, ze już jej ten lekarz nie był w stanie pomóc…

            Po niedługim czasie to też mi sie przypomina, kiedy Jaśnie Wielmożny Pan Budziszewski sie po raz drugi zynił z młodom pannom i jego wesele było przed Wielkanocą w poście. I też mnie sie przypomina, kiedy nasz ksiądz mówił, ze to są wyjątki i ze to wesele będzie ciche i niegrane.

            I kiedy ja zem też troche był mocniejszy, to też mnie matka zaprzęgła, ze zem też do lasu musiał chodzić po gałązki. I to zem też kolegów miał, jak: Stach Konopskiego, Marynia Nowakowa i Michalina Karczyńskiego. Ale my sie też z temi dziewczynami nie mogli pogodzić, to my zawdy kiedy ze szkoły przyszli to zjedli obiad i wzini powróz i toporek i my szli na suszki, bo tam to był ten las tak gęsty, ze sie też znajdowało wiele suszków, to my je wycinali i do domu nosili. I tele my zawdy przynieśli, co my jeno mogli na plecach unieść. I dość razy to nam też nasi rodzice wyszli na drogę, jak widzieli, ze my idziemy. A te dziewczyny to nam też zawdy żadnego razu tego nie życzyły, ze my takiego ładnego drzewa do dom też przyniesiemy, to zawdy za nami chodziły, gdzie my szli to i one za nami, więc my sie musieli z niemi pogodzić. I my też zawdy mieli szczęście, bo nas ten leśniczy nigdy nie złapał, bo to był las królewski, a ten leśniczy to był Niemiec, już stary, to tak prędko za nami nie mógł lecieć, jak my mu mogli uciekać. I kiedy my sie z temi dziewczynami pogodzili, to my też im kilka razy musieli dopomóc, bo one nie miały tyle szyku na sosne wleźć i jaki suchy kafel, albo jakom suchą gałąź ściąć. I dziewczyny to też były o wiele starsze i już też miały ze szkoły wyjść, to one nam też powiadały, jak sie dzieci rodzom i jesce inne rzeczy, jak naprzykład kobieta swego czasu nie dostanie to sie z ty krwi dziecko zrobi i tak dali. To niż zem ze szkoły wysed to już zem wiedział, ze mamy dwojakich ludzi.

            I razu jednego to przysed do nas ten niemiecki listowy, co sie zawdy z naszym kunowskim na drodze spotykali i sobie też te listy jeden drugiemu oddawali. Oba przyszli do moi matki, zeby mnie dała do bydła pasienia do leśniczego, który mieszkał w lesie. Był on Niemiec i nazywał sie Malenda. A do szkoły to iść nie potrzebuje, bo on też z panem nauczycielem pomówi. I to mu matka przyobiecała, bo mówiła, że to jest Niemiec dobry, chociaż ich w lesie złapie, to zaraz ich do pana komisarza nie melduje. I już zem to miał rozkazane od rodziców, ze mam tam iść, to zem posed do rowu sie ładnie wykapał, matka mi włosy nożycami od strzyżenia owców oberżneła. Wszów to my w domu nie mieli, ale pchły to sie u nas znajdowały. I już na drugi dzień to też nasz pan nauczyciel to wiedział, bo zaledwie zem do szkoły posed, to mi mówił, że mam iść do leśniczego i ze sobom torbe wziąć i sie tam uczyć i ze mam mówić: Guten Tag, jak tam zajde. I przyszedem ze szkoły i zem oblek czysto wypranom koszule i zem sie udał przez ten las do tego leśniczego, on mieszkał około osiem kilometrów od Tworzymirek. I kiedy zem tam sie w te drugą stronę udał, był to dzień śliczny, kiedy zem do tego lasu zased śpiwały ptaszęta ślicznie. I ja to zem ten las tam znał dobrze od Dolska aż do Dalabuszek, od Tworzymirek aż do Mełpina, a nawet i te nomera na tych kamieniach zem znał.

            I kiedy zem sie tam do tego leśniczego dostał, to zem też zaledwie na podwórze zased, to już mi sie ten pan leśniczy dał widzieć. I ja zem mówił po niemiecku dobry dzień i zdjon kapelusz z głowy, a on mi odpowiedział i potem zaraz mówi, kto mi te włosy obcion, ze to tak wygląda, jakby sierpem je kto oberżnuł. I potem mi ta jego służąca też zaraz pokazała, gdzie mam swoją torbe położyć i potem to mi dali ładny obiad, takiegozem jeszcze w swojem życiu nie widział, jak zem w ten dzień dostał do jadła. Były to ziemniaki w soli ugotowane, pieczone mięso, ładna tłusta zoza, marynowane śliwki i najprzód zem zjadł talerz lekki zupy, więc zem mi ani nie wiedział, jak mam ten obiad jeść, jeno zem sie przyglądał na te dziewke i parobka, jak oni jedli. I gdy zem miał to bydło do lasu gnać, to mi ta służąca dała chleba na podwieczorek białego i posmarowanego i jesce kiełbasom obłożonego i ze mnom wyszła do tego lasu. I też my tam mieli psa, któremu było na imię Spitz i on to tak był mondry, ze jeno mu sie mówiło Spitz to już bydło do kupy poganiał. I kiedy mi ta służąca pokazała gdzie moge paść i ze mam uważać, aby to bydło nie szło w te szkółki i to zem tam też to bydło pasał, aby zadny szkody nie zrobić. I kiedy zem to bydło z pola przygnał to zem je napoił. Pompy tam nie mieli, ale zwój tak był naszykowany, ze ta woda sie lekko wyciągała. I kiedy sie to bydło napiło to samo poszło na swoje miejsce, to zem je uwiązał, potem je służąca wydoila ja zem posed do ty moi stancji, która dla mnie i dla parobka była przeznaczona. Tam było jedno krzesło dla mnie i dla parobka, każdy miał swojom mydlice z emalii i kawałek mydła, ręcznik do wytarcia sie, male zwierciadło i szafka do rzeczy schownia. To zawdy przezd kolacją to zem sie ładnie umył i uczesał, paznokcie wyczyściuł i potem my szli do kolacyji, ten parobek to mnie nauczył, ze tak zawdy mam to robić, aby sie nie zahańbić, ze jeden sie licho umył. I potem my szli na kolacyją.

            I ta służąca to była sielna i mocna dziewczyna, piersi to jej sie tak jeno trzynsły jak szła.  I była rodem z Małachowa. A ten parobek to nie był taki spaśny, ale też był sielny i rodem z Dolska. I ten leśniczy to też miał ładny dom, o kilku pokojach, wielkom oborę do bydła, w drugim końcu stajniom miał on dwanaście sztuk bydła, dwa konie, kilka świń, a kurów to ani nie szło porachować. I też tam stały w rogu dwa wychodki, jeden dla nas i drugi dla familiji leśniczego. I kiedy zem też tam razu jednego do ich domu wsed to zem sie tak zadziwił, ze ja zem nie jest do tego urodzony, aby takie ładne pokoje oglądać. Mieli oni tam też ładne trzy pokoje, obrazy to mieli też wielkie na ścianie, ale jeno niemieckie. Matki Boski to tam zem nie widział. I też tam mieli łóżka ładne na sprężynach (słomy to w nich nie mieli) tak samo wielkie zwierciadło i inne ładne meble. Były to pokoje, które zem po raz pierwszy zobaczył, ściany to były malowane i tepichy po pokojach. I ja za to zem też tam był chętnie.

            I już ten parobek to też mnie nauczył, ze go mam czasem w rękę nie całować, bo Niemca to sie nie całuje i tak samo sie nie pości, bo u Niemców to postu niema, to mam jeść to, co Kaśka zagotuje. I też mi powiada, ze tu u Niemców to sie też pacierza nie mówi więc była to moja nauka pierwsza, co już sie nie zgadzała z naukom mojej matki. I ja zem też ty Kaśce przyniós wody do kuchni, drzewa i to zem tam też był im posłuszny. Spalnia nasza to była we chlewie. Te nasze łóżka to wisiały przywiązane do balki, tak, ze ja zem móg bydło widzieć, a ten parobek to konie, a ta służąca to spała w pokoju, bo dla niej to był pokój osobny, tam gdzie pan leśniczy ze swoją żonom spał. Ale oni ze zonom do kupy nie spali, tak jak u nas w moim rodzinnym domu, jeno każdy w swoim łóżku spał.

            I ten leśniczy to też miał dwóch synków, ale oni to sie w Poznaniu uczyli. A zawdy w sobote to parobek po nich jachał i w niedziele to ich odwióz na kolej do Śremu. I oni to byli ładnie ubrani i nosili z paskami czapki na głowie i byli studentami. I już zawdy w niedziele to też jachali do niemieckiego kościoła do Bilewa. I po obiedzie to też ten ich ojciec przeglądał ich prace szkolnom. I kilka razy jak zrobili błędy to tak na nich hałasował, ze ja zem dość razy myślał, ze ich będzie bił. To ja zem też sobie tak nieraz mówił, ze ja to ja zem dostał bicie, ze sie z książką bawie, co bym się coś chciał nauczyć, a na nich to ojciec hałasuje, ze sie nie dosyć uczą. I też razu jednego to zem sobie to bydło pas i to zem sobie też śpiwał, ze aż sie na lesie rozlegało, jak na przykład: „Zeli chcesz tańcować to tańcuj dobrze”…

            I to mi sie ten pan przysłuchiwał, ale ja zem go nie widział. I tak zem też już tego psa po polsku nauczuł: Szpic do nogi i tak dali, biegaj po te burom, po łysom. I ten leśniczy to tak tajnie nadsed i mówi, ze mam do tego psa po niemiecku gadać, bo on po polsku nie rozumie, a ja mówie: On rozumie. I zaś mówi, ze ja mam inne piosneczki śpiwać. I mnie sie pyta, czy nie mam ze sobom książki do śpiwania, a ja mu mówie, ze zem jesce żadny nie dostał. I on to mówi, ze gdy na wieczór bydło przyprowadze to on mi jedne da i już na wieczór to mi poszukał jedną i mi ją dał. Była to książka niemiecka. I też mi zaraz zadał co sie mam za piosneczke nauczyć i mówił, jak sie te piosneczke z głowy naucze i mu zaśpiwam, to mi da pięćdziesiąt fenigów. I ja zem sie tak ćwiczył, ze już przez kilka dni to zem mu te nakazanom piosneczke zaśpiwał bez książki …

            To raz przy kolacyji to oni jedli w innym pokoju, a my to w kuchni, to już mnie sie spytał czy zem już sie te piosneczke nauczył, a ja mu na to odpowiadam – tak. Więc dalej, zaśpiwaj. I ja mu ją zaśpiwał. To go bardzo cieszyło i zamiast pięćdziesiąt fenigów, to dał mi jedną markę, to zem miał tyle uciechy jakby mnie kto na sto koni wsadził. A on to mówi, ze ta piosenka to inaczy brzmi niż te co ja zem je wprzód w lesie śpiwał, co by sie wnet ptaki powylękały i to sie znowu zrobił śmiech między nami. I zaś mówi, ze sie mam dali innych piosneczków ćwiczyć.

            I zawdy w niedziele to mi mój brat przyniós też tam świeżom koszule, a te starom ze sobą wzion. I to mu też kazała pani leśniczowa za te droge co dać. To mu miała też służąca chleba ukrajać i to mu też zawdy tyle ukrajała, ze miał też tej młodszy siostrze jesce co zanieść. I ja też zem mu swój podwieczorek dał, aby ty młodszej siostrze zaniósł, bo to był chleb z biały mąki, a w domu rodzinnym to nam było coś nowego. I tam to też mnie tak dziwiło, ze sie tam tak wszyscy pogodzili, ten parobek to mówił tej służącej tak ładnie – Kasia i ona też kilka razy przyszła do stajni, to też oboje robili żarty, jak sie ściemniło to wyszli oboje na przechadzke. Tak samo nasz pan leśniczy to też ze swoją żoną wysed na przechadzke. I to mnie też bardzo dziwiło, ze tam tak szło ładnie i zgodnie naprzód.

            I tam zem to bydło pasał niecałe cztyry tygodnie, to już ten ich pasterz wyzdrowiał, to zem sie też tam musiał pomału wynieść. I też mi sie zrobiło markotno, kiedy zem tam miał iść prec. I kiedy zem sie zabrał to zem posed do izby i on mi już narachował pięć talarów samemi talarami. I ta służąca to mi też miała tłumoczek uszykować. To zem też dostał jeden bochenek chleba, kawałek okrasy i pare fontów mięsa peklowanego. I też dał mi ten leśniczy koszule, surdut i jedne spodnie po swoim synku, co już mu były za małe. I zem im dał ręki i mówił „danke schön” i mi łzy w oczach stanyły. I zem sie udał do Tworzymirek do domu rodzinnego. I już po drodze to zem też jesce nazrywał czerwonych jagodów dla ty mały siostry i już mi sie ta droga tak długa zdała, ze zem nie mógł ani doczekać, aż do izby przyjde.

            I kiedy zem już na górze był to już mi brat i ta mała siostra wyszła naprzeciwko, bo oni też wiedzieli, ze im Kuba białego chleba przyniesie. I kiedy już mi ta mała siostra naprzeciwko wyszła i ja zem ją przywitał, to też zem jej dał tych czerwonych jagodów. I ona mi sie też pytała: A młyńskiego chleba ześ mi też przyniósł? Ja mówie ze tez. I kiedy zem do izby wlaz i mówie: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, to mi na to matka odpowiedziała i już mi tłumoczek z plec zdjena. A ojca to w domu nie było, bo sie znowu wyniósł w świat do Brandenburgów. I kiedy ten tłumoczek matka rozwiązała to już była z tem kontenta, co w tym tłumoczku było. I ja zem też mówił, ze to jest jesce nie wszystko, to zem jej też te talary pokazał, to my mieli wielkom tam ucieche. I matka to mówiła: Ten Niemiec to ci wincy dał, jak zeszłego roku Klops, co ześ mu całe lato krowy pasał. A te talary to matka wzina i owinyła w płat i włożyła do łóżka w słome. I na drugi dzień, to już znowu do nas przyszli co oba listowi, polski i niemiecki, i sie pytali matki czy jest z mojej zapłaty kontenta. Tak, im matka odpowiedziała, ze jest bardzo zadowolona, ze ani sie tyle nie spodziewała, co ja zem do domu przyniós. I to ten nasz polski listowy z Kunowa niemieckiemu przetłumaczył. I kazała matka za te dary ładnie leśniczemu podziękować. I ci listowi sobie też z domu poszli. Była to moja praca i mój pierwszy pieniądz, co zem sam zapracował. Było to lato w roku 1895.

            I ja zem pracował dali, tak jak inne roki, chodziłem na zbironke, późni na szczeblik i gdy to sie też skończyło to znowu do lasu po drzewo. I już też nadeszła zima, to i nasz ojciec znowu o nas zapomniał, jak zwykle. Na jesiń to nam matka pokupiła troche ubraniów dla wszystkich i już te pare groszy były wydane. I już nadeszły święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok i pisali my 1896.

            Już w Matke Boską Gromniczną to nam sie też wielki smutek wydarzył, kilka dni przedtem to mi moja siostra Marynka zachorowała. I też matka posłała mnie po starom Szymosiową, aby ona do nas przyszła, bo Marynka zachorowała. I gdy ona do nas przysła to położyła poduszke na stole i ją zmiezyła zeli miary nie zgubiła, ale ona mówi, ze nie i mówi, ze połamana też nie jest i to zaraz też kazali węgielków upalić i nalać wody w kieliszek, zeli ona przeroku nie dostała. I gdy my te ceremonie zrobili to też te węgielki nie chciały płynąć, to było uznane, ze nie ma przeroku. I mnie to też matka posłała do Dolska, aby przynieść ulepku, zeby je sie na piersiach zrobiło lekci, ale i to nie pomogło. I też zaczyna mnie posyłać do gospodarzy, aby który matke zawióz z tą małom do lekarza, ale oni to sie bali do Dolska jachać bo był wielki śnieg, to by im konie się w śnieg potopiły. I kiedy ty prośby my nie dostali wypełnionej, to matka wzina te małom siostre, owinęła w chuste wielkom i my ją zanieśli do lekarza. I ten lekarz to też jej zapisał kropli, ale już matka zaraz szła z tą siostrą do domu, a ja zem jesce w aptece czekał na te medycyny. I kiedy zem przysed to my też jej zaraz tych medycynów dali, ale ona nie rada to brała do gęby. I ta mała siostra to też jesce przed swoją śmiercią zaządała, aby jej kupić gryzke i to mi matka kazała iść do Dolska, aby jej te gryzke kupić. I ja zem też też to wypołnił, ale kiedy zem z tom gryzkom przysed, to ją jeno do sie wziena i przycisła, ale jeść jej nie mogła, jeno ją ściskała. I już rano w święto Matki Boski Gromniczny, to już matka wyszła z łóżka i zaczena płakać, ze jej córka umarła, i posła sie spytać która godzina do Karczyńskiego, aby u zameldowania mogła godzine śmierci podać u burmistrza. I już sie tam sąsiedzi poschodzili i po chwili to sobie posli. I już rano to my posli do Dolska i kupilimy ty mały trumne, i na trumne to matka sobie pożyczyła talara od ciotki. Był to tego dnia też bardzo wielki mróz i śnieg. I na drugi dzień to poszła moja matka do proboszcza naszy parafiji kunowskiej, który sie nazywał Matuszewski, i mu to zmarłe dziecko zameldowała. I kiedy mu sie uzalała, ze ni ma pieniędzy to jej powiedział: Jak nie masz tyle, co od pogrzebu mozes zapłacić, to sobie je pod łóżkiem pochowaj. I te matki prośby nic nie znaczyły, to przysła z wielkim płaczem do dom i mówiła, ze ksiądz nie chce córki pochować. I sie też naschodziło ludzi, ale nikt moi matce nie móg dopomóc, winc zem został przez matke posłany do Dolska, aby ta nasza ciotka nam jesce dwie marki pożyczyła. I ta ciotka posła do jednego pana co u niego prała i jego poprosiła i powiedziała mu o co chodzi i on naszy ciotce te dwie marki pożyczuł. I gdy zem przysed z temi pieniędzmi to na drugi dzień matka temu proboszczowi je zaniesła. I na smętarz to nieśli moją siostrę chłopcy, a kiedy my z niom do kruchty poszli, to ksiądz odmówił swoje modlitwy i pokropił i potem była zaniesiona na smętarz i została pochowana na kunowskim smętarzu. Tak my naszą siostre pozbyli.

            I po kilku dniach to już było ogłoszone, ze syn Jaśnie Wielmożnej Pani Stablewskiej, któremu było na imię Maryjan, to dostał ten dwór po swoim ojcu. I tak jak zem już pisał, ze ta familija za którom ten dwór miał odpowiadać, to też miała swoją matke przy sie. I ten nowy dziedzic to zakazał ty wdowie, aby ona swojom starom matke, w jego pomieszkaniu przetrzymywała, więc była zmuszona te swojom matke tam stąd wziąć prec, a ta chatka, co my w niej mieszkali, to sie ty matce należała i przez to było nam to nasze pomieszkanie wypowiedzieć. I nam też zaraz powiadała, że Jaśnie Wielmożny Pan Stablewski to jej powiedział, ze on jeno jest ją i jej dzieci obowiązany utrzymywać, ale jej matki to nie i ze ma jej matka wyprowadzić się z pomieszkania – więc nam nic więcy nie pozostało, jeno my musieli sie tam z ty izby wynieść. I też tam stała jesce jedna mała chatka, co tej chatki właściciel mieszkał w Westfalji, ale tam to my niechętnie ciągli, bo tam już też było gadane, ze ta izba jest zaczarowana i ze tam tak dawno jak już stara Szymosiowa pamięta to zawdy w ty izbie jeden z ty familiji umar; co w ty izbie mieszkali, ale już dla nas to nie było inny rady, to my musieli wziąć co nam sie dostanie, aby pod gołem (niebem) nie mieszkać. I już my zaczyni sie przeprowadzać do ty nowy izby. Matka wzina święconej wody i pokropiła. I to już niedługo trwało, to my też już mieszkali na tem nowem miejscu. I razu jednego to też przysła stara kowalka i mówiła, ze tu nie będziemy mieć szczęścia w ty izbie, ze tu ktokolwiek z naszy familii umrze. I moja matka to mówiła: „Niech już sie stanie Wola Boska”. I ona dali mówiła, ze w ty izbie to ma stojać jeden słup nie tak jak rós, jeno do góry nogami, to ma być wina, ze tam tak zawdy ktoś umrze. I też po niejakim czasie, to i my sie dowiedzieli o naszym ojcu, on pracował na kolei, która była budowana w Sagan na Śląsku. I już niedługo trwało, to już nam nasz synek Józef też znowu zachorował i to też matka posła z nim do lekarza, ale i on też mu pomóc nie móg i to my mówili pacierze, aby Pan Bóg temu małemu przeminuł, ale i to nic nie pomogło. I już 17 maja to i nasz brat Józef umarł, tego samego roku i też go dziewczęta zaniesły na smętarz i mu ładną koronę uplotły ze ziela na jego trumne. A moja matka to już sobie inny rady nie widziała, to musiała sprzedać koze, aby już tego proboszcza nie ugniewać i kupiła trumne i ten pogrzeb zapłaciła. I tak my pozbyli sie tego młodszego brata, ze nas to jeno dwoje pozostało, to też zawdy nam kogoś koło nas brachowało.

            I już po kilku dniach to był u nas mojej matki brat, aby mu matka szła gospodarzyć, bo jego żona to pobiła sekuciorza kiedy przysed im krowy zapieczętować, bo ona też swoich dzieci nie chciała do szkoły posyłać i tak sie tej kary nazbierało, ze już robiło kilka marek. I kiedy ten sekuciorz tam przysed, to żona mojej matki brata wzina mietłe od podwórka zamiatania i zaraz go zaczyna mietłom po czapce bić, tak, ze sie musiał udać w zajęczą broń i za to dostała sześć miesięcy. To moja matka tam mu miała iść gospodarzyć od pierwszego lipca i to mu matka przyobiecała.

            Po krótkim czasie to sie też już na wsi rozniesło, ze parobek u Marcina Lery ze służby uciekł. I gdy zem sed ze szkoły to zem koło tego M. Lery musiał przechodzić, to kiedy zem ze szkoły sed, to mnie sie pytał czy chce iść do niego na służbę, a ja mówie ze tak, ma też z moją matką pogadać. I on mówiuł, ze tam na wieczór przyjdzie, to ja to zem też matce powiedział, ze to Lera przyjdzie do nas i mnie chce do bydła pasania urządzić. I już na wieczór to po mnie przysed i sie z matką zgodził i miałem za te pół roku dostać sześć talarów, a za to co mi matka koszule miała prać, to miała dostać dwie radlonki ziemniaków. I ta zgoda to też długo nie trwała i już mnie wzion ze sobom ten mój nowy pracodawca. I opuściłem dom rodzinny i od 29 lipca to zem już sam na swój kawałek chleba musiał zapracować.

            I kiedy zem tam zased to zem też wsed do izby i mówiłem: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. I potem zem sie rozpatrzył po ty izbie. I tam oni też podłogi z desek nie mieli, jeno kałkom utoczonom gline, dwa łóżka, jedno dla mnie i jedno dla gospodarza i gospodyni, i w łóżkach to też mieli słome, tak jak my mieli w moim domu rodzinnym, i cztery krzesła, jeden stół, dwie szafy, jedna do skorupów i jedna do rzeczy, i jedną skrzynke – to była ta cała parada w ty izbie. I też umywalni to tam nie mieli, jeno my sie już zawdy myli w szkopku od mleka i ten szkopek to był zawdy ładnie wymyty, jak gospodyni szła w niego mleko doić. I to mi też już sie nie widziało, ze my tam sie w tym samym szkopku myli, co były krowy w niego dojone. I u nas to my sie też myli po większy części we wazce mały drewniany, ale najwięcy razy to my też wzieni wody do gęby i na ręce puszczali i sie tak myli. I też tam w ty izbie to był taki zapiecek, tam leżały stare płaty spleśniałe, stare łachmany, walizka i tak dali, które już mole wnet pogryzły. I nad piecem to wisiała deska przybita od balki do balki, tam na ni to też leżały rozmaite rupiecie, jak stare książki od kościoła i jesce pare innych po nieboszczykach, łapica na myszy i tak dali. Zaś w ty drugi izbie przez sień to dawni też mieszkał komornik, ale ze ten gospodarz sie z tym nie mógł zgodzić, to już nie chciał komornika we swoim domu, to tam stała maszyna do sieczki rżnięcia, żarna i beczki z kapustom. Zaś zaraz koło tego domu to stał sklep ziemiom obsypany, koło niego to stała psia buda i tam też przy ni była uwiązana suka, który było imie Fineta. I zaś dali to stała stodoła, ale też już ledwie sie kupy trzymała. I tak samo ten chlew to też już był drągami podpierany, w nim to stała kasztanka, potem było przegrodzone i dali stały dwie krowy, jedna jałośka i wałach. Zaś dali to stał chlew dla swiń, które tam w nim były dwie. I zaś jesce dali to też stał chlewik dla gęsi, a kury to siedziały w komiku, bo my w sini to mieli piec do pieczenia chleba. A nad tym piecem to sed komin aż do góry, ale chleba to my nie piekli, jeno kupny jedli. I wychodka to tam też nie mieli: ja i gospodarz to żeśmy chodzili za stodołe, a gospodyni to zawdy na gnoju usiadała.

            A moja matka to jak już zem pisał, ze też miała iść gospodarzyć do swego brata. To też koza już była sprzedana, tak i te pare ostatnich kur też matka pozbyła i to już wzina na pierwszego lipca i szła do swego brata. I też izbe zamkła na kłódke i posła z tym małym do swego brata, który mieszka w Małachowie. Winc ja zem też już był od domu moich rodziców odłączony. I to tam zem też to bydło ganiał na ugór. Ten chlebodawca to miał około 25 morgów ziemi. I kiedy też zem to bydło pasał, to zem zawdy ze sobom brał torbe szkolnom i tam zem sie zawdy ćwiczuł, aby też mego pana nauczyciela ukontentować, bo kiedy zem ze szkoły przysed, to zem musiał drzewo rąbać i ładnie układać, a kiedy zem drzewa narąbał to zem musiał iść z gospodyniom do pielenia ćwikły i inny roboty, więc swoją szkolną prace to zem na polu musiał wykończyć. I tam to my też codzień jeno ziemniaki jedli, rano to my je sobie sami ze skóry odzierali i nasza gospodyni to jajów nasmażyła, gospodarz i jego żona to jedli z patelki, a ja to zem miał takom misecke skorupianom, to mi na nią tego usmażonego jaja włożyła. A na obiad to my jedli po większy części ziemniaki duszone i do nich my przepijali maślanke i zsiadłe mleko, tak samo na wieczór to znowu ziemniaki ze skórom, jak rano. I też czasem w czwartek to ugotowała klusek.

            A zawdy gdy my obiad jedli, to też zem sie przysłuchiwał, jak ten włodarz woła na pańskich. I też długo nie trwało to ten okomon, co też go ludzie nazywali dobrym panem, to tam z tego dworu sie wyprowadził i było gadane, ze sam sobie dwór kupił. I potem nastał młody okomon i już po kilku dniach to już rano tak klon i wyzywał. I w połednie, kiedy włodarz wydzwonił to już zaraz przyleciał do tych czworaków i tak te dziewczyny wyzywał i też je kilka razy po plecach kijem biuł. I takie błogosławieństwo zawdy swoim poddanym dawał.

            W niedziele to też wybuchł gdzieś w Małachowie ogiń i to też prawie mój gospodarz był na kolejke, ze miał z tą beczkom jachać i już to też musiał konia zaprzęgać i tak samo jego sąsiad Andrzejewski. I kiedy te konie miały ruszyć z miejsca to mówi sąsiad do mego gospodarza. Niech jedzie ze mnom wasz Kuba, to na was jest ta droga taka nagła za ciężka. I raz dwa, to ja już był na wozie i my z tą beczką ruszyli z miesca i aby ten ogiń retować. I wody to my ze sobą nie wzieni jeno my sie pospieszyli, aby my tam najpierwsi byli, bo ta najpierwsza beczka to miała nagrode dostać. I my sie tak pośpieszyli, aby jak najprędzej tam zajechać, a naszem zajęciem to było dopiero wody z tego kosęka nabrać co już zem je niży wyminiał. Ale niestety, gdy my już na szose wyjachali, tam po tych kamieniach sie zaczena ta nasza beczka trząść i ona też była rozeschnięta, to nam sie już na drodze rozleciała i my dopiero zaczyni te beczke do kupy zbierać, to już nas też minoły inne beczki i sikawki z Dolska. Więc już nas sąsiad to mówił: Idź patrz, co sie tam pali, bo z naszom beczkom, to sie tam pokazać nie mozemy, bo by sie z nas tam wyśmieli. To ten sąsiad te beczke do kupy zbijał, aby my ją mogli na powrót dostać, a ja zem posed patrzeć, co sie tam paliło, była to stodoła Jaśnie Wielmożnego Pana Budziszewskiego, we który sie dość zboża popaliło. I tam też już sie nazjeżdżało kilka sikawków, kilka beczków z wodą. Mnie to też dziwiło tam, ze przez taki krótki czas sie tam tyle naschodziło ludzi i tele sie tam sikawków nazjeżdżało. I ten Jaśnie Wielmożny Pan Budziszewski to tam tak latał koło tego ognia i mówił: Ukrzywdził mnie, psiakrew. I tak to powtarzał. I kiedy zem powrócił na powrót, to już tymczasem sie zrobiło ciemno, to już na nas czekał sołtys, bo miał zaufane, ze my nagrode dostaniemy. I my mu to nasze wydarzenie powiedzieli,  to też zaraz mówił, ze sie trzeba lepi o te beczke starać, aby ona zawdy była w porządku i potem my te beczke zawieźli przed sołtysa i pobrali swoje konie i do domu przyprowadzili. I tedy zem też opowiadał temu memu gospodarzowi co nam sie na ty drodze zdarzyło. I to też cały wieczór jeno było mowa o ogniu.

            I tak zem tam też pracował coraz dali. I już sie tez dało słyszeć, ze ta Cierzniacka i ten Konopski to mieli ostatni termin o te dziure i te sprawe wygrał Konopski. I ta Cierzniacka to przeprocesowała dwie krowy i jednego woloka, bo te terminy to sie bardzo długo ciągły. Była to ta skarga, o który ja zem już niży pisał, co zem był na wysłuchach.  

            Też jednego razu to sie rozniesło po naszy wiosce, ze tu ma przyjechać ksiądz arcybiskup Stablewski z Poznania, więc to już sie każdy poobłóczał i my oczekiwali tego księdza arcybiskupa Stablewskiego zobaczyć i go przywitać. I już długo nie trwało to nadjeżdżała kareta przed pałac Jaśnie Wielmożnego Pana Stablewskiego. I ten młody dziedzic też wsiadł i pojechali po księdza arcybiskupa. I kiedy z kolei powrócili, to zaraz pojachali na pola pooglądać, a my czekali, aż nazad powrócą. I niedługo trwało to już ten arcybiskup Stablewski przejeżdżał przed pałac i my poklękali. I my byli tego zdania, ze on nam jakie przywitanie przywiezie z Poznania, ale napróżno my czekali, bo on ani nam żadnego pozdrowienia, ani żadnego błogosławieństwa nie dał. I po długim czekaniu to nam przysła służąca powiedzieć, ze mamy sobie iść, bo już błogosławieństwo dostali. I to sie też tam rozniosło niezadowolenie, ze ten arcybiskup to tak mało na nas wartości kładzie i ani słowa nie przemówi do ludzi. I późni to my sie dowiedzieli, ze ten pan ksiądz arcybiskup jeno tam po to był, aby te grunta oględnąć, bo one miały być obsuszane.

            I to zem też dali pracował u mego gospodarza. I już nadesła jesiń i nadesła zima. I ten nasz gospodarz to też zawdy w piątek, to jechał na targ do Gostynia, chociaż nie mieli po co, to jachali zobaczyć, jakie zboże jest drogie i też sobie okowity przywieźć, bo oni to też oboje sobie radzi jednego wypili, gospodyni poradziła więcy znieść jak gospodarz. I też mnie nauczyli krowy wydoić i mleko przecydzić przez płat i do garka wlać i szkopek opłókać, bo już w piątek to im zawdy ta wódka do głowy wlazła, to już nie byli w stanie cokolwiek zrobić. To ja zem też kasztanke wyprząg i obroku jej nasypał i wody to zem jej dopiero późni dał, jak zem po raz drugi jej obrok wsypał. I krowy to zem też już wydoił, bo mój gospodarz to też zawdy dopiero na wieczór do domu sie dostał. To już zem też te prace prace porobił i jeno my kolacją zjedli, to my sli rychło spać. I te wszystkie piątki, to my zawdy pościli, bo my jeno jedli ziemniaki ze śledziem i też nieraz z siemiennym olejem. I to też już nastąpiły święta odpustu w naszy parafji, było to świętego Andrzeja.  To my też dostali gości z inny parachfiji, bo tam odprawili ten odpust. I tam to sie też do naszego kościoła dość księży naschodziło. I też przed kościół to sie też kilka bud nazjeżdżało.

            I za kilka dni to też jak zwykle moi gospodarze pojachali do Gostynia. I już przed wieczorem napowrót przyjachali. I ja to zem też te nakazanom prace zrobił. I ja zem też posed do chlewa, a mój gospodarz to sie rozmawiał z sąsiadem. A nasza gospodyni to miała taki obyczaj, ze jak było zimno to sobie nasypała węgielków upalonych, jesce czerwonych do garnka i to sobie podłożyła pod suknie i tak sie grzała. I tego dnia to też tak samo sobie zrobiła i przy tej sposobności jej sie też wielkie nieszczęście stało, bo sie tak zapomniała i jej sie te jej suknie zapaliły. I ona sie z tym garkiem obaliła i tak sie mocno poparzyła, ze już nie wiedziała co robi. I kiedy my to spostrzegli to my zaraz posli gospodyni na pomoc, ale ona tyle siły miała, ze sie z nami biła, z bidom my ją mogli na łóżko położyć. I też nam było ciężko z ni te jej suknie zrzucić, bo ta izba to była pełna dymu, a ona to tak jęczała, jakby ją kto chciał zabić. I to też mój gospodarz wiedział też jedną metodę i zaraz jej te spalone miesca olejem namazał i tego samego dnia to też zaraz posłał po lekarza i on też jej na to spalenie maści zapisał, ale jej to też nic nie pomagało. I też dość długo chorowała i my też ją pielęgnowali, jak jeno my mogli, ale te bóle to jej sie nie goiły, jeno sie coraz bardzi w ciało wkradały, tak, ze ona coraz bardzi swoją przytomność traciła. I też lekarz też już nad jej polepszeniem wątpił i też już tyle siły zgubiła, ze już o swoi mocy ani sie podnieść nie mogła, jeno ja lub gospodarz my jej usługiwać musieli. I to sie tak ciągło aż po Nowym Roku. W styczniowych ostatnich dniach to zapomniała o sobie i już utraciła rozum i w pierwszych dniach lutego to też u ni był ksiądz i też niedługo tak marnie swoje życie zakończyła. Kiedy sie mój gospodarz z niom ozyniuł to ona była wdowa i miała dwie córki, ta już wspomniana Cierzniacka i jej siostra Filipiaczka, której mąż też tak młodo umarł i już była wdowom, kiedy jej ta matka umarła.

            I kiedy ta moja gospodyni została pochowana to ja zem jej nie odprowadzał na smętarz, bo mój gospodarz to mówił, ze izby samej nie idzie zostawić, i to zem został też w doma. I kiedy ten gospodarz do domu przysed, to już był pijany i też zaczon płakać i mówił: Nikt ci nie był winien ty twoi śmierci, jak ta zapamiętała gorzała. Boże odpuść jej te grzechy. I to też dla nas było święto ten dzień, jeno my bydło odpaśli. I ja to zem też już umiał krowy wydoić, mleko przecedzić, masło zrobić i to my sie tak daleko oboje gospodarzyli. I też tedy owedy przyszła tam do nas Feliksowa wyprać koszule, poszwy i tak dali, bo ona to miała czas, bo zimom to pracy nie miała, a jej mąż to do Westfalji odjechał i też licho o niom dbał, i to sobie też chętnie chciała coś zarobić.

            I już też długo nie trwało, to sobie mój gospodarz też zaczon szukać inny gospodyni, która miała być jego żoną, miał on też zajęcie sobie jesce panne młodom wziąć, chociaż on już był przed pięćdziesiąt. I tak sobie często kasztanke zaprzęgnoł do woza i jechał tej nowy zony szukać i mnie to nakazał, ze mam nikogo do domu nie wpuścić, jak kto przyjdzie to mam powiedzieć: Mozecie przyjść jak jest gospodarz w domu. I ja zem też tego przykazania słuchał. I razu jednego to przyszła ta Cierzniacka i jej siostra, kiedy gospodarza w doma nie było i chciały do szafy wejrzyć, bo tam miały być jesce ich spódniki, co one matce dały; a ja mówił: Przyjdźcie jak gospodarz jest w domu, teraz tu nie macie nic do szukania. I już ta Cierzniacka to mnie w policzek wyciena, aż mi sie w oczach zaświciło, a ja zaraz zem ją kopnął w brzuch i złapał siekotka, co zem nim zawdy ćwikłe siakał i już zem nie czekał aż dostane wincy, jeno zem zaraz sie tym siekotkiem bronił tak, co zem je zaraz po plecach bił. I one to miały tyle odwagi jeno, ze sie udały w zajęczą broń, ale ta Jagna to była mondrzejsza i mówiła: Pójdź, co sie dopiero ze smarkoczem będziesz umawiać. I tak zem je z izby pozbył. I niedługo trwało to już i moja matka na mnie przyszła hałasować, ze zem te starszą kobiete kopnoł w brzuch, a ja mówie do matki, ze ona mnie w trombe buchła, ze aż mi sie w ślipiach zaświciło. I po dłuższy rozmowie i też matka sobie poszła precz, jak zem jej to powiedział, ze ja jeno musze to wypełniać, co mi gospodarz każe. I kiedy też mój gospodarz na wieczór przyjechał, to zem mu to zdarzenie powiedział, to on mówił, ze zem dobrze zrobił, mógł zem jem ślipie powybijać, to bym był jesce lepi zrobił.

            I ten mój gospodarz to też sobie nieraz tak jakomsiś gospodyniom przywiózł, ale ta gospodarka to sie każdny nie podobała. I kiedy też już na noc ta gospodyni tam została to ja zem też posed do domu rodzinnego spać, bo oni tam mieli jeno dwa łóżka, a tak długo jak żyniaci nie byli to nie mogli do kupy spać. I to sie zawdy zem wyniós, co zem zrobiuł ty nowy przyszły gospodyni miejsce w moim łóżku, gdzie ja dotąd spał.

            I ty samy zimy to też umarł nasz ksiądz parachfijny z kunowskiej parachfiji, o którym zem już pisał, ze sie nazywał Matuszewski i stało sie to w niedziele rano. I też mi sie przypomina, jak przy wielkim nabożeństwie to jego następca kazał sie za niego modlić i też wielkie kazanie powiedział, ze my naszego gospodarza zgubili i tak dali. Ale ludzie to go nie płakali. I też pamiętam jego wspaniały pogrzeb. I tam sie też tak wiele księży nazjeżdżało i ten pogrzeb też był bardzo ładny i tyle księży i tyle panów to jesce Kunowo nie widziało, jak tego dnia, co nasz ksiądz został chowany. I też go bardzo wielu księży na smętarz prowadziło i został on pochowany na smętarzu przy głównym ganku. I późni był wielki kamień na jego grobie z napisanemi połacińskiemi słowami położony. I kiedy jego brat te jego meble brał, to tam też było gadane, ze przy łóżku jego to miał też takom sparkówke zrobionom, a kiedy sie to łóżko tam rozbierało, to sie same złote jeno tak po ziemi miały kulać.

            I po śmierci naszego duszpasterza to też my dostali innego duszpasterza, który też został od naszy parachfiji przywitany i który nazywał sie Blazo. I już na spozimku, to zem też zaczon do niego chodzić na katechizm. I ja zem też tak rad do tego księdza na ten katechizm sed, bo on nam opowiadał o innych krajach i o innych ludziach, którzy sie jeno we wielkich lasach znajdują. To jużbym też nieraz był jesce dłuży chciał posłuchać ty nauki jego, ale te kwadranse to tak przesły, ze zem ani nie wiedział jak. I my tam chodzili dwa razy na tydzień: w środe i sobote, od postu aż do Bożego Ciała. I tego roku to zem też był po raz pierwszy u Spowiedzi świętej.

            I już nadesły, to razu jednego to kiedy mój gospodarz przyjachał, to mi już dał nadzieje, ze wnet dostane innom gospodyniom, to będę miał lepi. I już ten ksiądz na przyszłom niedziele już zapowiadał mego gospodarza, ze sie zabiera do stanu małżeńskiego z panną Katarzyną Mielczarek z Sikorzyna, z parachfiji gostyńskiej. Ale ja tozem zmuszał mego gospodarza, aby my też za chlewem wychodek zbudowali, ale on sie ze mnie wyśmiał i mówił, ze zem pewnie ogłupioł razem z tym wychodkiem. I ja to mu zmieru nie dał i zem mu powiadał, ze gdy zem pas bydło u leśniczego, to on tam też miał wychodki, ale on mi odpowiedział: A dy już trzymoj pysk, psiakrew, z twojem wychodkiem wciąż jedno i to samo nawracas. I jednego razu to też sobie gdzieś pojechał precz i ja ziem sie już też umówił z jednym chłopakiem, to on za mnie bydło pognał, a ja zem sie dał i zem ten wychodek zbudował i tak mi sie szyknie udało go zrobić, ze sie niejeden temu dziwował. I kiedy mój gospodarz to zobaczuł, gdy nazad powrócił, to ja myślał, ze mnie zeźre, tak na mnie klon pieronami, ze zem mu deski popsuł i mówił, ze mi ten srocz na łeb ciepnie, ale już po kilku dniach to sie ustatkował i sie zawdy śmiał, gdy ten wychodek zobaczuł i to późni to i nawet miał humor, ze ma na podwórku wychodek.

            I już niedługo trwało to mój gospodarz miał wesele w Sikorzynie, a ja to zem był od szkoły na te dni zwolniony, bo zem musiał też świnie paść i gęsi, a potem bydło gnać. I to zem też tak tam już ten podwórek ładnie zabił sztachetkami i dla kurów to zem zrobił miejsce nad świńskim chlewem, bo mi sie nie podobało, że gęsi i kury w sieni powalały. To zem też te sień i izbe, i cały podwórek pozamiatał i ładnie piaskiem wysypał, aby sie nie zahańbić, kiedy ta nowa gospodyni miała na te nowe dobra sie dostać. Więc już zem też nie mógł doczekać, aż ta nowa gospodyni przyjedzie. I już we środe to już mój gospodarz około czwarty po połedniu przyjachał, to ja zem już i wrota otwar i naprzód ten gospodarz zlaz z tego woza, a potem jej podał ręki i posli do izby, a ja kasztanke zem wyprząg i wzion do stajni i potem zem sie też dał do pasienia krów, bo już był czas. A ta nowa gospodyni to mi też dała placka, ze mam na podwieczorek ze sobom wziąć. I to potem tozem był rad, ze już ty domowy pracy nie potrzebuje tak robić. Więc zem jeno po drzewo chodziuł i je rumbał i też zem tak ładnie poukładał, a kiedy ta nowa gospodyni mi tam do tego chlewu drzewnianego poszła, to mi zawdy to tam tak rozpaprała, ze ja zem tego nie móg cierpieć. I ta nowa gospodyni to też była maluśka, ale jesce młoda, ona dopiero coś przez dwadzieścia miała, ale ładna to też niebardzo była… ale ona to chodziła do szkoły, to nic sie nie nauczyła, ani swojego nazwiska napisać nie mogła, ale katechizm to umiała z głowy, a do kościoła to brała paciorki, bo książki nie miała, bo czytać nie mogła. To jesce mni umiała jak ja, to też mnie pomóc nie mogła w szkolny pracy […]

            […] I już w sobote to zem też raz miał nakazane, aby ładnie podwórek zamieś, bo my też dostaniemy gości. I to zem sie też do ty pracy wzion i ładnie pozamiatał, aby nas ty goście nie zawstydzili. I też zem podwórek piaskiem wysypał i mówie do mego gospodarza, ze ma też poszukać gazety i na kawałki porznąć i we wychodku powiesić, tak sie też należy, kiedy goście przyjadom, ale on to mnie za głupiego uznał i sie od śmiechu nie mógł utrzymać. A ja mu powiadam: Kiedy ja u leśniczego był, to tam zawdy był papier w wychodku. Ale on mi odpowiedział: Żeś jest głupi.

            Już na drugi dzień to te nasze goście do nas przyjechali, byli to goście ze strony moi gospodyni, był to jej ojciec, jej brat ze swoją zoną. I mój gospodarz to ich zaraz przywitał, a ja zem konie wyprząg i im dał obroku i wody do picia. I już po kilku kwadransach to już mój gospodarz woła: Kuba. I ja zem do izby posed i to mi dał dwie marki, ze mam iść do gościńca po wódke, ze mam dwie kwarty przynieść, ale sie mam uwinąć tak, co za godzine będę na powrót. I ja zem też tak sie uwinuł, ze już zem był na ten czas nakazany napowrót i też zem sie tak spocił, ze jeno ze mnie tak pot ciek. I kiedy zem im te dwie kwarty wódkę w ręce oddał, to i te osiem trojoków im oddaje to mówi też ten gospodarz, ze je mam otrzymać. I ja zem mu za nie podziękował, ze zem go w rękę pocałował, bo to był podaronek. I tak samo ojciec i brat moi gospodyni mi dali po jedny marce i to zem im też za to tak samo podziękował. I potem już był czas do bydła zagnania na ugór. I to zem miał tyle pieniędzy oszczędzonych, ze już mi na moje wydatki wystarczyły, tak, ze zem jajów nie potrzebował kraść więcy.

            Nasz nauczyciel to też nam kazał sobie zrobić zygarek na polu, to my też go sobie zrobili tak, ze ten nasz zygarek nam na jedne minute wskazywał, gdy słońce świeciło. To my za późno do szkoły nigdy nie poszli […].

            Kiedy my razu jednego przysli do szkoły, to już my sie dowiedzieli, ze nasz niemiecki pan nauczyciel będzie przesadzony, a na jego miejsce to dostaniemy panią nauczycielke z Dolnego Śląska, z nazwiskiem Klimm. I już my na drugi dzień naszego pana nauczyciela Sauera więcy nie zobaczyli, jeno te panią nauczycielke. Ale kiedy już do nas przyszła to te chłopaki też już sie burzyli, ze jej sie bić nie dadzą i tak sie stało. Syn gospodarza ze Szczodrochowa to był nieusłuchany i kiedy mu to pani nauczycielka zabroniła to sie z ni śmiał. I to go ta nauczycielka chciała wyciąć, to on sie jej bić nie dał, to ona go trzcinom po głowie biuła, a on jej zerwał łańcusek od zygarka. I tak sie oboje szarpali jak dzieci dwoje. I takie zdarzenia sie często zdarzały. Ale ja to zem u ni miał łaske tak samo jak u pana nauczyciela. Jeno my ty naszy nauczycielki to tak nie mogli bardzo ukontentować, bo jej to sie ta nasza mowa nie podobała. I razu jednego to my dostali bicie wszyscy z wyjątkiem tych dwóch ewangelickich dzieci, bo my żaden nie mogli wymówić tego słowa Bromberg jak naszy pani nauczycielce sie podobało. I mnie to też tak zawdy trapiuło, ze zem zawdy nie mógł tak wyraźnie wymawiać, jak sie należało, czy zem mówił Gnesen czy Posen, to zawdy zem był poprawiony, bo tego dialektu zem sie nie móg nauczyć. I razu jednego to my też bicie dostali wszyscy przez wyjątku, bo nadeszły królewskie urodziny, a my zadny korony nie upletli na obrazy królewskie, które na ścianie wisiały i to chłopcy to dostali po cztery na portki, a dziewczęta po cztery na ręce […].

            I razu jednego to mi mój gospodarz mówi, ze jutro sie mam odmeldować i pojademy na miechlińskie po drzewo. I mnie to też cieszyło, ze będę znowu mógł Śrem i Warte widzieć […]. I kiedy my jachali ku Śremowi, to już nam sie zaczyno koło zadnie z kupy rozchodzić, więc jednak my sie pomaluśku aż do Śremu dostali. I to już sie robiło ciemno i mój gospodarz to posed do kowala, który sie nazywał Schmid. I już też do mnie przysło dwóch zandarmów i mnie sie pytają, gdzie jest mój ojciec. Ja mówię: In Brandenburg. I on mówi dali: Nie należycie wy sie do tego woza? Ja mówie: Tak, ale to nie mój ojciec, jeno gospodarz. A on zaraz mówi, ze ten wóz bez oświecenia stoi. Potem mnie sie pyta, gdzie jest mój gospodarz. Ja mówie: U kowala Schmida. I oni tam pomału sli, a ja zem sie pospieszuł i to zem gospodarzowi powiedział i niż te obaj zandarmy tam zasły to już gospodarz miał latarke w ręce. I ten kowal memu gospodarzowi koło pożyczuł i je zaprawił i potem my jachali pomaluśku do Tworzymirek. I kiedy my za Śrem wyjachali, to było na niebie widać też ten cień od gostyński cukierni i mnie to sie też zawdy zdawało, ze my niedobrze do domu jadziemy. I rano około czwarty, to my byli w Tworzymirkach, a był to ten dzień mroźny, tak ze zem myślał, ze już umarzne na tym wozie. I kiedy my sie dostali do domu, to mnie też mój gospodarz pochwalił, ze zem sie tak zmiarkował i zem mu posed powiedzieć, ze zandarmy sie o światło pytały. To mnie też przed innymi pochwaluł co ja zem miał też wielkom ucieche, ze zem zandarma ocyganiuł i ze my przez ten rozum pięć marek uszparowali.

            Na drugi dzień to też przysed do nas ksiądz po kolędzie i sie pytał dość mają dzieci. Oni mówili, ze dopiero kilka tygodni są żyniaci. I potem sie pyta co ja za jeden, a oni mówili, ze ich parobek. I mnie sie pyta, czy już chodze na katechizm, ja mówie tak. To mi kazał mówić pięć przykazań kościelnych, ale ja zem te umiał. I potem mnie sie pyta, jak mi jest imie, to ja mówie, ze Jakób, to mi dał obrazek mojego patrona, co ja zem ten obrazek chętnie miał, bo to był mój patron.

            Tymczasem też nadesły mięsopusty i tak my zabili tucznika i narobili kiełbasów i nasolili te okrase. To mięso to też zapeklowali. I tak już nadesed post to my z okrasom nie jedli, jeno z twarogiem i olejem siemiennym. I ja te kiełbasy zem rachował, to ich też było trzydzieści i dwie i one sie za piecem wędziły. I kiedy zem je po raz drugi policzył, to już ich było mni i to mnie też tak trapiło co sie też z temi kiełbasami robi, ale tajnie zem je dali liczuł i to ich coraz więcy brakowało. To zem sobie tego nie dał spodobać, to i ja zem też sie do tych kiełbasów dał tak ze i ja zem sobie też co tydzień jedną zjad, już zem na post nie uważał. I już też nadesła Wielkanoc to jeno jesce pięć kiełbasów zostało i ja zem też cztery w poście zjad. I na Wielkanoc to raz mówił gospodarz, ze ktoś kiełbasy pokrad, jeno cztery zostawił, ale ja zem udał tak, ze są ukradzione, Ala ja wiedział, ze oni je w poście pojedli. I na Wielkanoc to zem jesce kawałek dostał, to było po kiełbasach, więc zem sie też w duchu cieszuł, ze zem potajemnie te kiełbasy zjad, bo bym ich tak był też więcy nie oglądał.

            A ja to zem sie też do ty młody gospodyni tak przyzwyczaił, to my sie oboje mierzyli, kto większy. I ja mówie: Jak gospodarz umrze, to będziemy sie oboje gospodarzyć. I ona to też załowała, ze za takiego wdowca posła, ze mogłaby lepi sobie młodego wziąć. I to ta gospodyni to mi też rozmaitości powiadała. I ta gospodyni to mi też nieraz kupiła ślipsik i jaką krage. I też mój gospodarz to dostał jakieś myśli i to ja zem mu nigdy nie móg wygodzić i ja mogem pracować żeby jak najlepi i niedobrze wciąż było. To już też my rychli musieli wstawać zimom, bo zem już o ósmy musiał być w szkole i to niż zem do szkoły posed, to już my kilka razy cepami przemłócili i tedy my śniadanie jedli i ja zem sed do szkoły. I oni to sie też oboje nie mogli pogodzić, jeno sie też zawdy hamrali. Kilka razy to ze sobą wcale nie rozmawiali […].

            I tez zem chodziuł do Kunowa do naszego księdza na katechizm, ale już my nie chodzili do kościoła jak te zeszłe lata, jeno do szkoły. I ja zem tak jak w zeszłym roku i tak w drugim roku zem tem też chętnie na katechizm chodziuł, bo nam też nasz ksiądz tak ładnie rzeczy opowiadał, jak inne narody żyją i tak dali, co mnie to też bardzo interesowało. I już na Boże Ciało to zem też miał iść do pierwszy Komonji święty, to zem też posed do moi matki, ze mi ma ubranie kupić i to też mi to ubranie kupiła. I już mój ojciec to też znowu tymczasem przyjachał do domu, to poszli z matką do Gostynia i kupili towaru i mi krawiec Pachura z Kunowa to ubranie uszył. I po wielkich przygotowaniach to zem też w Boże Ciało byłu u pierwszy Komonji świętej. I tam my po tem nabożeństwie byli zaproszeni na kawe do księdza. I my też na pamiątke dostali obrazki z podpisem księdza parachfijalnego, który sie nazywał Blaso. I na ty drodze to sie też tak dość tych ludzi naschodziło, bo im to było dziwno, bo ten nasz zmarły ksiądz Matuszewski to dzieci na kawe nie zaprosiuł, ani obrazków nie dawał. A był to dla mnie dzień ładny i pamiętny i najpiękniejszy w mojem życiu. I jesce też musze nadmienić, ze i ten zmarły ksiądz nieboszczyk też nie chodził po kolędzie, bo jak tam było mówione to mieli ci kunowscy gospodarze mówić, ze on żebrać chodził. I przez to też tam do nas ksiądz na kolęde nie chodził, dopiero jego następca […].

            I razu jednego, kiedy mój gospodarz pijany z Gostynia przyjachał to mówi, że na drugi rok to sobie dziewczynę urządzi do pasienia bydła. I j zem też to moi gospodyni powiedział, a ona mówiła: On pewnie zwaryjował. I już na drugi dzień zaczyni sie o mnie szarpac, ale ten gospodarz to ty gospodyni nie chciał ustąpić i przy swojem został i mówi, że ja mu będę za drogi, bo już ze szkoły może wyjde, ale ta gospodyni to mnie chciała koniecznie dali mieć. I to sie wnet dzień za dniem oboje szarpali. I ja to zem posed raz do domu i to zem też ojcu powiadał, ze mój gospodarz to sobie chce dziewczynę urządzić i mówi, ze ja mu będę za drogi. To mój ojciec mówi: To przyjdzies do dom i też sie rada znajdzie, będziesz chodził ze mną do rurków, bo prawie te pola pana Stablewskiego były obsuszane i rurki w ziemie kładzione, to było tam pracy dosyć. I kiedyzem przysed od ojca, to zem im też powiedział ze sie już mają o mnie nie umawiać, bo ja to zem ojcu już powiedział i mi ojciec mówi, ze mam przyść do domu.

            I już nadesły święta Bożego Narodzenia i my sie też tymczasem zgodzili. I już w drugie święto, świętego Szczepana to było to po obiedzie to już moja następniczka już na podwórek ze swoją matką przychodzi, a ja mówie: To już teraz moja zastępniczka idzie to już moge sobie dzisiaj iść. I też mi sie zrobiło markotno i zem przez zadnego pożegnania posed sobie do mego domu rodzinnego. Ale zaledwie zem do naszy izby wszed, to już matka mówiła: Tyś, pewnie płakał? Ja mówie: Tak, markotno mi sie zrobiło. Ale matka to mówi: Ześ jest głupi, on cie dosyć wyzyskał. I potem mi sie pytała, czy to jest też tęga dziwa, co na mojem miejscu będzie, a ja mówie: Taka wnet wielka jak ja. I to zem tez posed potem na wieś i sie zabawiuł u mego kolegi Maćka. I kiedy zem na wieczór tam przysed to mi matka mówi: Kiedy już ta nowa służąca jest, to tam już więcy nie pójdziesz. Ale na drugi dzień to już mój gospodarz po mnie przysed i mówi: ze mam tam ten tydzień jesce przychodzić, a spać to moge w domu, więc zem ten tydzień jesce chodziuł, i to zem wnet sie z tą dziewczynom poznał […]. I tak zem tam ten tydzień przepracował i ostatniego to zem też wzion swoją torbe szkolną i przysed do domu rodzinnego. I mój ojciec to też mi zaraz prace nadał, on też umiał obuwie sporządzać, to mnie nauczuł też szyć i to zem sie ćwiczył tak, ze już zem sam móg dratwe zrobić i szczeć wkręcić.

            A moja matka to też posła sie spytać do pana nauczyciela czy ja już wyjde ze szkoły, a on to zaczon na matke łajać, ze mnie tak późno do szkoły posłała i ze mi książki nie chciała kupić, a teraz to by chciała, zebym wysed ze szkoły na Wielkanoc. I już też matke zaspokoil i mówi: gdy pan inspektor szkolny przydzie, to on mnie mu przedstawi, i matka posła sobie z Panem Bogiem. I kiedy do domu przysła, to już mi to powiadała, ze mnie pan nauczyciel przedstawi panu inspektorowi. To mi też dali wolności, co zem sie miał nauczyć lepi, kiedy raz pan inspektor szkolny przydzie, abym móg też wszystko umieć. I też raz do nas przysed nasz sołtys, aby mu ojciec buty pozolował. I to ten sołtys to mi takie ciężkie pytania wstawiał: Czy jest można piechty do Ameryki zajść czy do Anglii i tak dali i potem to mi wzion ten pożyczony szkolny atlas z ręki i w niego patrzał i mi rozmaite pytania wstawiał, ale też zem niejeden błąd zrobił. Już też dosyć mnie tak mocno nie zganiuł, ale gdy posed do dom, to mówi do swego Maćka: Tyś ale Kube licho nauczuł, on mi na wszystko nie mógł odpowiedzi dać. To zaraz ten Maciek przysed do mnie i mnie sie pyta, co zem nie wiedział. To mi zaraz te słowa mówi: Ty głupcze, przecież wszystko jest w tym atlasie. To mi też rozmaite pytania wstawiał i mówi, ze to wszystko musze umieć. I on już do szkoły nie chodził, ale on to wszystko lepi umiał, bo on w Westfalii do szkoły chodził i po niemiecku to dobrze móg. I on mi też te wszystkie pytania wstawiał, co sie spodziewał, ze przyjdom w pytanie, kiedy inspektor będzie nas egzaminował. I to on mi te wszystkie pytania popisał i ja mu musiał pisemnie zanieść. I to mi też ojciec kazał te pytania pisać. I na jedno pytanie, to zem napisał: Nasz król się nazywa król Wilhelm II, a on gdy do nas przysed to mówi: Tyś jest głupi, to sie nazywa: Wasz Majestat Wilhelm II. I to mi nakazał, ze mam tego nie zapominać.

            I tak sie stało. Już po kilku dniach to przysed nasz pan powiatowy inspektor szkolny. To zaraz po pozdrowieniu go, co my mówili Guten Tag, to mówi, ze chce z tymi gadać, co mają ze szkoły wyjść. I tak nas pan nauczyciel powywoływał po kolei i mnie na ostatku. I ja zem z nich też był wnet najlichszy i zem stanuł na ostatnim końcu, bo zem był na ostatku wołany. I ten nasz pan inspektor szkolny to nie zaczon od tego prawego końca jeno z lewego i mnie sie najprzód zaczon wypytywać. I najprzód mnie sie pyta: Jak sie nazywasz? – Jakub Wojciechowski, panie inspektorze. – Gdzie mieszkasz? – W Tworzymirkach, panie inspektorze. – Do którego powiatu Tworzymirki należą? Ja mówie: śremskiego. – Do której prowincji Śrem należy – Do poznańskiej. – Mamy więcy takich prowincyj? – Tak. – Ile? – Dwanaście. – Do którego związku sie te prowincje należą? I ja sie zapalił i mówie: Do Królestwa Pruskiego, ale zem wątpił, bo to pytanie mi nie było tak wstawione, jak do tego czasu. I mnie sie pyta dali: Ale do którego królestwa należy prowincyja poznańska. – Czy mamy jeszcze więcy takich królestwów?  — Tak. – Jakie? – Bayern, Sachsen i Würtemberg – Jak sie nazywa ten król pruski? Ja mówie głośno i śmiało: Wasz Majestat Wilhelm II. I to mnie poklepł po ramieniu i mówi: Dobrze mój synu. I tak zem sie zaczerwienioł, ze aż pot na mnie wystąpiuł i kiedy zem do ławy przysed, to mi sie tak lekko zrobiło, jakbym sie dopiero narodziuł. I też musze nadmienić, ze te pytania były w niemieckim języku. Były to dla mnie pytania, które zem dostał od pana inspektora szkolnego, to był mój egzamin […].

            I ja to zem też chodził do lasu po drzewo i pomagał ojcu szyć, jak miał do roboty. I też już na wiosne to sie zaczyna praca, tam kopali rowki i zakładali rurki, to zem chodził też, kiedy zem ze szkoły przysed, te rowki zawalać. I my tam mieli akord jeden fenig od metra, a ten nasz Schachtmeister to tam nas oszukał, bo uciek a ludziom nie zapłacił. I to mnie i mego brata to też na jakie osiem marek oszukał. I te wszystkie starania były darme i te chłopy to sie też starali do Poznania, bo im było mówione, ze on pieniądze to wzion do Poznania. I tak my byli oszukani od tego zdrajcy. I ten majster był Polak i nas oszukał i nie bojał sie Pana Boga.

I razu jednego to też nasz pan nauczyciel nam mówił, kto ma czas i wie gdzie rosnom głogi, to mamy je wykopać i mu je przynieść, bo on je potrzebuje do szczepienia różów. I ja to zem też kiedy ze szkoły sed, to sie przysłuchiwał na moich kolegów, jak sie burzyli, ze mu różów nie przyniesą, bo oni mu dzikich różów przyniosą, a zaś za to bicie dostanom, a ja to zem sie nie dał namówić, jeno zem posed na dalabuskie pola i tam głogów nawykopywał i aż osiem prętów z korzyniami zem panu nauczycielowi zaniós. I zem zaraz z pola do pana nauczyciela zaniós, aby go ukontentować. I to mi pan nauczyciel mówi, ze mi za to wynagrodzi, a ja mówie, ze już zem nagrode dostał przed cztyrema latami, kiedy mi pan nauczyciel książke dał. A on mówi: Nie zapomniałeś tego jeszcze? Ja mówie: Nie, prosze pana nauczyciela. I na drugi dzień to zem też patrzał zeli te drugie chłopcy mu głogu przyniesą, ale sie nikt nie zdomógł i mu kierzków nie przyniós, jeno ja sam. I na drugom godzine, kiedy pan nauczyciel przysed to sie pytał tych chłopców, czy nie znajdli głogu, ale żaden sie nie odzywał. I potem mówił do mnie zeli jesce dwa głogi będe mógł znaleść, to mam je przynieść. To te chłopcy by mnie byli zahakali za to. I już tego samego dnia to zem mu te dwa żądane kierzki zaniós, aby pana nauczyciela ukontentować.

            I już to było coraz ciepli, to już też razu jednego my poszli po ziemniaki, aż na dalabuskie, było nas kilka, i tam prawie kopce odkryli, to my sie na te ziemniaki udali. I kiedy sie też ciemno zrobiło, to my sie dali w droge. I kiedy my już doszli do tego boreczku dalabuskiego, to sie kobiety przeżegnały, bo tam przy tym boreczku to miała familija pana Dalabuskiego smętarz. I ten pan to był ewangelik i jego ojcowie, to tam też były pochowane. To tam było gadane, ze tam sie duchy miały pokazywać, ale ja to zem zadnego ducha nie widział. I kiedy my do tego kopca nadesli i sobie tych ziemniaków nakładli do miecha i sie udali na powrót, to tak te kobiety strachu dostały, ale nie od tego, aby je kto uchwycił, jeno sie bały duchów. I to sie im tak w głowie popsuło, ze nie mogli do domu trafić i kiedy my mówili, ze mają tutaj z nami iść, one mówiły, ze my niedobrze chcemy iść i nas nie chciały usłuchać i posły też swoją drogą i my swoją. I też moja matka była między niemi i też nie chciała z nami iść, jeno sie przeżegnały i szły swoją drogą. I ja to zem też z temi szczęśliwie do domu przysed i powiadam ojcu, ze matka to z nami nie chciała iść i sły innom drogą sobie, ale ojciec to sie zaraz zabrał i my szli tych kobiet szukać. I my szli kawał tą drogą i niedaleko lasu królewskiego to my je znajdli i takie były skatajone, ze już sie nie mogły do kupy znaleźć i też ani nawet z nami nie chciały iść, jeno sie spierały z nami, ale sie przeżegnały i mówiły: Niech sie stanie wola boska i szły z nami ku domowi. I ojciec to wzion ten miech z ziemniakami od matki. I kiedy my przysli do domu, to już stróż gwizdał drugom godzine.

            I też ten gospodarz Stachowski to zabił świnie i ta świnia to miała trechiny. To już nasz nauczyciel, co on te świnie naglądał, to też posłał depesze, ze Stachowskiego świnia jest nie do jedzenia, to ma być zakopana. I już około wieczoru, to musieli świnie wywieźć do gmińskich glinek, bo tam zandarm przysed i to nakazał. I tak sie stało. Ale kiedy sie ściemniło to już Kosowska swego Andrzeja do mnie posłała, aby ty świni iść pilnować. I ja zem też zaraz posed z tym kolegom. I po mały chwili to przysed mój ojciec, Kosowska i matka i my te świnie wygrzebali i zanieśli do naszego domu. I już sie dali do pracy i świnie rozebrali i gotowali to mięso, co sie nie dało nasolić. I ja to zem też zaraz na drugi dzień musiał iść do Dolska po dwadzieścia fontów soli i to okrase nasolili i mięso, to my takom pieczyń mieli, jak jesce nigdy w naszem życiu. I tak my sie podzielili tą świnią i nam sie nic nie stało. Ale już na drugi dzień, to było słychać, ze świnie skradli, inni to znowu mówili: powstała. I też ta Kosowska to mówiła, ze to Pan Bóg tak dał, ze sie tak stało. My świnie zjedli i żyjemy do dnia dzisiejszego i my odm trechinów nie umarli.

            Nadsed już ten czas, za jazem miał wyjść ze szkoły. I już gdy zem posed na ten dzień, to nam pan nauczyciel dał ładnom instrukcyją, aby my dali byli posłuszni swoim przełożonym. I te drudzy to były córki i synowie gospodarskie, jeno ja zem był syn robotnika, to pan nauczyciel mówił, ze mam ojcu mówić, ze mnie ma dać za co uczyć. I potem nam dał szkolne poświadczenie i my mogli iść sobie do dom. I kilka dziewcząt to pana nauczyciela pocałowały w ręke, a z chłopców to ja jeno sam zem był, co zem go w ręke pocałował. Stało sie to piątego kwietnia 1896 roku, kiedy zem szkolnom godzine ostatniom zrobił. I na świadectwie szkolnem to zem miał wszytsko „gut”, jeno pisanie „genügend”. I już zem też sie trapił, ze zem miał to jedno niedobrze, ale sprawowanie to mi napisał bardzo dobrze. I kiedy zem też do domu przysed, to już zem ojcu powiadał, ze pan nauczyciel mówił, ze mnie macie dać za jakiego rzemieślnika wyuczyć, ale ojciec to sie śmiał i mówił: Za złodzieja cie dam uczyć. Tak zem zakończył szkołe i szkolne lata.

            Moja matka to też już pogadała z włodarzem i już od połednia tego samego dnia mnie matka posłała na pańskie do dworu Jaśnie Wielmożnego Pana Stablewskiego. I ten pierwszy dzień, to my ziemniaki zasadzali, bo tam nie było zadnego zameldowania, jeno dopiero gdy rządca przysed na pole, to każdego napisał. I tam zem miał na dzień dostać 40 fenigów i pracowałem od widoku aż słońce zaszło. Ale tam mi sie nie widziało pracować, bo ten włodarz Szopny, to tak klon na te dziewczyny. Jak sie która sprostowała troche, to zaraz mówił: Rób, stara babo, nie stój. A ten włodarz to gdy zobaczuł swego przełożonego, to by sie wnet nie przepad. I ten Jaśnie Wielmożny Pan, to on zawdy przysed, kiedy miało być połednie, ale on z ludźmi nie gadał, jeno niektóre to go za nogi obłapywały z tych starszych dziewuch. A po rękach to go wnet wszystkie całowały, ale mnie to sie nie widziało. I co dwa tygodnie to była wypłata. Kiedy my sie w sobote około ósmy tam poschodzili, to dopiero rządca posłał włodarza do księdza po drobne pieniądze. I to też włodarz to musiał tam i nazad godzine iść aż do Kunowa, zaś sie też chwilke zabawiuł tam u tego księdza. Potem też jak zwyczajnie to po drodze wsed do gościńca, bo w Tworzymirkach to gościńca nie było. I potem przysed do zarządu, to dopiero porachowali te fenigi i około pół do dziesiąty to zaczyni tych ludzi wypłacać. I ten rządca to miał wszystkich za głoskom pisanych. Więc ja zem sie też musiał, aż do ostatka tam postawić. I te dziewczyny, to też tam z tymi parobkami w sieni żartowały, a ten rządca nie móg tego cierpieć, to wzion bata co miał nad łóżkiem wisięty i zaczon te dziewczyny bić i mówił: Nie możecie być cicho? I my czekali za temi pieniędzmi aż do pół do dwunasty i potem mówi włodarz, ze ci co jesce pieniędzy nie mają, to mają przyjść jutro rano o ósmy. I ja to zem posed godzine późni, bo zem wiedział, ze to będzie tak dłuży trwało jak godzine. I kiedy zem tam zased to pan rządca jesce spał i te ludzie, to tak tam czekali, jak pies około gorący bryi. I około pół do dwunasty to zem dostał też te mojom wypłate, to już zem do kościoła nie mógł iść, bo było za późno. I te wypłate to zem też dostał samemi fenigami wypłaconom. […]. I tam już nie było zadnego przyjemnego słowa od tych dozorców usłyszeć.

            Na pierwszego maja to dał leśniczy ogłosić, ze przyjmuje ludzi do pracy i płaci po 80 fenigów, i praca od siódmy rano aż do piąty na wieczór, i godzina połednia i pół godziny śniadania. I ja mówie do moi matki, ze pójde do lasu pracować, tam zapracuje jesce raz tyle i tak długo nie będę potrzebował pracować. Zem był pewny, ze tam na nas nikt nie będzie klon i hałasował. I też już na początku maja, to zem tam posed to nas było chłopców czterech i dziewcząt sześć. I też z innych wiosek też klika tam przysło, jak z Małachowa, z Dolska, z Ługów, tak ze nas tam było dziewiętnastu do kupy. I kiedy już ósma godzina była to wysed ten leśniczy i mówi, ze mamy iść do dukta nr 102 i on tam zaraz przydzie. I mnie to też poznał i mówi: No, Jakób już ześ ze szkoły wysed – ja mówie: Tak. I on mówi: To mnie bardzo cieszy. Ale on to mówił w języku niemieckim, bo po polsku nie umiał. I kiedy my tam zasli na to przeznaczone miejsce, to nam pokazywał rozmaite drzewa: sosny, dęby, świerki i buki. Już było połednie to mówił, ze mamy zjeść obiad i on tu znowu przydzie. I po obiedzie to nas pooprowadzał po lesie i też nam rozmaite pytania wstawiał. Potem nasze imiona i nazwiska popisał. To już tymczasem zrobił sie wieczór i mówił, ze na drugi dzień to mamy przyść na podwórze i kto ma kart inwalidów to ma ze sobom przynieść, to mówił, ze mamy dzisiaj iść do domu. On zawdy mówił: na do dom. I na drugi dzień to my tam sie o siódmej stawili i jesce dwaj świeży i my pobrali narzędzia i my sli do szkółki. I on nam tak ładnie mówił, jak mamy co zrobić, a tym dziewczynom to każdy mówił Marynka, a nas to po imieniu zawdy wołał. I tam też każdemu jednemu te prace pokazał i my chłopy to robili dziury do flanców, a te dziewczyny to te flance sadziły. A ten leśniczy to mówił, ze mamy robić wolno a dobrze (…).

            I już na drugi dzień to sie do naszy szkółki też żmija wkradła. I te dziewczyny to zaraz zrobiły hałas i to my zaraz ją zaczyni bić. I ta żmija to sie taka zła zrobiła, ze sie owinęła w kłombek i na tego leśniczego prosto sie ciepła, tak, ze my z niom mieli do czynienia. A ten leśniczy to ją zawdy tak sprawnie uderzuł, ze zawdy ona odleciała. I kiedy ja też te sposobność miał, to zem ją tym świdrem tak szykownie wycion, ze zem ją zaraz na dwa kawałki przecion. I nawet ta połowa ty żmii sie na nas ciepła, ale już słabo, to my ją na kawałki drobne posiekali. I ten leśniczy to mówił, ze mamy takiego robaka zabić albo mu wcale dać spokój. I jak sie z takim robakiem bijemy i on sie na nas ciepnie to mamy tak uważać, co go zawdy trafiemy albo sie na strone wywijać, bo taki robak to kilka metrów poradzi skoczyć. I on zawdy jeno prosto skoczy, to go idzie lekko zabić i to sobie mamy pamiętać. Taką instruckyją my od tego lesniczego otrzymali.

            I też my te pierwsze dni to my dostawali odwiedziny. To też przysed nadleśniczy z Mosiny albo też z Poznania jakiś pan nas odwiedził, i też dość razy to nas odwiedzał ten pierwszy leśniczy z Łagowa, który się nazywał Hofman. I kiedy też już nas wszyscy poodwiedzali to razu jednego leśniczy mówi do mnie: Jakób, kogo chcesz mieć ze sobom to go mozes wziąć i jutro oba nie przydziecie tutaj jeno na podworze. I ja mówie, ze niech Kosowski ze mnom tam idzie. I to temu to powiedział i już na drugi dzień, to my sli na podwórze leśniczego. I kiedy my tam zasli, to już tam był parobek nie ten sam co tego czasu, gdy zem był u bydła, ale ta służąca to jesce tam była i też zaraz pani swojej powiedziała, ze Jakób tu znowu jest to nam będzie śpiwał. I ta pani wysła i mnie sie pyta czy już zem ze szkoły wysed. I mnie sie pyta, czy zem dobry Führungszeugnis dostał. Ja mówie, ze tak, a ona mówi jutro go tu przyniesiesz i mi go pokażesz. Ja mówie – dobrze. I to my mieli nakazane, ze mamy iść do drzewnika i drzewo przerzynać. I my też tam to drzewo przerzynali i my je zaraz też łupali na drobne i ładnie układali. I ta służąca to tyle obiadu tam ugotowała, co my to zawdy zjedli co nazbyt zostało (…). I na drugi dzień to zem tam to szkolne poświadczenie ze sobom wzion i ty pani pokazał. I ona je też zaraz przejrzała i mówi, ze to jedno genügend też tu jest niepotrzebne i mówi, ze zem sie miał lepi pisać uczyć i mówi, ze go też panu pokaze. I kiedy pan leśniczy na obiad przysed i to poświadczenie mu ta pani pokazała, to i on na mnie łajał, ze kiedy zem to wszystko dostał gut to i o to jedno zem też mógł tyle starać, co bym gut dostał. I mówi ten leśniczy, ze on z tego nie jest zadowolony (…). I my też i w ogrodzie kilka razy pomagali, i też my jesce innom prace robili. I tam to też było bardzo wesoło pracować i już za widoku my do domu przysli. Włodarz to jesce na dziewczyny klon, to my już koło nich sli ku domowi i tak samo rano ci na pańskiem to już byli spoceni to my dopiero do pracy sli. Taka wielka różnica była między tą i ową pracą.

            I też już nadesed dzień świętego Jana Chrzciciela, to my też przynieśli ziela z Czarnego Kału na korony, aby też naszą Bożą Mękę ustroić. I te dziewczyny to uplotły korony. I tam też stały w tych Tworzymirkach aż trzy te Boże Męki, jedne stroiły dziewczyny ze wsi, do który i ja sie należał, druga to stała w ogrodzie Jaśnie Wielmożnego Pana Stablewskiego – te stroiły dziewczyny z pierwszych czworoków od Dolska, a ta trzecia to stojała na krzyżowy drodze, która do naszego kościoła kunowskiego prowadziła, a ta druga droga to prowadziła do Dalabusków i te Bożą Mękę to stroiły dziewczyny z tych pierwszych czworaków z Kunowa. A ta jedna partyja chciała swoją Bożą Mękę lepi ustroić jak druga. I kiedy my też tych zielów przynieśli i tym dziewczynom dali, aby te korony upletły, to tam sie każdy staral, aby sitowia naosmekać i też rosotniku kwitnącego narwać, aby nasza Boża Męka była najładni ustrojona.

            A kiedy my sli od pracy to mi mój kolega mówi: Wiesz ty Kuba, co ja ci coś powiem, zeli nam sie uda, to my będemy bogaczami, bo moja babusia to sie modliła wczora na zapłociu i widziała, ze sie tam koło ty kamionki paluły pieniądze aż na dwóch miejscach, i te pieniądze to musiały być złote, bo żółte prominia wydawały. I mnie już moja babusia nauczyła jak je sie też może wydostać. Musimy mieć do tego wode święconom i dwa palma i krede święconom i łopate, i to miejsce się pokropi, ale nie do sie, jeno od sie, potem sie położy te dwa palma na krzyż i sie to miejsce obkryśli i potem sie na to miejsce układzie i sie czeka aż sie te pieniądze zacznom palić. I już my byli oba ujednani, a na wieczórto już my sobie te wszystkie ceremonije przyszykowali. I już mój towarzysz do mnie przysed i mnie też jesce nauczył, ze kiedy tam będziemy na tych pieniądzach leżeć, aby jaki duch nam sie pokazał to będemy mówić: Wszelki duch Pana Boga chwali. Jak będzie dobry duch to nam odpowie: I ja go chwale. To mu powiemy tak: Idź do tego, co jest niebo i ziemia Jego. A kiedy będzie zły duch to nam odpowie: I ja go nie chwale. To mu odpowiemy: Idź na drogi rozstajne i na przepadliska wieczne. Ale mysimy być śmiałymi i sie nie zlęknąć. I tak my też sie ze wszystkim wybrali, ale o tem my nikomu nie powiedzieli. I już około pół do ósmy to my tym dziewczynom pomogli te Bożom Mękę ustroić i tak jak im sie podobało. I też sie kilka razy zaczyny umawiać, bo jedna to tak, druga to owak chciała. I kiedy ta Boża Męka była ustrojona (ona stała w ogrodzie tego już wymienianego Markowskiego) to my około ni posiedli i my naprzód zawdy zaśpiwali najpierwszą pieśnią do świętego Jana: „Witaj Janie …”. I ja zem też te pieśni chętnie śpiwał, ale w ten dzień to jeno zem myślał o tych pieniądzach. A mój młodszy brat to też posed nazrywać gałązków lipowych do ogrodu Jaśnie Wielmożnego Pana Stablewskiego, bo tam to było mówione, ze we którym domie sie nie znajdują lipowe gałęzie, to w tym domie kusić będzie. Ale mój brat młodszy to sie zmyluł i zamiast przynieść gałęzi lipowych to przyniós gałęzi olszynowych i to dopiero my na drugi dzień zmiarkowali.

            A kiedy my już te pieśnie przestali śpiwać to ja sie z moim kolegą zabrał i udali my sie po te pieniądze na te kamionke. I kiedy my tam zasli to my z wielkim spokojem to miejsce okropili święconom wodą i potem my to miejsce określili i te palma położyli koło nas na krzyż i my czekali aż będzie stróż dwunastą godzinę gwizdał. I kiedy my stróża usłyszeli, ze już gwizda dwunastą godzine, to my sie pokładli na te święcone palma i czekamy rychło sie te pieniądze zapalom i sie nam pokażom, ale niestety już stróż gwizdał pół pierwszy i pierwszom i te żądane pieniądze nam sie nie pokazujom, więc my jesce chwiłke czekali, ale wszystko na podaremno i z jakom wielką ochotom my po te pieniądze sli z takim smutkiem my sie powrócili. I gdy my szli koło jego babusi domu, to ta babusia siedziała na pnioczku od rombania drzewa. I my jej sie nie uzalali, ze ani zły, ani dobry duch nam sie nie ukazał i też piniędzy my nie widzieli. Ale ta babusia to mówi: To jednak dla was te pieniądze nie musiały być przeznaczone, bo zeby dla was były, to by wam sie pokazały. I tak nas ta stara Szymosiowa pozbyła w te noc świętego Jana.

            I kiedy my szli do pracy na drugi dzień, to my sie też tak mondrowali, ze to lepi by było, zeby my tam nie szli, bo to pewnie jest jeno wszystko głupota i pieniądze sie wcale nie palom, jeno tak ten naród o tem gada, a sam sobie nie wierzy. I kiedy my z lasu szli do domu, to my też do wron wchodzili aż na najwyższom sosne i gdy było większe, to my je wybierali z gniazdów. I to była kilka razy ładna pieczyń z nich. Jeno jednego razu, to zem sobie też moje spodnie tak nieszczęśliwie zahocył o sęk, ze zem je sobie rozdar od góry aż do dołu tak, ze jeno zem je musiał do kupy witkami powiązywać i kiedy zem do dom przysed to mi je matka też musiała sporządzać.

            Razu jednego to kiedy my szli od pracy to nas spotkało pare panów i nas sie pytali skąd idemy. Ja mówie: od pracy. A gdzie pracujecie? U leśniczego. Dość tam macie na dzień? Osiemdziesiąt fenigów. To jest bardzo mało – oni do nas mówiom. A ja mówie: U pana Stablewskiego to my jeno po czterdzieści fenigów dostali. I potem te panowie mówią – zeli nie wiemy o ptakach –Tak, o więcy jak o jednym – A gdzie? Tam koło Łysy Góry, koło Czarnego Kału, około zbójnicki Boży Męki. A oni nam mówią, ze nam dadzą po marce każdemu za każdego ptoka co im pokazemy. I my już sie udali i posli im kilka ptoków pokazać. I te panowie to sobie jeno do książki to pisali i mówili: Dzisiaj już jest dosyć, jutro to będziemy więcy szukać. I te panowie to nam dali kazdemu po dwa talary i mówili, ze przez kilka dni to znowu przyjdom, to im mamy o więcy ptaszkach powiedzieć. My już kilka gniazdków naszukali, ale te panowie to już nam sie więcy nie pokazali. I też my mieli wielkom radość, bo to było wielkie szczęście dla nas. I też razu jednego, to też my tam jedną paniom natrafili. Ona sobie chodziła po lesie z dwoma chłopcami. I gdy my koło ni przechodzili, to my mówili: Dobry wieczór i ta pani to nas zaczena wyzywać po niemiecku, ze tu w królewskim lesie to mamy po niemiecku gadać. A my jej mówili, ze ona ma trzymać trumbe, bo po ni dostanie i byliby my jej wnet po trumbie dali, ale ze tam też sie innych ludzi po tym lesie kręciło, to my tele odwagi nie mieli. I my ją też wyzywali po niemiecku: Głupia świnia, głupia gęś i jak my jeno umili.

            Razu jednego to też mojemu bratu coś do głowy przysło i wzion mały dzbanuszek i posed do lasu po jagody i mówił sobie, ze kiedy ja przyjde do roboty, to on będzie przy drodze te poziomki rwał, to mnie będzie widział. I ja zem nad wieczorem jak zwykle do domu przysed, a matka to mnie sie pyta: Stacha ześ nie przyprowadził. – No, nie, odpowiadam, ja go wcale nie widział. I matka już zaczena płakać, ze jej dziecko robaki zeźrom. I jesce my tego samego wieczoru posli mego młodszego brata szukać. I już na próżno to było. My go tak wołali, co my jeno gardła mieli, aż sie po całym lesie rozlegało: Stachu, Stachu, ale wszystko na próżno. I już matka tak sie napłakała. Późno w noc my przysli do domu. I już na drugi dzień to go matka posła zameldować na policyją, ze jej synek zginął. I latala po lesie cały dzień. I już koło wieczora to go jedna dziewczyna przyprowadziła do Tworzymirek. Jemu sie w głowie zakołowróciło, zamiast do Tworzymirek iść to sed w innom strone i posed aż za Dolsk do Lubiatowa. I tam sie go ludzie pytały gdzie on idzie, a on mówi: do Tworzymirek. To go tam też uchwycili i mu nie dali samemu dali iść.

            I kiedy zem na te wioske Lubiatowo przysed to mi sie też przypomina, ze tam w Dolsku to jeden nauczyciel niemiecki z nazwiskiem Semer to tak jedno polskie dziewce mocno zbił w szkole, ze na drugi lub trzeci dzień to już umarło. I tam było gadane, ze ten nauczyciel to za to nie był wcale ukarany, jeno Niemcy wszystko zataiły.

               Przypomina mi sie też kiedy zem posed do Dolska na strzelnice. I tam to też zem słyszał po raz pierwszy, kiedy na trumbach grali „Jeszcze Polska nie zginęła”. I tam też były wygrawki i tam wołali: Ostatnie trzy losy po groszu. I ja tam zem nie miał szczęścia, bo zem trojaka przegrał com go dostał i nic zem nie wygrał. I mój krzesny to tam miał korone opasanom, bo on tego roku został królem strzeleckim. Był on obywatelem polskim z nazwiskiem Źakowski.

            I już na pierwszego lipca to była ta praca tam w tym lesie zakończona. I kiedy my te prace skończyli, to nas leśniczy zaraz powypłacał i my też te narzędzia zanieśli na podwórze. I my tego dnia już około trzeci po obiedzie byli w doma i my ten cały dzień zapłacony dostali. Na drugi dzień, to już włodarz sie dowiedział, ze już zem jest w doma i przysed do nas i mówi, ze rządca kazał mi powiedzieć ze mam przyść do roboty. I ja zem też sobie czasu nie zmudził i zem posed do pracy znowu na pańskie do Jaśnie Wielmożnego Pana Stablewskiego. I już w niedziele to zem miał moje urodziny i skończyłem lat czternaście 3 lipca 1898 roku. I już zem dali pracował na tem pańskiem, ale tam zem tak dobrze nie miał. I kiedy zem tam dali pracował, to my tam obhakiwali cukrówke od rana, a potem my siano przetrząsali […].

            I razu jednego to też my musieli sól składać. I to mi też tak mocno ciężko to przysło, bo te miechy od ty soli to były o wiele większe jak ja, ale zem sie też nie chciał podać, ze zem jest słaby, to zem też te miechy tak porówno z drugimi nosiuł. I tak samo przy składanu siana, to zem sie tak skatajuł, ze już mi dechu brakło, ale zem sie naprzód nie dał nikomu. I po kilku dniach to my dostali nowego rządcę, którego sam arcybiskup Stablewski tam nadesłał. I te pierwsze dni to też tam ładnie z nami pomówił, ale po kilka dniach, to też tak samo na dziewczyny umiał kląć, jak ten co tam wprzód był, i jesce lepi, bo i nawet suki tym dziewczynom umiał mówić. I też był to jesce samotny rządca i o nim to też tam było gadane, ze on też nic nie warcien jest i też za dziewczynami patrzy.

            I razu jednego to my też wyrywali zielsko z pyrek i te ziemniaki to też były miejscami tak zarośnięte ze łętów widać nie było. I zdarzyło sie to też przed połedniem w sobote, to przysed tam na to pole sam Jaśnie Wielmożny Pan Marjan Stablewski. I to sie też te dziewczyny tak zaraz uwijały, ze jedna chciała zrobić więcy jak ta druga. I niestety my na lewym rogu to takie zasrosnięte te radlonki trafili, ze my z temi pierwszemi nie mogli przyść razem. Było nas to czterech i ten JWP Stablewski to zobaczył i mówi: Kiedy z temi pierwszemi nie mogom zdążyć, to ty płaty dostać nie mogom. I to nasz włodarz to mówi: Proszę JWP te pierwsze radlonki to są gołe, a w tych to ani łętów nie widać. A ten JWP mu mówi: A wy Szopny trzymajcie gębe, czy ja was sie o to pytam? I ten włodarz sie zapaluł, jakby mu kto ognia na twarz nasypał i nic nie mówił więcy. I ten JWP sie tam jesce też małom chwilke pobawił i sobie posed. I już tymczasem włodarz mówi: Róbcie połednie. I po obiadzie to już my znowu te drugie dziewczyny dogonili. I na wieczór to już było ogłoszone, ze wypłata dopiero w niedziele rano będzie o pół ósmy.

            I ja zem też tam posed dopiero o dziewiąty, bo ja zem też wieział, ze ja dopiero zem był na ostatku pisany. I kiedy zem też i ja na kolejke przysed, to tam ten włodarz nas po jednemu do zrządu dominjalnego wpuszczał. I już te co też na te nieszczęśliwe radlonki trafili, to już mieli łzy w oczach, ze zamiast po 70 fenigów to im jeno po 40 fenigów na dzień wypłacił. To i ja zem już wiedział, co i mnie będzie czekać. I tak sie stało. Kiedy ja zem był na kolejke, to już mi ten nowy rządca mówi: Na rozkaz dziedzica mam ci jeno po 40 fenigów wypłacić i ja zem to też uznał, ze jest niesłusznie, jak włodarz to mi powiedział, ale to jest rozkaz dziedzica. I mi samemi fenigami te dwanaście dni zapłacił. I mnie sie markotno zrobiło i zem do domu przysed ze łzami w oczach. I moja matka i ojciec to byli w kościele, ale ja to już nie mógł iść do kościoła, bo ta wypłata tak długo trwała, ze już wnet ludzie mieli wyjść z kościoła. I kiedy ojciec najprzód do domu przysed i ja mu to powiadam, to mówił, ze zem mógł mu te fenigi w ślipie ciepnąć. Od rana czwarty aż do wieczora pół dziewiąty za 40 fenigów robić, to już by sie mogli samego Boga bać. I potem matka gdy do dom przyszła, to już to wiedziała, bo to ja nie sam to szczęście miał. I już mówie: Jutro to pójde sobie gdzieindzi pracy szukać, co więcy zarobie. I już gdy mój ojciec sed do torfu rżnięcia, to ja zem też wstał i miałem zamiar iść do Gostynia do Schulca, majstra brukarskiego sie spytać, czy dla mnie pracy nie ma. I kiedy zem już sie zabrał, to zem posed do tego rządcy i mu to mówie, ze za te pieniądze robić nie mogę. A on mi mówi: Tak dziedzic rozkazał, moja to wina nie jest. I ja zem też już kazał twojej matce powiedzieć przez włodarza. I ukończyłem tam te prace 16 lipca 1898 roku.

            I już 18 lipca tego samego roku to zem sed ty pracy szukać, jak zem już napisał. I kiedy zem od tego rzący wysed to zaraz zem sed przez Kunowo i zaledwie zem za Kunowo wysed to zem tam trafił dwóch panów Niemćów. I ja zem też na nich wejrzał i ten jeden pan mówi do mnie po niemiecku, gdzie ja idę. Ja mówie: pracy szukać. A on to mówi, ze mam tu u nich zostać, oni dla mnie prace mają. I ja zem myślał, ze oni sobie ze mnie kpiom. I potem mi mówi, ze ich mam zaprowadzić do jakiego gościńca. Ja mówie: tu tylko jest jeden. – To wystarczy. I już mi dał ten majster, który sie nazywał Lindeman, mały kuferek do niesienia i mówi, ze też mogę go nieść. I my szli do gościńca. Oni tam obiad obstalowali sobie. I ja to gdzie zem miarkował, to miałem iść ludziom powiedzieć, ze tu jest majster od kanału, to on ludzi potrzebuje do szlamowania kanału. I to już sie kilku zgłosiło. I potem mnie sie pyta, jak sie nazywam. Ja mówie: Jakób Wojciechowski. To on mówi: No, Jakób to już wystarczy. To też już mówił, ze mam dzisiaj iść z tym panem do Gostynia i z Gostynia to mam zaraz iść do domu i ludziom powiedzieć kto chce przyść do pracy, to może przyść, chłopy dostanom po 3 marki dziennie, a dziewczyny po 1 marce 75 fenigów dziennie. I już zem to zrobił, to zem też chłopom to powiedział w Tworzymirkach i kilku dziewczynom to już na wieczór sami posli do gościńca sie spytać, czy to prawda jest. I już na drugi dzień to sie nas tam kilku nazbierało i to my wszyscy poszli do Gostynia na dworzec i tam my pobrali te potrzebne naczynia i potem my poszli do jedny śluzy i tam my ją zamkli, a te drugom otwarli i to woda odciekała, to te chłopy i dziewczyny zaczyni ten kanał szlamować. A mnie to ten majster napisał liścik i miałem iść do Gostynia do redakcji gazety niemiecki i tam miało być ogłoszone, ze jesce ludzi potrzebuje. I to mi też dał coś pieniędzy, co zem zaraz tam zapłacił. I kiedy zem na powrót przysed, to już mi też kazał iść do Małachowa i tam miałem ludziom powiedzieć i stamtąd miałem też zaraz iść do domu i jutro rano znowu przyść. I my tam pracowali od siódmy rano do wieczora siódmy i pół godziny śniadanie, godzine obiad, i pół godziny podwieczorek, a w sobote to my też robili jednom razom aż do drugi po obiedzie, to my mieli wolne, tak, ze o drugi, to my już mogli iść do domu. I już tam sie też ludzi naschodziło tyle, ze miał dosyć. A ja to tam zem jeno był za latacza, to zem posed na poczte, do gościńca majstrowi po obiad o jedenasty. I ten majster to mnie też zawdy, gdy zem nie miał co robić, to wzion do tego tam celta zbudowanego i mnie uczył po niemiecku. To zawdy gdy zem miał po co iść, to zem zawdy musiał każde słowo powtórzyć, co on mi powiedział i miałem nakazane głośno gadać i każdemu śmiało do oczu patrzeć, jak zem z kim gadał. I już w pierwszym tygodniu to mówił, ze jeno po niemiecku mam gadać. I mam to też zawdy w sobote to tam z Poznania też zawdy jakieś panowie przyjeżdżały, to ja zem po nich chodził na dworzec do Gostynia, to mnie ten majster też nauczył jak mam mówić.

            […] I gdy zem na ten dworzec posed do tego Gostynia, to już po mały chwiłce pociąg nadesed i ja już zem tego pana poznał, bo on miał mape skórzanom pod pachom i mały kuferek. I ja zem do niego śmiało przystąpił i kapelusz z głowy zdjon, śmiało na niego wejrzał i mówił to pozdrowienie i sie troche ukłonił. Potem zem mówił, ze zem jest tu przysłany od pana Schachtmeistera Lindemana, czy jest pozwolone kuferek nieść. A ten pan mówi: Proszę, proszę ładnie. I ja zem wzion ten kuferek i ide naprzód. I kiedy zem do ty szosy przysed, co do Kunowa prowadziła, to on mówi: My to najprzód na miasto pójdziemy i posukamy jakiego hotelu. I ja zem go też zaraz prowadził do pana Zabańskiego hotelu i stanołem koło drzwi, a on sie popatrzał i mówi: Ja już widze, tam do tego drugiego hotelu pójdemy. I zaraz ja znowu sed naprzód i to zem drzwi otwar i on za mnom zaraz sed, i ja te drzwi przytrzymał, aż ten pan nie wsed. I on mówi: Dziękuje ładnie. I my przesli przez te izbe zwyczajnom i sli do drugi izby, to on mówi, ze mam ten kuferek na krześle położyć i zaczekać w ty pierwszy izbie na niego. I ja to zem sie też pooglądał i tam też była gazeta niemiecka do czytania, zeli sie nie myle to był Posener Anzeiger i to zem też te gazete pilnie czytał. I już po chwilce to mnie sie pyta, czy mogę czytać. Tak – i zaraz mu zem zaczon czytać, chociaż zem nie rozumiał co zem czytał. I on mówi, ze ładnie. I potem my sli do ludzi i naszy pracy. I kiedy my przysli na te szose, co do Dusiny prowadziła, to mi sie pyta: Co to jest tam za wieś. Ja mówie: Daleszyn. – A co tam za fabryka? – Mączkarnia. – A na ty górze co to za wieś? – Ostrowo – ja mówie – chcemy tutaj tędy iść, to mamy bliży. I to my też już tymczasem byli na miejscu. Potem mi ten pan kazał ten kuferek położyć, i ja zem wzion tablice, a ten pan uszykował swoje lornetki i odmierzył od jedny aż do drugi śluzy. I kiedy my te miejsca poodmierzali, to już mi kazał tablice do kupy ścięgnąć, bo ona sie na trzy razy wyciągała. Potem to mi kazał wszystkich do kupy pozwoływać i ten pan te listy od tego Schachtmeistera przeczytał, dość który ma dni i sobie siednuł chwiłke i popisał temu p. Schachtmeistrowi narachował pieniądze i powiedział: Jakób to dostanie w Gostyniu wypłacone, bo jesce ze mnom tam będzie musiał iść. I to my szli do tego Gostynia oboje. I ja to już zem nie móg tego czasu doczekać dość ja dostane ty wypłaty. I kiedy my do tego hotelu zasli,  to ten pan wycięgnuł ze swojej portmanejki i mi dał dwanaście marek. Więc zem od radości, to ani do domu nie móg trafić, bo mój ojciec to jeno od torfu kręcenia tylko pięć talarów przyniósł na tydzień. I jesce też musze napisać, ze zem mu dziękuje ładnie mówił, gdy zem te 4 talary dostał. I kiedy zem matce te cztery talary na stół położył, to matce by wnet dechu brakowało. I ja mówie: Co mnie JWP Stablewski też ukrzywdził, to zem tyle więcy zarobił. I to też już znowu matka z ojcem posła do miasta i też kupili temu młodszemu bratu ubranie…

            Nadesła znowu sobota, to już zem był znowu tam po tego pana, który miał z Poznania do nas przyjechać, posłany. I kiedy mi ten pan Lindeman znowu kazał po tego pana iść, to znowu zem mu to praktycznie musiał najprzód przywitanie tego pana pokazać. I on mi mówi, ze jesce śmieli i weseli mam mu w oczy wejrzeć. – Na więc biegaj. Kiedy zem tam na ten dworzec posed, to już zem czytał, ze ten pociąg z Leszna to ma 30 minut zapóźnienia. To zem też tak czekał i zem sie też przyglądał tym tam wywieszonym i poprzylepianym na ścianach planom, ale zem też sie nie mógł zrozumieć. I to zem sie spytał jednego pana, który na ten sam pociąg czekał, aby mi ten plan wyjaśniuł. I ten pan to tak był rzetelny i to mi zaraz tak wiele napokazywał. Ten pan mi najprzód te mape pokazał, potem te droge kolejową, który nomer ta droga ma, to mam najprzód na mapie, a potem na tym planie odszukać. […] I już ten pociąg z Leszna nadesed i ja to zem sie postawił koło ty budki, co ten urzędnik biletki ludziom naględowal i odbierał. I już też ten mój pan z Poznania, którego zem oczekiwał sie dał widzieć. I ja zem mu to pozdrowienie i te prośbe tak wypełnił jak mi było kazane, a ten pan zaraz mi dał swój kuferek do niesienia i my szli do naszy pracy. I kiedy my przechodzili koło zamku pana Schulca to mi sie pytał: Kto tu mieszka? Ja mówie: Pan Schulc, ten co buduje szosy tu po tych okolicach. I to nie był ten sam pan co zeszłego tygodnia, jeno inny, ale też Niemiec. I kiedy my też tam zasli do ty drogi, co szła do Daleszyna, to tam stojały dwie Boże Męki. A on mówi do mnie: Na co tu stoją te dwa krucyfiksy? – A ja mówie: Na pamiątke. – Na jaką? – Bo tutaj zabili właściciela tego zamku, co go tam widać. – A kto go zabił? – Ja mówie: Zbójniki. I potem to mówi: Jak długo jesce musimy iść? – Ja mówie: 15 minut to my tam już są. […] I mnie to też zaraz tam wypłacił i mówi: ze zem go usłuchał, to mi te obiecane 25 fenigów też dziennie wypłaci, i zem dostał 13 marek 50 fenigów. […] I kiedy już ta sprawa była była zakończona, to ten pan Schachtmeister Lindeman mówi: No Jakób, to bierz kuferek. A ten pan z Poznania to mówi: To jest też prawy Jakób, jak mi sie na dworcu przedstawił tak śmiało, to aż zem sie zląk. I ja zem sed z tym kuferkiem naprzód, a ten pan Schachtmeister Lindeman to sed z tym panem z Poznania powoli za mnom. I kiedy sie oba pożegnali to na mnie zagwizdnął, ze mam zaczekać. I kiedy zem na niego zaczekał to on mówi: ze możemy iść wolno. I gdy my w drodze byli, to mi ten pan mówił, ze mnie pan Lindeman pochwaluł, ze sie dobrze ucze i skoro sie tak dali będe uczył, to sie wnet po niemiecku naucze i to mi sie przyda na przyszłość. I mam tak dali pracować i kiedy będe starszy to mam na ochotnika do wojska wstąpić i zostać służyć. A ja mówie, ze ci co tu przy wojsku byli to sobie narzykajom, ze tak źle jest. A ten pan mówi, ze nieprawda, kto jest posłuszny to i bardzo dobrze ma przy wojsku […] A ja to zem też temu panu asystował, bo zem miał nadzieje, ze może mi z jakie 50 fenigów piwnego da. I kiedy my do tego hotelu zasli, to już zem sed naprzód i zaraz temu panu drzwi otwar, i kiedy on wsed, to ja za nim. I kiedy ja zem ten kuferek położył na krześle to mówi: Zaczekaj jeno, i wyciągnuł ze swoi potmanejki 2 marki i mi je dał […].

            I kiedy zem do domu przysed to zem mówił do matki: Ale dzisiaj to zem więcy do domu przyniósł jak ojciec. I tak sie stało, bo mój ojciec to jeno przyniósł 15 marek, a ja 15 marek i 50 fenigów. Ale w tym naszym domie to sie też żaden fenig nie mógł uchować, bo wciąż brakowało.

            I znowu my tam pracowali cały tydzień. I już w piątek gdy zem posed na poczte to mi też było powiedziane, ze tam mam memu majstrowi powiedzieć, ze on ma sam tam przyść, bo nadesły pieniądze i list, to zem temu majstrowi powiedział. I to już tam ten list z Poznania nadesed, ze już ta praca tam ma być w sobote zakończona, jeno jeden tam ma zostać i ten szlam ładnie poplanować. Ale tym ludziom to też mało na tem zależało, bo to byli sami gospodarze i córki gospodarskie. To już w sobote to nas ten pan Schachtmeister Lindeman powypłacał i mnie to powiedział, ze ja tu mam dali pracować i te ziemie równać. Ja mówie: dobrze. I już my te wszystkie narzędzia pobrali i zanieśli do Gostynia, to sie z nami majster pożegnał i pojechał sobie. To już dla nas też ten tydzień był skończony. I ja zem ten tydzień to dostał po dwie marki wypłacone. I w sobote to też tam te chłopy posli do gościńca, to na mnie wołali, ze mam dać na kwarte wódki, ze oni na mnie robili, a ja to zem jeno po psiech zberach latał, ze zem jeno mondrym pyskiem swoje pieniądze zarobił, a ja to sobie posed swoją drogą i oni mogli gadać co chcieli. Ale ze ja tam miał jesce dłuży pracować to oni wcale nie wiedzieli.

            I na nowy tydzień to zem sam tam pracował. I ci ludzie co tam przychodzili to sie ze mnie śmieli, ze ja zem jest głupi, ze za to nic nie dostane i tak dali, a ja zem sobie nie dał nic powiedzieć jeno zem ten rozkaz wypełnił, co mi był nakazany. I już w sobote to koło wpół do jedenasty to jakiś nieznany pan tam przysed i mówi do mnie: Mojn. Ja mówie: Mojn Herr. I on mówi: Jakób Wojciechowski? Ja mówie: Tak. Pracowaliście wszystkie dnie? – Tak, zem mu odpowiedział. I ten pan wyciągnoł list ze skórzany torebki i tam zem swoje nazwisko podpisał. I ten pan mi wypłacił 12 marek […].

            I tak samo pracuje dali na nowy tydzień. I już około połednia to sie tam jeden z łopatom i kuferkiem na plecach ku mnie udaje i pijany, ze ledwie móg na nogach stać. I kiedy do mnie przysed to mówi: Dobry dzień, Jakób. I ja zdziwiony mówie: Dobry dzień – I kiedy on swój kuferek położył to mówi: Jakób, ja cie mam pracować nauczyć, tyś jesce jest młody. To dzisiaj zrobiemy wieczór, ta praca nam jest otaksowana na trzy tygodnie, ten pan, co tu był w sobote to ją tak otaksował. I ja zem koło niego usiad i my sie oboje mondowali. Aż koło wieczora to mój kolega już wytrzeźwiał i mówi, ze sie nazywa Karl Millich i on tu będzie tak długo, aż sie ta praca nie skończy, ale sie mamy tyle starać co ją przez 3 tygodnie wykończymy. I potem to my sli oba jemu w gościńcu kwatere zrobić i zem sobie sed do domu. I on mówi: Jakub, jutro to tu o siódmy sie staw. Ja mówie: Dobrze.

            I już na drugi dzień to my tam też zaczyni dali pracować, ale my sobie tam rękawów nie powyrywali. I my tak sie musieli starać, aby tego pana, co nam te prace otaksował nie zahańbić. I ten kolega to był Niemiec i on też już mnie nauczał co to dyscyplina jest. I mówi, ze jak na przyszłość będę miał z moimi dozorcami do czynienia i on mówi ze jest źle zrobione, to nie śmiem na to nic mówić. I ze nie śmiem sie nikomu, co mają moc nade mnom odmówić. I to on mi takie przykłady dawał, aby ty dyscypliny sie nauczyć. I dnia jednego to też tam było tak mocno gorąco i tam też te Polaki z Galicji, to w tem gorącu pracowali w swoich długich drelichowych palitotach i w barankowych zimowych czapkach. I kiedy oni koło nas przechodzili to ten Millich mówi, ze sie ich mam spytać czemu oni tych długich mantli nie zrzucom. I ja to ich sie spytał po polsku. To oni mówili, ze oni sie nas nie pytają, czymu my sie zewlekli aż do koszuli. I to my sie dziwili, jak ten naród może tam tak pracować w takiem grubem obliczyniu.

            I już w piątek to dostał Millich pocztówke, ze w sobote to mamy osobiście iść na poczte i sie tam mozemy podpisać, ze my te wypłate odebrali. I już w sobote to my koło 11 godziny już po kanale sli do Gostynia na poczte. I już o dwunasty to my te naszą wypłate dostali wypłaconom i to my sli po kanale ku domowi. I już kiedy powietrze było czyste to my sie zaraz udali do domu. I na pańskiem to jesce ani podwieczorku nie robili, to ja już zem był w domu. I tam to te dziewczyny zarabiały po 70 fenigów na dzień, od czwarty do ósmy wieczorem. I przez poczte to zem też zawdy otrzymał 12 marek tygodniówki.

            I na nowy tydzień to już miał tam znowu jeden przyjechać. I kiedy my po niego zasli, to my ten kanał mierzyli od Gostynia aż do Kunowa i potem aż do Szczodrochowa. To my sobie ten dzień żmudzili tak, ze my do naszy pracy nie przyszli. […] I kiedy my to wymierzanie ukończyli to my tego pana odprowadzili na kolij, bo on miał ze sobom te tablice i te narzędzia do ustawiania lornetków. I to my temu panu zanieśli na kolij i oddali na wagon transportowy, co zaraz z naszym panem sed razem. I on mówił, ze sie mamy postarać, co ten tydzień będemy z tą pracą tak daleko, ze już będzie skończona.Ale Millich to mówi, ze my sobie tyle żmudzili. I już ten pan mówi, ze mamy robić więcy godzin, co te prace wykończemy. A Millich to mówi: To musimy co dzień dwie godziny dłuży robić. – To róbcie. Więc my też co dzień dwie godziny dłuży pracowali, ale my nie potrzebowali pracować, bo my te prace już i tak mogli wykończyć…

            I moja matka to też musiała chodzić sześć dni na pańskie odrobić za to, ze nam J. W. P. Stablewski na swoją rolę gnój wzion, co my na jego ziemi też mogli ziemniaki sadzić. I przy tych kobietach to nie był ten włodarz co tak klon, jeno jeden drugi co tam był na łaskawym chlebie. On sobie dał tam przez nieostrożność ręke urwać, przez to został włodarzem i miał jeno te drugom partyją pod sobą. Ale on tak klunć nie umiał jak ten pierwszy włodarz.

            A na niedziele to już wyprawiał J. W. P. Stablewski winiec dla swoich ludzi. I to już po nieszporach to sie tam pozbierali wnet wszyscy przez wyjątku. I stelmach to grał na dudach, a Tomek owczarza na skrzypcach. I to sie tam wybrali przed zamek J. W. P. Stablewskiego. I tam to sie też Jagna temu J. W. P. Stablewskiemu przedstawiła z tym ładnie ustrojonym wincem i upadła J. W. P. Stablewskiemu do nóg i oddała mu ten winiec. I on im też pewnie cokolwiek za to dał, ale przytwierdzić tego nie moge. I potem też my sie udali do stodoły na bojewice i tam sie też ten taniec zaczon. To tam tańczyli młodzi i starzy, wielcy i mali. I ja to zem też tam posed i zem też tam tańczył z mojemi równemi dziewczynami. Chociaż my sobie jeden drugiemu po plecach deptali, ale to tak źle nie było. I ten winiec to sie odprawił tam w ty stodole, gdzie była zwieziona pszenica. I to sie też ze mnie śmiali, ze sie nie boje dziewczyny. I już w ciemnom noc to sie ta zabawa skończyła. To te dziewczyny zaśpiewały polską piosenke: „Czas do domu czas” i sie ten winiec tam zakończył.

            A już na poniedziałek, to zem też znowu dali pracował przy tym kanale. I mój kolega Millich to też dopiero mi sie wstawił około połednia. – Mówił do mnie: Dobry dzień. – I mówi dali: Jakób dzisiaj to sobie zrobiemy jasny poniedziałek. I tak my też zrobieli, bo już ostatni tydzień my tam pracowali, a ta praca to nam musiała na cały tydzień wystarczyć. To ja zem też już zawdy około czwarty sed przez Góry kunowskie zaraz do domu. I tak jak zem już pisał, ze moja matka miała miała za gnój odrobić, to też tam te dnie pracowała, ale jej też ta praca bardzo ciężko przysła, bo już znowu w ciąży chodziła, to ja zem też zawdy posed i ją wyręczył. To ona posła do domu i ja za niom pracował aż do ósmy wieczór. I tam te niewiasty to były wnet jedna, jak i druga w ciąży, bo ta maluśka wioska Tworzymirki to zawdy wydawała dobre owoce, bo zawdy co rok to sie z jakie 15 dzieci urodziło. I te niewiasty, co ich mężowie pozostawiali i te wnet maluśkie dzieci dostawały. I to tam też te dziewczyny to pracowały w jedny gromadzie, a te niewiasty to w drugi gromadzie. I razu jednego to ten włodarz, to zaczon ze mnom po niemiecku rozmawiać, chciał on wiedzieć dość ja już zem sie nauczył. I to ja zem sie też tyle mu sie zdomóg ze zem móg sie tak na każde pytanie zdomóc, jak sie należało. – I to on już do tych kobiet mówi: Maćkowa to z niego żadny pociechy mieć nie będzie. Skorno on we świat wyjedzie, to już sie nie powróci, to sie stanie Niemcem. I to sie tak dali nade mną radzili. I takzem też ten cały tydzień te matke wyręczał, jak zem jeno móg. I w piątek to mi sie J. W. P. Stablewski spytał, zeli mi sie dłuży, ze tu zawdy przyde. Ja zem zaraz stanuł i śmiało na niego wejrzał i mówie: Nie, mi sie nie dłuży, ale jeno matke zem przysed wyręczyć, a onemu sie to nie widziało, ze zem stanuł i śmiało na niego wejrzał, to mówi do włodarza: To jesce raz będzie mądrala. – A ja jesce stojał, a ten J. Pan mówi: To rób dali. – Tozem znowu dopiero dali pracował.

            A już w sobote to my te naszą prace zakończyli i już około dziewiąty to my byli w Gostyniu i tam ta nasza wypłata miała już być. Ale gdy my tam zasli to ten urzędnik pocztowy mówi, ze jeno dla Jakóba Wojciechowskiego pieniądze nadesły i to zem dostał 15 marek przysłane, bo nam były godziny jesce porachowane, ze my mieli codzień zrobić. I już my tam sie nie bawili, bo mój kolega Millich to już tym połedniowym pociągiem odjeżdżał do Poznania. I to my sie pożegnali. I tak zem zakończył prace u kanału.

            A już w niedziele to zem też sobie uszykował mój mieszek na plecy i troche żywności w niego to mi matka nakładła. I już 22 sierpnia to zem zaczon pracować na innem miejscu. I to zem szed do Gostynia, ale cudzym to zem nie powiedział, ze tam u Schulca będe pracował, bo oni by mi tak jeno tego zazdrościli. I już na drugi dzień, to my sli oba z ojcem razem. Mój ojciec pracował wtenczas na golskiem u kisu, bo tam kładli kis na wagony i dali go odsyłać w świat. To już za tworzymirskom drogą, to my sie z ojcem rozesli, ja szed do Gostynia przez Kunowo, a ojciec przez Daleszyn do Goli. I kiedy zem już do Gostynia zased to jesce było za rychło, to zem swój tłumok z pleców na dół wzion i czekał aż tak daleko będzie. I to już zem zrobił 9 kilometrów drogi. I kiedy sie też tam nas więcy nazbiegało, to weszli my na podwórze i czekali na pana Schulca. […] I po mały chwili, to wysed ten pan Schulc i mówi, ze mamy pobrać śpiczaki inne narzędzia i mamy iść do Małego Zalesia. Ale od Gostynia to było kawał drogi. I kiedy nam to wszystko rozkazał, ze mamy tam sie zameldować u pana majestra Bindemana, to my też z miejsca ruszyli. […] I już koło drugi to my tam zasli i my sie tam panu majstrowi Bindemanowi zameldowali. To on nam też zaraz mówił, ze mamy sobie iść i kwatery poszukać i jak ją wnet znajdziemy to mamy tu przyjść i pracować. Stancje szybko my znaleźli, nasze mieszki pokładli i odpoczyni i potem my do pracy posli. […] I na wieczór to my sie zaczyni z naszom gospodyniom godzić, to my sie tak ugodzili, żeby nam co dzień po dwa fonty ziemniaków ugotowała i co dzień po pół litra mleka dała. I to my sie tak ugodzili: litr mleka 10 fenigów, 1 font perek 5 fenigów i 5 fenigów dziennie za spanie. Więc ja już zem porachował, ze to wyniesie na 6 dni 1 marke 50 fenigów, to zem jej zaraz naprzód zapłacił […].

            I kiedy my na drugi dzień do pracy posli i zem koło mego majstra przechodził, to mówie: Mojn, panie majster – I on mówi: Mojn. I do tych brukarzy, to zem też mówił mojn, bo to po większy części Niemcy byli i to im sie to podobało. I to też tam zem był na każde zawołanie. I ten mój majster, to też mnie tak wciąż próbował i to mi też takie zawdy pytania geograficzne stawiał i to też go to bardzo cieszyło, gdy ja mu sie na każde pytanie wnet mógł zdomóc. I to zem tam też jeno między Niemcami był, bo te Polaki co tam były zatrudnione, to te starom szose luzowali i mieli prace wnet sami przed sie. I też majster to mnie wszędzie posyłał, gdzie jeno była potrzeba to wołał: Jakób. I ja to też zem jemu był posłuszny i to mi tam też ta praca sie podobała […].

            I tam zem pracował z tymi chłopami w tem Małem Zalesiu czternaście dni i tam zem dostał wypłacone na dzień 1 marke 50 fenigów. I już w sobote rano około ósmy to tam do nas przyjechał ten pan Schulc z Gostynia i mówi, ze musi też wziąć jesce kilku chłopów do Dalabusków. I to ja zem usłyszał i kiedy ten majster tych chłopów do tych Dalabusków wybierał, to ja mówie do tego majstra, żeby mnie też tam posłał, a on mówi, ze mam sie pana Schulca spytać. I ja zem zaraz śmiało poleciał do pana Schulca, mówił pozdrowienie i go poprosił, zeli i ja nie mogę do Dalabusków iść. A on mówi: Czemu nie. […] I tak zem opuścił Małe Zalesie.

            I to my sie udali do swoich domów rodzinnych. Było nas czterech: Olejniczak z Wielkich Dalabusek, Grześkowiak z Małachowa, Włodarczak z Kunowa i moja osoba. I najprzód my sli przez Gostyń to te chłopy zakupiły też coś swoim dzieciom i ja to zem też kupił pare kaszoków i pare gryzek. I potem my sli na powrót do swoich domów rodzinnych to my przysli kawał w noc do domu. I mój ojciec to też tam był był prędzy jak ja. I na drugi dzień to zem sed do kościoła. I po obiedzie to tam też chłopaki zrobili muzyke u Kaczmarka w czworakach J. W. P. Stablewskiego, ale tam też drewnianych podłogów nie było jeno glina w izbie i to tam było ładnie piaskiem posypane w ty izbie. I ja to zem tam też sie posed przyglądać ty muzyczce, ale do tańca to zem odwagi nie miał, bo zem był za mały, a te dziewczyny to były wielkie, to zem jeno przyglądał. I gdy te chłopaki te dziewczyny do tańca brały, to sie te dziewczyny im upierały, gdyby nie miały ochoty iść to tego tańca, ale one były rade, ze je ze sini kto wyciugnuł. I też przy ty sposobności to sie też tam nieszczęście zdarzyło, bo kiedy Skotoza Junek brał do tańca kowalowom Jadwige, to ona sie też coś upierała, a on ją mocno uchwycił i przy ty sposobności to jej wyrwał rękaw od jaczki. To musiała iść do domu i innom jaczke oblec. I te dziewczyny to sie tam też tak w ty sieni ściskały i czekały aż je kto do tańca weźmie. I fornolowa Małgorzata to mówi do mnie: Dali Kuba, biegoj, tańcuj. I mnie to spokoju nie dały i mówiły, ze już do szkoły nie ide, to musze sie uczyć tańczyć. I sie ze mnie śmiały, ze sie dziewczyny boje. I ja to zem też te Małgorzate za ręke wzion i sie udał z niom do tańca, ale to była dziewczyna silna i wiele większa i gdy mnie do sie przy tym tańcu przycisnęła to zem ledwie nogami do ziemi mógł dosięgnąć. I na drugi kawałek to już zem miał więcy odwagi i ona mówi, ze mam na dudy uważać i tak nogami deptać raz, dwa, trzy, ale to tak lekko nie szło. I to zem sie jeno ty Małgorzaty trzymał, bo gdy mnie kto buchnoł, to zeby ona mnie nie przytrzymała to bym w kąt poleciał. I tak zem sie też tam ćwiczył aż do późny nocy.

            Na drugi dzień to my posli tam do ty pracy nam nakazany. I gdy zem do tego majstra przystąpił, zdjon z głowy kapelusz i mówie śmiało to ranne niemieckie pozdrowienie i zem mu sie zameldował śmiało i wyraźnie. A on mówi do mnie skąd ja jest. Ja mówie z Tworzymirek. A on mówi: Są tam wszyscy tacy śmiali – a ja na niego jeno wejrzał. I mówi do mnie, ze mam sypać piasek między kamienie, co brukarze pokładli. I ja to zem zrobił. I już po mały chwili to mówi jak mi jest na imie. Ja mówie, ze Jakób. To mówi do mnie, zeli wiem, gdzie w Kunowie kowal mieszka. Ja mówie: Tak, tam ich mieszka dwóch, jeden sie nazywa Markowiak, a jeden Konieczny. No to pójdzies do Koniecznego i weźmiesz te spiczaki zaniesiesz i kazes mu zacieńczyć je i tak długo będziesz czekał aż będom skończone. I ja zem na niego śmiało wejrzał i te słowa powtórzył. A on mówi: Nein, do Markowiaka je mas zanieść, ja sie zmylił, dobrze ześ  ten nakaz powtórzył, to biegaj. I ja zem te spiczoki wzion i sed z niemi do kowala Markowiaka.

            I kiedy zem do kuźni zased to mówie śmiało: Dzień dobry panie majstrze. I on mi odpowiedział to pozdrowienie. I to już po mały chwili, to mi dał młotek do ręki: Teraz będemy żelazo do kupy szwajsować. I to on wzion dwa żelaza na kupe i jego żona to miała jeden młotek w ręce, a ja drugi i on te dwa żelaza położył na kupe i my je do kupy szwajsowali. I po mały chwili to znowu zaraz je do ognia włożył i kiedy były tak znowu gorące, to my znowu tak temi młotkami bili, co to żelazo było już w kupie. I to zem mu też cokolwiek pomóg zrobić. I kiedy zem nazad sie powrócił, to zem znowu robił swoją prace nakazanom. I tam nas było około 25 do kupy, to i ja tam zem miał zawdy jakieś drogi, bo ten majster to mnie raz tu, raz gdzieindzi posyłał […]

            I na drugi wieczór to już do naszego ojca przysed list z jedny fabryki cukrowy, ze tam mogom na kampanie latoś przyjechać, ale niży lat 16 to nie przyjumują. I już tego samego dnia to ojciec przestał pracować u kisu na golskiem i pojachał z kilku chłopami na te fabryke cukrowom, a ja to zem dali też tam pracował. I po kilku tygodniach to już mój ojciec nam swój adres przysłał.

            I razu jednego to ide od pracy, to już mi to też na drodze powiadali, ze zem dostał aż dwie siostry. Ale mnie to też to żadny uciechy nie robiło, bo zem mówił, ze te niewiniuntka tak jeno tu bendom mieć głód i biede, jak my do tego czasu. I już zem też tymczasem do izby wsed to tam była ta arkusiorka, którom my nazywali Drapieżnica i ona to mówi, ze mam siostre zobaczyć, bo jedna to już mi umarła. I były to te dziewczątka tak jednakowe, jakby je kto we forme ulał. I ja to mówie, ze to aby nędzy sie te niewiniuntka tutaj najedzom, tak jak my do tego czasu. I ta pani arkusiorka to mówi, ze mam na matke wyzywać, ze już sobie tyle dzieci ma nie sprowadzać, bo ja zem jest dość duży. I ja mówił, ze to mnie już całe lato trapiło, bo ojciec to sie zawdy we świat umknie, a zaś to by matka wszystkie siły wyczerpała. I już to ta pani arkusiora mówi, ze to jedno dziewczątko to nam żyć nie będzie i też zaraz po mały chwili je ochrzciła i dała jej imie Rozalja. I też to niewiniątko wnet ducha wyziewiło.

            I już na sobote to zem przysed od pracy, to nas matka posłała po rozmaite sprawonki na te chrzciny, które sie też miały u nas wyprawiać. I do nas to też już przyszła ciotka z Dolska i ta matce usłużyła kilka dni, aż matka znowu mogła z łóżka wstać. I kiedy te chrzciny były, to ja zem tego dnia nie sed do kościoła, bo mnie ciotka jesce posłała po inne sprawonki, co zem jesce w sobote nie przyniósł. I to kiedy zem z tego Dolska przysed, to już zem też śniadania zjad i sobie z izby wysed, aby tym chrzesnym nie przeszkadzać. Za chrzesnego to był Kubera, a za chrzesną to Karczyńska. I ja zem sobie wysed z domu, to zem dopiero późno we wieczór sie powrócił. Byłem też aż w królewskim lesie i to zem sie tak z rozmaitemi myślami po ty przechadzce prowadzał. I kiedy zem do domu przysed, to już gości u nas nie było, to zem zjad kolacyją i posed do spania.

            I po kilku dniach to zem też zaraz do ojca napisał, ze nam ma pieniędzy przysyłać, bo my sie tak tam wykostowali, ze już więcy nie mamy, ze jedno dziewczątko my musieli pochować, a drugiemu to chrzciny wyprawić. To sie mój ojciec pospieszył i na te cztery tygodnie to nam 2 talary przysłał. I na tym odcinku od karty płatniczy to było napisane, ze mamy list po niemiecku napisać, bo tam jest kilka Polaków, ale nikt nie może po polsku czytać. Więc zaraz tego samego wieczora to zem list do ojca sam napisał, co on sobie myśli, ze ci drudzy chłopi to już tyle pieniędzy naprzysyłali, a on to nam 2 talary jeno przysłał, czy sie nie boi Boga i tam dali […]. I tak my te biede gnietli dzień za dniem i jeden tydzień za drugim.

            I już w jedne sobote to znowu do nas pan Schulc przejechał i mówi, że mamy wszystko pokłaść po obiedzie na wozy i w poniedziałek to musimy też wszyscy jachać za Rawicz, bo tam ta praca ma być prędzy skończona. To nam też ten majster wypłacił i mówił, ze w poniedziałek rano to już przed siódmom musimy być w Gostyniu. I tak my polecieli do dom. I już w niedziele to tam, gdy my z kościoła przysli to znowu tam chłopaki zrobiły muzyke i też zem tam posed patrzeć, ale jeno małom chwilke zem sie tam zabawił, bo my jesce mieli smutek, co nam ta nasza siostra Rozalja umarła. A ta druga siostra to dostała imie Jadwiga.

            I już na drugi dzień to zem o czwarty wstał, zem sie umył i przeżegnał, zjad śniadanie, wzion mieszek na plecy i sed do Gostynia. I już w Kunowie to my na sie zaczekali, bo nas tam było trzech: Włodarczak, Dolata i moja osoba, to my szli do Gostynia. I już też dnie były krótkie, to my szli tam w ciemku. I kiedy my tam sie stawili, to my też małom chwilke zaczekali, to już ten pan Schulc wysed i mówi niemieckie pozdrowienie. I my mu to odpowiedzieli i on mówi, ze Włodarczak, Dolata i Wojciechowski to mają iść na Dalabuskie pola i gdzie jaki kamień trafiom, to mają go wykopać tak, ze będzie móg być rozstrzelony. I mnie to te małom chwilke sie to nie widziało, bo zem miał nadzieje, ze będe móg pociągiem jechać.

            Ale razu jednego inny rozkaz przysed i gdy my już wychodzili, to woła tego Włodarczaka i mówi, ze ma wziąć kawałek papieru i zrobić rysunek, gdzie te kamienie leżą. A on mówi: Ja ist gut. I kiedy my już na drodze byli, to on mówi: Wszystko dobrze, ale ja mam mu rysunek zrobić, a pisać nie umiem. To ja mówie: O to sie nie bójcie, my już mu rysonek zrobiemy. I po drodze to my wstąpili też do gościńca i Włodarczak to swoj tłumoczek w domu zostawił i my sli dali na te pola. I też po małem bieganiu to już my na ty granicy dalabuski byli i tam to też leżał kamień przy kamieniu, to my je odkopowali i te mniejsze to do kupy kładli, tak, że my je mogli taksować. Ale już my też sobie sposób znaleźli i na drugi dzień to my też wzieni siekierke ze sobom i nascinali grubszych sosenków i zrobili z nich drągi. I my te kamienie jeno cokolwiek odkopali i już my go z ziemi łatwi wydostali i to nam bardzo spieszyło, to my sie dość nie namęczyli, a wiele zrobili.

            I już około piątku to ten Włodarczak przyniósł też papier i ołówek i my sie też radzili jak te rysonki mamy robić. Więc Włodarczak to mi kazał najprzód te granice J. W. P. Stablewskiego określić, a potem las królewski i ten las tego pana Dalabuskiego i jego smętarz i ten stawek, gdzie w nim były owce myte i potem ten drugi las. I to my te znaczne miejsca popisali i dość kamieni na każdy kupie było, to my je pisali 2 metry kw. i mnij więcy, rozmaicie. I ten pierwszy tydzień to do nas pan Schulc nie przyjechał, to tam ten Włodarczak po te pieniądze zased i ten rysunek tam ten pan Schulc otrzymał. I na poniedziałek to my już znowu nowy rysonek zrobili, co miał być na nowy tydzień. I już na drugi tydzień to nasz pracodawca ten pan Schulc nas tam odwiedził i najprzód to chciał ten jego rysonek zobaczyć, kiedy do nas przyjechał i to pozdrowienie powiedział. I ten rysunek to zaraz mu ten Włodarczak do ręki dał. I on sie też go z tego rysunku wypytuje, ale ten Włodarczak to sie z nim nie móg zrozumieć i tak sie tłumaczy, jak może i mu wszytsko pokazuje rękami, gdzie te kamienie leżały, ale ten pan Schulc to mówi: Ja tu na papierze to chce widzieć, nie gdzie wy mi pokazujecie. Ale sie nie mogli obaj zrozumieć i ten pan Schulc mówi: Czy to jest nie wasze pismo? A on mówi, ze nie. A mnie to już sie zimno i gorąco robiło, bo ja zem mu wszystko pokazał co jest tam napisane. I ten mówi, ze Jakób ten rysunek robił. I mnie ten pan Schulc zaraz zawołał i ja zem mu to wszystko wyjaśnił. Ale on mówi, ze ten rysunek to nie jest tak zrobiony, jak ma być, każda mapa to jest pisana von Norden. Więc, gdzie jest północ? Ja mówie: Tu – i palcem na to wskazuje. A on mówi: No also czemu ześ tego zetla tak nie wypisał? I ja sie też zahańbił i mówie: Na drugi raz, to zrobie lepi – Nu to sobie też tego życze i ćwicz się póty, jak ześ jest młody, bo gdy będziesz starszy to będzie za późno. I dał mi ten kawałek papieru i mówi, ze mam na drugi raz sie poprawić. I już zaraz nam na tem polu wypłacił te nasze zapracowane pieniędze.

            I kiedy ześmy też do domu sli, to my też zawdy kawał drewna z lasu do domu przynieśli. I w niedziele to gdy my z kościoła przysli, to my zaczyni krąga kulać na uganiane. Jedna partyja gnała do Dolska, a druga do Kunowa. To my sie tam tak zabawili zawdy wnet każdom niedziele krągiem albo muzykom. I też na drugi dzień, to my znowy poszli do naszy pracy. To my też tam taki wielki kamień napotkali, ze on miał kilka metrów kwadratowych, to my sie tam wnet kilka dni zabawili z nim. I tam my też mieli zaufanie, ze może my tam znajdemy jakie pieniądze pod nim, ale niestety tam nic nie było schowane, tak jak na tworzymirskim polu, co tam wykopali pieniądze. I kiedy już zem na te myślą przysed, to też zaraz napisze, ze kiedy na gruncie J. W. P. Stablewskiego sosny rudowali, to tam też znajdli polskie pieniądze i te koprowine to rozdali dzieciom do bawienia. I mnie sie też dostał polski pieniądz; był to jesce z polskim orłem na jedny stronie i róg lunia i na drugi stronie to było napisane: tzry grosze polskie. To trzy to nie było tak pisane, jak my sie w szkole uczyli, jeno tak „3”, i ja ten polski pieniądz kilka lat przy sie nosił, ale niestety mi sie też raz zgubił.

            I już nadchodziła zima. Dnie sie robiły coraz krótsze. I jednego razu to znowu do nas tam pan Schulc przyjechał i najprzód mnie zawołał i mówi, ze mam mu rysonek pokazać. I kiedy zem mu go pokazał to zaraz mówi: Co tu jest pisane? Ja mówie: 10 kw. mtr. A on mówi: To jest jeno jeden kamień? – Tak – I to mnie zaraz wzion na swoją kuczke i mówi, ze mam mu ten kamień pokazać. I kiedy my tam zajechali, to on mówi, ze to jest więcy jak dziesięć metrów kwadratowych […]. I to już sie do mnie ten Dolata odezwał i mówi: Ty pewnie wnet to zaufanie Włodarczakowi odbierzesz. I temu Włodarczakowi to też nie było w nos, ze ten pan Schulc mnie ze sobom wzion, aby mu te prace pokazać. I kiedy my sie tak już daleko ujednali, to my też sobie dali czasu do ty pracy. I w tym lasku to tam też było bardzo wiele dzikich królików, to my sie też dali do pracy i my kilka ich wykopali, tak ze my mieli na kolacyją. I to zem też zawdy z moim młodszym bratem je obdzierał, tak, ze my nie raz sobie zjedli do perek.

            A już też nadesed grudzień i ten nasz pan Schulc mówi, ze musimy wnet te prace pewnie przestać, bo pewnie nam śnieg nie da dali pracować. I zem z nim też pochodził i te wyrodowane kamienie zem mu pokazywał. I potem do nas mówił, ze mamy robić aż śnieg nie spadnie i nam dał nadzieje, ze już może w marcu mozemy zacząć na nowo pracować […]. I ten pan Schulc to mi też ładne poświadczenie wypisał, zem u niego pracował i jest ze mnie zadowolony i w pracy zem sie dobrze sprawował – pieczęć i podpis.

            A kiedy zem był w doma, to też sie to mojej matce nie widziało, to już my sie też zaczyni umawiać […]. I tak kilka razy to aż mi sie niemiło zrobiło i to zem sie też kilka razy udał za pracom, aby chociaż jeno tyle sobie znaleźć, co bym sie jeno z domu móg umknąć. I to zem sed za Gostyń z jednego dworu na drugi, ale gdzie zem sie zapytał, to jeno oni brali na kontrakt. I na niektórych miejscach to zem dłuższy czas musiał czekać aż mi było powiedzane tak lub nie […].

            I też już wnet nastąpił ten nowy rok, co my pisali 1899, i ja miałem nadzieje, ze już sie wnet gdziekolwiek praca ruszy. I też nasz ojciec to sie znowu zdomóg i nam 2 talary przysłał i pisał, ze jest koło Berlina na cegielni i ze na lato po Wielkanocy, to tam mam do niego przyjechać, więc już jedne nadzieje miałem, ze sie matce z oczu umkne […].

            Było to tydzień po Nowym Roku, to też niespodzianie do nas przyjechał jeden gospodarz z Henginek i sie pyta, czy ojciec jest w domu, ale matka mówi, ze nie, jest we świecie i: czego wy żądacie. –  On mówi: Ja zem słyszał, ze wy macie chłopca co ze szkoły wysed. – Ja mówie: To ja jestem. – I sie pyta, czy moja matka mnie chce dać na służbe. Matka mówi: Tak, zeli mu dacie 40 talarów zasług. Ale on zaraz mówi, ze takiego drugiego parobka nie chce, bo on jeno do bydła potrzebujue. A ja mówie: Tani nie moge sobie czasu zmudzić. Ale my sie tak daleko ugodzili, ze zem miał u niego tak długo tak długo pracować aż sobie innego pasterza do bydła nie znajdzie. I ja mówie: Tak, ale jakie mi wynagrodzenie tygodniowe dacie? Ale on nie wiedział co podać, to ja mówie: Na talara to krzywdy nie macie. Ale jemu to sie też dość widziało i mówił, ze jadło też dość kosztuje. Ale ja mówie: Przecież wiecie, ze to jeno jest chwilowo, ze mi każdego czasu możecie kazać iść sobie do domu […]. To sobie musimy te ugode pisemnie zrobić. I poszukałem kawałek papieru i pióra, i atramentu, i mówie: To napiszcie te ugode. Ale on to mówi: Tyś jest młodszy i masz lekciejsą ręke, to pisz ty. Ale ja sie nie gapił i zem zaraz zaczon pisać jak następuje: Tworzymirki dnia 8 stycznia 1899. Z dniem dzisiejszym została ułożona ugoda między pracodawcom panem Marcinkowskim i pracobiorcom Jakóbem Wojciechowskim. Wynagrodzenie wynosi dla J. W. 3. marki tygodniowo. Wymówienie pracy może każdego dnia z obóch stron nastąpić.

            I to zem też przeczytał i mówie, ze ma podpisać. Ale on do tego podpisu to dłuższy czasu potrzebował niż ja do ty cały ugody pisania. I potem zem sie zabrał, pokład moje manatki do miecha i sie pożegnał z matką, bratem i tą małom siostrom. I potem my sie ruszyli z miejsca i jechali przez Gaj, Małachowo aż do tych Henginek …

            I kiedy my przed wrota nadjechali to zem zaraz z woza zesed, a tymczasem już ich służąca wrota otwarła. I ja zem też zaraz tam do tego domu wsed i mówił śmiało: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, i to mi ta gospodyni odpowiedziała: Na wieki wieków amen. Potem to ten gospodarz już konie wyprząg i też do izby przysed. I to my obiad zjedli i potem my sie udali do dzieła. Ja sie pytam, gdzie mam swoje manatki położyć. A on mówi, ze we chlewie jest moja szafa. I to zem też zaraz z tym miechem te swoje manatki do ty szafy włożył i my posli do sieczkarni sieczke rżnąć. Tam rżnęli sieczke maszyną konną […]. Był to gospodarz dość bogaty, miał on: 16 sztuk bydła, 3 konie, 4 świnie. I dzieci to jesce nie mieli, chociaż już byli kilka lat żyniaci. I dom to mieli ładny z cegły murowany, stodoła i chlewy to były w lepianke, ale wychodka to tam też nie mieli, to my sie tak jedno przed drugim kryli. I ty służący to było imie Agata, była to dziewczyna mała, ale taka upasiona, ze jej zaledwie oczy było widać. Ale drzewo to też sobie sama musiała rąbać  i ja to tego zem nie móg widzieć, jak ona tak nieszykownie to drzewo rąbała i za każdem cięciem to oczy zamkła, gdy siekierom na drewno cina. I ja zem sie temu nie móg napatrzeć i raz to mówie do ni, ze ma tą siekierom zawdy szagą ciąć, ale to zem jej nauczyć nie móg, to zem jej sam tego drzewa narąbał i mówie, ze już tak ci ledwie oczy widać, a jak je jesce zamknies, to przecież nic trafić nie mozes i już my sie oboje zaczyni umawiać. Ale ten nasz pracodawca to sie też z nas jeno śmiał, gdy my sie oboje umawiali. I tam to ta cała gospodarka to tak pomału szła: nie dziś, to jutro. I ja zem też sie tam wnet przyzwyczaił […].

            I tam ta praca to też tak mi licho od ręki odchodziła. Jednego razu to my z tym moim gospodarzem posli do szopy i ja mówie: My te klafty poprzerzyniamy, to sie będom lepi rąbać i tak zem też tego gospodarza do tego naganiał, ze już mu ty pracy zadość było i przy kolacji to sie uzalał, ze ja go do roboty naganiam i mówi, ze on by u mnie za parobka nie chciał być. A mnie to sie nie podobało, gdy tak sie kto po mału uwija koło pracy […]. A do kościoła to ani ja, ani Agata to my nie sli, bo zawdy nasz gospodarz i jego żona jachali na wielkie nabożeństwo do Dolska. To ja zem też pomóg ty Agacie z pompy do bydła pozanosić. I gdy my inwentarz poodpasali, to zem sobie usiadł na stołku od dojenia krów i zem sobie też przeczytał modlitwe kościelną. Agata to nie miała czasu do tego, bo ona znowu obiad gotowała i starała sie, aby był gotowy, niż państwo z kościoła sie powróci. A tam z ty wioski to każdy jeden gospodarz jachał do kościoła bo tam sami jeno gospodarze mieszkali, a na komornem to tam w ty wiosce nie było nikogo, jeno sami gospodarze, a jeden był bogatszy, jak drugi.

            Dnia to też jednego tam do mnie przysed mój brat młodszy i sie pytał czy ja zem jest zdrowy, bo tam ktoś matce powiada, ze ja jestem chory. Ale ta okazyja była inna. Matka to jeno chciała ode mnie te talaray dostać, co zem do tego czasu zarobił i ja też zaraz zmiarkowałem i te 4 talary mu dałem i mówiłem, ze już tu ma nie przychodzić, bo ja wnet do domu przyjde, bo gospodarz mówi, ze wnet dostanie parobka innego, jeno ze szkoły wyjdzie.

            I też na niedziele to tam sie też na wsi dała słyszeć muzyka i już Agata mówi: Kuba, dzisiaj pójdemy na muzyke. A ja mówie: Jak mi dasz pieniędzy, to tak. A ona mówi: Ty więcy zarobisz jak ja. Ja mówie: Ja dałem wszystkie do matki, to nie mam ani feniga. A ona mówi, ze to jeno kosztuje 25 fenigów. Ale zem sie do tego namówić nie dał i zem na te muzyke nie chciał iść. I już ten gospodarz to mówi, ze mam iść na muzyke z Agatom. Ja mówie: ze nie mam pieniędzy i ten gospodarz to mówi, ze on mi da, ale mam iść i mi dał 50 fenigów […]. I gdy zem tam na te muzyke posed, to zem sie też popatrzał, to tam też te same były obyczaje co w Tworzymirkach. I potem zem też zapłacił te 25 fenigów tym graczom, był to duda i skrzypek i to zem też sie tam do tego tańca dał […]. Ale tam na ty muzyce to też te gospodarskie synowie jeno z tymi gospodarskimi córkami tańczyli, a my znowu z temi służącemi dziewczynami. I to my sie tam rozbijali tak, jak kto który umiał.

            I kiedy sie ta muzyka ukończyła to my też szli do domu. Ale nasz gospodarz to nam zrobił na psote i te uliczke nam tak drewnem podstawił, ze ja zem jej nie móg otworzyć. To zem musiał przez wrota przechodzić, to mnie Agata musiała podsadzić, co zem przez nie przelaz. I kiedy zem był na podwórku to mówie: Teraz mozes też tak przez wrota przechodzić jak ja. A ona mówi, ze jej mam otworzyć, bo jak nie to mi ślipie wydrapie. A nasz gospodarz to sie tajnie temu przyglądał. I już na drugi dzień to sie ze mnie śmiał, ze zem sie Agaty bojał i ze zem jej otworzył […].

            Tam to sie też te gospodarze wszyscy wnet prawowali, to jeden drugiego obelżył, to inny drugiemu za daleko w granice wsed, zaś nasz sąsiad to sie znowu skarzył ze swoim panem ojcem. Ten ojciec był u niego na wymierze i sobie wypisał, kiedy swemu zięciowi gospodarstwo zapisywał, furmanke do kościoła, to go ten zięć do kościoła zawióz, a z kościoła to musiał piechty iść do domu. Zaś jeden sie znowu skarżył, ze jego babusi sąsiad czarownica mówił itd.

            I też już nadesło lato i do mego pracodawcy to też przyleciały bociany napowrót, bo na jego stodole to miały swoje gniazdo, i też już sie zbliżały Święta Wielkanocne. I już też przysła jedna niewiasta do nas i zameldowała, ze już jej synek ze szkoły wyjdzie na drugi tydzień, to już go tu przyprowadzi. I to już też mi Agata zaraz powiedziała, ze już na drugi tydzień sie musze tu wynosić, bo nowy parobek przydzie […]. I już na drugi tydzieńto ten nowy parobek tam przysed, ale też jeno był cokolwiek mniejszy ode mnie, ale blady bardzo i zmienił mnie we wielki czwartek 30 marca 1899 roku […]. I tak zem opuścił te prace, co zem miał w Księginkach […].

            A we wielki piątek to zem posed na nieszpory, a w sobote to zem już ze święconką nie sed, jeno mój młodszy brat Staś. A w niedziele to my już rychło sli do kościoła, bo tam było też mówione, ze prawie jak słońce wschodzi to sie w nim święty Baranek przewraca. I też zem sie temu przyglądał, ale Baranek w słońcu to sie musiał nie przewracać, bo my nic nie widzieli, a prawie procesyja sła koło Kościoła, gdy słońce wschodziło. I to przy ty procesyi to też tam strzelali z leworwerów, z pistoletów, z moździerzy, aż sie ziemia trzęsła […].

            A kiedy my sli na drugi dzień do kościoła, to ja też tym kolegom gadał, ze w Nówcu to te co biedniejsze dzieci to idom po dengusie. Ale tu w Tworzymirkach to tych obyczajów nie było, zeby te biedne dzieci sły po dengusie.

            A w drugie święto to my uraili, aby też tam niedźwiedzia ustroić, bo tam takie były też obyczaje. Dorosłych parobków to w naszy wiosce nie było, bo poodjeżdżali wszyscy do Westfalji, więc jeno my niedorostki tych obyczajów nie chcieli zagubić. I to my posli do stodoły kuberowy i tam my sie też naradzali za co kto ma być. I mnie też tam osądzili, ze mam być za niedźwiedzia i już mnie w słome poowijali i uwiązali na łańcuchu […]. I też nawet przez zamek Jaśnie Wielmożnego Pana Stablewskiego my posli i tam my też coś jajów dostali. I też na ty wsi to my też rozmaite głupoty robili tak jak w innych latach. I kiedy my też sie powrócili, to my też coś tych jajów zabrali, ze każdy miał około 20 […]. I cieszyli my sie aż do ciemna nocy. I ja to zem też tam zaśpiewał wiwata takiego: „Ach jeno ja do lat dorosne, to dostane dziewce młode” i tak dali. I jak sie ta zabawa ukończyła to zem sobie posed do domu. Była to moja ostatnia zabawa w moi kochany ojczysty krainie…                                

Fragment książki: Jakub Wojciechowski, Życiorys własny robotnika, Poznań 1930.

Urodziłem się w 1929 roku w Gostyniu w rodzinie rzemieślniczo – kupieckiej. W 1934 roku zmarł mój ojciec. Po jego śmierci matka sama prowadziła sklep  kolonialno-spożywczy, piekarnię i kilkuhektarowe gospodarstwo rolne.

Do 10 roku życia czas mijał mi beztrosko. Chodziłem do szkoły, płatałem figle, bawiłem się z rówieśnikami. Dopiero wybuch II wojny światowej zakłócił moje życie i wszystko zmienił. Pamiętam wkroczenie wojsk niemieckich do Gostynia, rozstrzelanie 30 Polaków na rynku i pierwsze wysiedlenia, które rozpoczęły się 6 grudnia 1939 roku. Wszystko to widziałem i przeżyłem osobiście.

Około godziny 7.00, kiedy ja i moje dwie siostry: młodsza i bliźniaczka leżeliśmy jeszcze  w łóżkach, usłyszeliśmy mocne pukanie do drzwi frontowych i krzyki po niemiecki i po polsku. Drzwi otworzyła nasza gosposia Jadwiga Knuła. Do mieszkania weszło trzech Niemców; dwóch ubranych po cywilnemu, jeden w mundurze żandarma. Poinformował matkę o nakazie natychmiastowego opuszczenia domu. Dali nam 30 minut na ubranie się, spakowanie rzeczy i żywności. Matka straciła głowę, nic nie powiedziała, nie wiedziała co robić. Nie mogła zrozumieć, że ktoś może ją wyrzucić z własnej posiadłości. Dopiero gosposia zaczęła nas ubierać w ciepłą odzież, pakować bieliznę, kołdry i jedzenie. Chciała pójść z nami. Niemcy na początku nie chcieli  się zgodzić, w końcu jednak, gdy widzieli bezradność matki, przystali na to. Obładowani tym, co mogliśmy zmieścić do plecaków i waliz, opuściliśmy rodzinny dom.

Zaprowadzono nas do salki parafialnej przy ul. Klasztornej, gdzie wraz z kilkunastoma wysiedlonymi rodzinami przebywaliśmy do południa. Po południu kazano nam załadować bagaże na wozy konne. Szliśmy w kolumnie za tymi wozami do oddalonego o dwa kilometry klasztoru Filipinów na Świętej Górze w Gostyniu.

Przy drzwiach wejściowych przy stolikach stało kilku młodych Niemców w żółtych koszulkach, z hitlerowskimi opaskami na rękawach. Przed wpuszczeniem do środka zażądali oddania wartościowych przedmiotów: biżuterii, złota, pieniędzy. Matka, która wciąż nie mogła się otrząsnąć z tego co się stało, dobrowolnie oddała pierścionek, naszyjnik i pieniądze. Kto nie zastosował się do nakazu, był poddawany rewizji, a znalezione wartościowe przedmioty i pieniądze zabierano mu siłą.

Ulokowano nas w jednym z pokoi konwiktu. W miarę przybywania rodzin umieszczano je także w salkach i gdzie tylko było możliwe. Skromne wyżywienie zapewniła wszystkim kuchnia klasztorna, do której żywność przynosili też mieszkańcy Gostynia. Po dwóch dniach 8 grudnia, we wczesnych godzinach rannych, podstawiono pod klasztor wozy konne, należące do właściciela młyna parowego Oskara Klimpla. Powozili nimi Polacy. Znałem ich, bo byli to pracownicy młyna, którzy przed wojną dostarczali mąkę do naszej piekarni i sklepu. Na wozy, w ustalonej kolejności, załadowano nasze bagaże. Posadzono na nie także osoby niepełnosprawne, które miały trudności z chodzeniem, m.in. mają matkę chorującą na żylaki.

Kawalkada ruszyła. W pewnym momencie gdy jechała z góry konie przy powozie na którym również była moja matka z niewiadomych przyczyn wystraszyły się i ruszyły z miejsca galopem w dół. W połowie drogi uderzyły dyszlem w przydrożną kapliczkę, po czym zatrzymały się. Dzięki temu nie doszło do tragedii.

Prowadzono nas bocznymi ulicami: Nad Kanią, Rzeczną – obok pracującej w pełni Cukrowni – na dworzec towarowy, gdzie czekał na nas pociąg z kilkunastoma wagonami osobowymi. Za płotem stało wielu gostyniaków – naszych znajomych i krewnych. Rozdawali wśród nas żywność i ciepłą odzież na nieznaną nam wędrówkę.

Po załadowaniu wszystkich wysiedlonych, tych przyprowadzonych z klasztoru i tych, których w międzyczasie dowieziono lub doprowadzono na dworzec, wypełniony pociąg ruszył pod wieczór w kierunku Leszna, a po krótkim postoju w Lesznie, w kierunku Krotoszyna. Zatrzymał się na parę godzin w pustym polu pod Łodzią. Konwojujący pozwolili w tym czasie małym grupom wyjść z pociągu i zaopatrzyć się w ciepłą wodę z parowozu. W nocy minęliśmy Łódź. Zatrzymaliśmy się dopiero na Dworcu Głównym w Koluszkach. 

W ciemności kazano nam opuścić i rozładować wagon. Uginających się pod ciężarem plecaków, waliz i tobołów ludzi z krzykiem i wrzaskiem popędzano na oddalony o kilkaset metrów mały dworzec kolejki wąskotorowej.

W pośpiechu wielu z nas pogubiło swoje rzeczy. Inni, nie mogąc ich unieść, pozostawili je pa peronie lub w pociągu.

Kiedy zmęczeni doszliśmy na stację, załadowano nas do małych wagoników osobowych i zawieziono do Rawy Mazowieckiej, gdzie dotarliśmy krótko przed północą. Rozładowano nas z wagonów i uformowano kolumnę marszową, którą prowadzono peryferyjnymi ulicami miasta do miejscowego browaru. W dużej hali mogliśmy w końcu trochę odpocząć, zdrzemnąć się na przygotowanej słomie.

W nocy niespodziewanie spadł śnieg i chwycił silny mróz. Rano miejscowa ludność przygotowała dla nas skromny posiłek: zupę, chleb i gorącą kawę zbożową.

Przed południem zajechały pod browar wozy konne, powożone przez gospodarzy z okolicznych wsi. Wcześniej już ktoś zadecydował, gdzie która rodzina zamieszka. Wielu zostało w Rawie. Nas przydzielono na małą wieś w gminie Czerniewice, której nazwy nie pamiętam. Gospodarz z tej miejscowości zabrał nas na swój wóz i wyruszyliśmy, już bez żadnego stróża, do naszego nowego domu.

Jadąc w kierunku Czerniewic, drogą prowadzącą z Warszawy do Spały, na pewnym odcinku drogi po lewej stronie mijaliśmy rozbite części taborów wojskowych i porozrzucaną amunicję. Do celu – bardzo biednej wsi – zajechaliśmy pod wieczór. Na miejscu przywitał nas sołtys i grono ciekawych gospodarzy.

Przydzielono nam małą dziewięciometrową brudną izbę bez podłogi, z glinianą polepą, wyposażoną w jedno duże łóżko zbite z desek i wymoszczone słomą, żelazny piecyk zwany kozą, z którego się strasznie dymiło i kopcącą lampę naftową. Izba ta praktycznie nie nadawała się do zamieszkania, ponieważ była za mała dla pięciu osób, a ponadto przez zwichrowane, niedomykające się okno i drzwi wiało zimno. Ciepło było jedynie wokół piecyka, gdy się w nim paliło.

Z uwagi na te warunki w połowie stycznia 1940 roku w pogodny, ale bardzo mroźny dzień, przewieziono nas saniami z całym naszym dobytkiem do wsi Żelechlin w gminie Żelechlinek. Tam, na okres tymczasowy, zakwaterowano nas u jednego z bogatych gospodarzy w środku wsi, w dość dużym pomieszczeniu, razem z sześcioosobową rodziną Karolewiczów z Gostynia, składająca się ze schorowanych rodziców, dwóch dorosłych synów i dwóch córek.

Za łóżko – posłanie służyła wszystkim podłoga wymoszczona słomą, przegrodzona deskami na trzy części, z których dwie służyły do spania, a jedna część była użytkowa. Wyposażenie części użytkowej składało się z: taboretów, małego stolika zbitego z desek, okrągłego żelaznego piecyka do grzania i gotowania.

Moja mama wraz z rodzicami współlokatorów zajmowała się utrzymaniem porządku w izbie i przygotowywaniem posiłków, a wszyscy pozostali pomagali rolnikom w pracach domowych i rolnych za małe wynagrodzenie, a przeważnie za ziemniaki, kaszę, mąkę,  jajka, chleb i mięso. Ja z siostrą paśliśmy bydło.

Niedługo tam byliśmy, bo już w czerwcu przydzielono nam samodzielne pomieszczenie w budynku położonym na początku wsi, gdzie pozwolono nam zająć starą, prawie rozwalającą się remizę strażacką. W remizie tej trzymaliśmy ziemniaki, drzewo opałowe i hodowaliśmy króliki, początkowo w klatce, a kiedy się rozmnożyły luzem. Po pewnym czasie nie wiedzieliśmy nawet ile ich jest, bo porobiły sobie nory w polepie posadzki i między kamieniami fundamentów. Stanowiły dla nas zaopatrzenie w mięso.

W zasadzie utrzymywaliśmy się z dorywczej pracy naszej gosposi u miejscowych gospodarzy i w zlewni mleka.

W marcu 1940 roku wraz z siostrą zaczęliśmy chodzić na naukę religii do oddalonego około trzech kilometrów kościoła parafialnego w Żelechlinku, którego proboszczem był ksiądz dr Witold Skalski. Od tego też czasu jako ministrant dwa razy w tygodniu służyłem do mszy św. i zacząłem śpiewać w chórze kościelnym. Po dwóch miesiącach nauki religii, w maju przystąpiliśmy do Pierwszej Komunii Świętej. Przystępując do tej uroczystości mieliśmy na sobie pożyczone ubranie i obuwie, a przyjęcie składało się z paru kawałków placka z kruszonką i kawy zbożowej.

W lecie 1940 roku matka próbowała handlować cukierkami, chałkami i obwarzankami na odpustach w sąsiednich parafiach, ale za bardzo jej to nie wychodziło z uwagi na  stan zdrowia i nieumiejętność prowadzenia takiego handlu. W cukierki i inne słodycze zaopatrywała się u żydowskich producentów w Tomaszowie Mazowieckim, oddalonym od nas około 30 kilometrów. Kilka razy szedłem z matką pieszo do Tomaszowa. Wychodziliśmy zawsze około 3.00 rano, a wracaliśmy wieczorem, niosąc po kilka kilogramów słodyczy różnego rodzaju.

We wrześniu 1940 roku otwarto w Żelechlinie szkołę podstawową, do której wraz z siostrą zacząłem chodzić. Uczono nas rachunków i przyrody oraz czytania i pisania z wydawanych co dwa miesiące „Płomyków”.  Kierownikiem szkoły był mgr Antoni Graczyk, który potajemnie uczył nas historii i geografii oraz pożyczał książki klasyków polskich.

Jednego dnia w październiku 1940 roku, idąc z kolegami wcześnie do szkoły zauważyliśmy w dali, przed wsią, stojąca kolumnę samochodów wypełnionych ludźmi. Szybko wróciliśmy do wsi i zawiadomiliśmy o tym starszych. Kilkadziesiąt minut później wkroczyli do nas Niemcy, wyłapując zdrowych młodych ludzi do pracy w Rzeszy. Nie bardzo im się to udało, bo w wyniku naszego ostrzeżenia wszyscy młodzi mieszkańcy schowali się, bądź uciekli w pole.

W lutym 1941 roku, kiedy wysiedlono wszystkich Żydów z gminy i wywieziono do gett, opróżniono ich domy i mieszkania. W jednym z takich domów w Żelechlinku dostaliśmy mieszkanie.

Z początkiem marca 1941 roku zakwaterowała się w naszej gminie duża jednostka wojskowa, która zajęła na kwatery dwie szkoły: w Żelechlinku i w Żelechlinie oraz wiele innych wolnych pomieszczeń. Nie wiem z jakiego powodu, dwóch żołnierzy niemieckich – kucharzy –  zakwaterowano w naszej ciasnej kuchni, wstawiając do niej łóżko piętrowe. Prawdą jest, że z tego powodu mieliśmy trochę lepiej, bo codziennie otrzymywaliśmy od nich pełną dużą konewkę zupy, zazwyczaj była to ogórkowa z dużą porcją mięsa, bochenek razowego chleba i skondensowaną, słodką kawę zbożową, tak że mieliśmy wyżywienie. Matka, umiejąca płynnie po niemiecku, służyła za tłumacza między nimi, a miejscową ludnością i władzą. Po dwóch miesiącach pobytu jednostka opuściła gminę i wyruszyła na wschód. Ja z siostrą rozpoczęłam naukę w zajętej dotychczas przez wojsko szkole.

Późną jesienią zachorowałem na reumatyzm. Miałem powykręcane w stawach ręce i nogi tak, że nie mogłem sam się poruszać, a każdy ruch sprawiał mi okropny ból. Wyzdrowiałem dzięki smarowaniu całych kończyn dolnych i górnych balsamem i okładaniu świeżo strzyżoną wełną owczą. Niedługo po tym zachorowałem na tyfus. Cztery tygodnie leżałem w szpitalu w Rawie Mazowieckiej.

Zima 1941/42 była bardzo surowa, podobnie zresztą jak wszystkie zimy w czasie okupacji, toteż rzadko w którą – z uwagi na brak opału – chodziliśmy do szkoły. Szkołę podstawową drugiego stopnia ukończyłem w 1943 roku i zaraz po tym, wraz z całą rodziną, zostałem wywieziony do Niemiec na roboty przymusowe w ramach kontyngentu, do którego zmuszona była gmina.

Zabrano nas na początku września i zawieziono do obozu przejściowego w Częstochowie, gdzie byliśmy trzy dni. Po przebytej tam kwarantannie: kąpiel dzieci ze starszymi w jednej łaźni pod natryskami oraz podaniu wszystkich rzeczy parowaniu i odwszawianiu, załadowano nas do pociągu jadącego w kierunku  Wrocławia i wysadzono na stacji w Trachenbergu (obecnie Żmigród). Po zameldowaniu w Arbeitsamcie skierowano nas do pracy w majątku ziemskim oddalonym od Trachenbergu o około 4 kilometry – Mansdorfie. Majątek ten dzierżawiony był przez Niemca Zagnera, znającego bardzo dobrze polski język i obyczaje. Jego ekonomem był Niemiec Bosak, cięty hitlerowiec, chodzący stale z psem wilczurem. Wszyscy się go strasznie bali.

Po zakwaterowaniu dano nam odzież roboczą, kartki na żywność, deputat ziemniaków, kaszy, mleka i węgla na opał oraz odznaki z literą „P”. Na drugi dzień rano, już o godzinie 7.00, na apelu wszystkim pracownikom majątku przydano inną pracę. Mnie przydzielono do pracy z wołami. Początkowo nie mogłem sobie z nimi poradzić, bo nigdy z tego typu bydłem nie miałem do czynienia, ale pomogli mi w tym koledzy. Codziennie zwoziłem paszę dla bydła i trzody chlewnej, a w razie potrzeby (nasilenia prac polowych) bronowałem pola oraz zwoziłem plony z pól: zboże, rzepak, buraki i inne.

Jesienią, zwożąc do kopcowania wysłodki buraków, uległem wypadkowi: spadłem z wozu pod koła. W wyniku tego miałem  pękniętą górną wargę, wybite przednie górne zęby i wgniecioną czaszkę. Dwa tygodnie leżałem w szpitalu w Trachenbergu.

Razem z nami znajdowali się w majątku jeńcy wojenni – Francuzi, którzy w dzień pracowali w polu, a na noc byli zamykani oraz student medycyny, który przed wojną ukończył dwa lata studiów. Pochodził z Miejskiej Górki, a nazywał się Wesołek. Po wojnie skończył studia; początkowo pracował w Lesznie, później w Akademii Medycznej we Wrocławiu.

Bardzo lubiłem tych Francuzów, bo dość często dawali mi słodycze, które otrzymywali w paczkach. W zamian zbierałem ślimaki winniczki, które stanowiły dla nich dodatkowe pożywienie i duży przysmak.

Dzierżawca wiedząc, że pochodzę z Gostynia, kilka razy dał mi przepustkę do tej miejscowości, ale w zamian prosił mnie o zawiezienie paczki dla jego siostry, która tam mieszkała. Tym zdobyłem sobie u niego pewną łaskawość. Do nikogo nie mówił po polsku, tylko do mnie, zazwyczaj robił to jak nikogo nie było w pobliżu. Wyjątkowo, gdy był strasznie zły, to wówczas nie bacząc na nikogo klął po polsku. Najgorszy w tym majątku był jego ekonom – Bosak, który nienawidził Polaków, gdzie tylko mógł uprzykrzał nam życie, a nawet szczuł swoim wilczurem nie bacząc na nic. Bali się go też mieszkańcy wsi.

W czerwcu 1944 roku zabrano mnie do kopania umocnień wojskowych – rowów przeciwpancernych i okopów strzeleckich – w okolice Milicza nad rzeką Barycz. Kwaterowałem w stodole przy Browarze w Miliczu, razem ze 150 ludźmi różnej narodowości – Rosjanami, Ukraińcami i Serbami. Początkowo spaliśmy na słomie w sąsiekach, później na piętrowych łóżkach, zbitych z desek. Myliśmy się na dworze, w korytach do których przywożono wodę kuframi. Wstawaliśmy o 6.00 rano. Po zjedzeniu suchego chleba i wypiciu czarnej gorzkiej kawy prowadzono nas w grupach – kilka, a nawet kilkanaście kilometrów do kopania rowów na Baryczą. Wracaliśmy późno wieczorem. Zmęczeni kładliśmy się spać zaraz po otrzymaniu skromnej porcji żywności.

Wraz ze mną w grupie było trzech moich rówieśników i imienników, mających po 13 lat i imię Jan. Początkowo zbieraliśmy chrust, paliliśmy ogniska dla pilnujących Niemców, a gdy Niemcom zaczął się palić grunt pod nogami, to wraz z innymi musieliśmy kopać rowy przeciwpancerne: sześć metrów szerokie i trzy i pół metra głębokie, wyrzucaną ziemię rozrzucić i przykryć darnią.

W październiku dołączono do naszej grupy mieszkańców Warszawy, wywiezionych z miasta po upadku powstania. Mimo tragedii, jaką przeszli, byli na swój sposób weseli i podtrzymywali nas na duchu niezliczonymi kawałami okupacyjnymi, których dotychczas nie słyszeliśmy. Paru z nich nie miało nawet zimowych rzeczy, strasznie marzli.

Co kilkanaście dni prowadzono nas do łaźni w celu odwszawienia. Polegało ono na poddawaniu działaniu pary wszystkich rzeczy i bez względu na pogodę wkładaniu ich na ciało. Na ogół nic to nie dawało, bo wszy jak nas gryzły przedtem, tak i gryzły potem.

Pod koniec roku 1944 młodszych Niemców, którzy nas pilnowali zabrano, a w miejsce ich przysłano starych weteranów Volkssturmu. Mieliśmy z nimi trochę lepiej, byli bardziej tolerancyjni. W połowie stycznia 1945 roku przygotowano nas do ewakuacji w głąb Niemiec, ale połowa z nas uciekła.

Ja uciekłem 18 stycznia wieczorem, przez dziurę w ubikacji odsuwając deskę z tyłu. Myślę, że podobnie uczynili to inni. Początkowo nie wiedziałem gdzie się udać, ale ostatecznie skierowałem się nad Barycz, którą przekroczyłem po zrujnowanym moście. Udałem się w kierunku torów kolejowych prowadzących z Milicza do Trachenbergu, z zamiarem dotarcia do Mansdorfu, gdzie była moja rodzina: matka, siostry i gosposia. Nie znając dobrze drogi, zamierzałem iść nad torami, ale szczęście mi sprzyjało, bo po kilkunastu minutach zauważyłem jadący pociąg wypełniony uciekającymi cywilami – Niemcami. Pociąg ten jechał bardzo powoli, tak że mogłem bez żadnego ryzyka wskoczyć do niego. Wskoczyłem na platformę wagonu osobowego, na której siedziała starsza kobieta z dwiema dziewczynkami i przysiadłem się do nich. Nic nie mówiłem, bo nie miałem żadnych dokumentów i nie bardzo mówiłem po niemiecku. Po pewnym czasie na platformę wskoczyło dwóch młodych Niemców w mundurach Hitlerjugend. Przeprowadzili kontrolę dokumentów tej kobiety, nie zwracając uwagi na mnie. Zapytali ją, czy te dzieci są jej, na co ona bez wahania odpowiedziała, że tak. W ten sposób, mając trochę szczęścia uniknąłem kontroli i nie wiadomo czego jeszcze.

Gdy pociąg dojeżdżał do Trachenbergu i trochę zwolnił, wyskoczyłem z niego i udałem się do Mansdorfu, gdzie zastałem na miejscu całą moją rodzinę.

Niemieccy gospodarze z tej wsi i dzierżawca majątku w panice szykowali się do ucieczki w głąb Niemiec. Za dwa dni wszyscy Niemcy opuścili Mansdorf, pozostali we wsi tylko Polacy.

Nie pamiętam kiedy to było, ale pewnego dnia wcześnie rano zauważyliśmy grupę żołnierzy w białych pelerynach ochronnych, wyłaniającą się z niedaleko położonego lasu. Myśleliśmy, że to wojsko rosyjskie, więc wybiegliśmy im naprzeciw i zaczęliśmy witać jako naszych wybawicieli. Wszyscy przeżyliśmy szok, ponieważ okazało się, że była to grupa uciekających młodych żołnierzy niemieckich. Ci młodzi ludzie byli bardzo wściekli i chcieli do nas strzelać. Nie wiadomo, jak by się to skończyło, gdyby nie ich starszy wiekiem dowódca – Ślązak, który ich uspokoił, tłumacząc sposób naszego zachowania. Zaprosiliśmy ich do domu i po krótkim wypoczynku, posileniu się tym co im daliśmy, spokojnie odeszli.

Przed południem w kilkuosobowej grupie poszliśmy do Trachenbergu. Na przedmieściu miasta zatrzymała nas grupa czołgistów radzieckich, niesamowicie brudnych i umorusanych. Pierwsze ich pytanie było: Germańcy, czy nie Germańcy. Po uzyskaniu odpowiedzi żeśmy Polacy, nawet nie legitymując, puścili nas dalej. Weszliśmy do miasta bez większych kłopotów, patrząc jak jego część się pali. Mieszkania i sklepy były otwarte, tak bez żadnych trudności można by było wszędzie wejść i wynieść, co tylko by człowiek chciał. Okna sklepowe były powybijane, a sprzęt i towar zniszczony. Wracając przez pole, zostaliśmy ostrzelani z karabinu maszynowego przez przelatujący samolot. Nikomu nic się nie stało, pozostały tylko ślady na śniegu.

Po rozpoznaniu sytuacji, na drugi dzień załadowaliśmy nasz dobytek, zabrany częściowo z opuszczonych niemieckich gospodarstw na helę (duży wóz). Po zaprzęgnięciu do niej wołów, którymi pracowałem, ruszyliśmy do Gostynia.

Przejeżdżając przez Trachenberg widzieliśmy palące się domy, a po drodze w lasach mijaliśmy rozwalający się sprzęt wojskowy i zabitych Niemców. Po południu zatrzymaliśmy się na krótki postój w Nieparcie – kilkanaście kilometrów od Gostynia. Miejscowi gospodarze, znający nas jeszcze sprzed wojny radzili nam, by nie jechać dalej. Przenocowaliśmy więc w Nieparcie u jednego z gospodarzy i na drugi dzień, wcześnie rano, ruszyliśmy w drogę do Gostynia.

Do miasta przyjechaliśmy pod wieczór. Dowiedzieliśmy się, że gdybyśmy przyjechali dzień wcześniej, zastalibyśmy jeszcze wojska niemieckie.

I tak, powróciliśmy na swoje po pięciu latach i dwóch miesiącach tułaczki, zastając prawie wszystko zniszczone i rozkradzione.

„Przyjaciel Ludu” 2005, z I, s. 3-9.

Wiosną 1944 roku zostałem wysłany na prace przymusowe do małej miejscowości Treuenbrietzen pod Berlinem. Pojechaliśmy całą grupą około osiemdziesięciu pracowników, fachowców budowlanych, którzy odtąd stanowić mieli w Niemczech oddział dużej gostyńskiej firmy budowlanej. Jej treuhänder, inż. Matthias Karabas, Niemiec z Rumunii, pozostał w centrali w Gostyniu, z nami zaś wysłano krewkiego, widzącego w każdym Polaku potencjalnego wroga, volksdeutscha z Sudetów, Herberta Förstera.         

Nasz pobyt w Niemczech stanowi osobny  rozdział. Wspomnę tylko, iż w okresie wzmożonych nalotów alianckich na Berlin przeżyliśmy tam niemało. Dochodził do tego terror niemieckich majstrów i policji, ograniczenie wolności osobistej do minimum, głodowe racje żywnościowe i wiele innych codziennych przykrości.

W styczniu 1945 roku czuliśmy już wszyscy w kościach, że wojna zbliża się ku końcowi. Nikt z nas oczywiście nie wątpił, kto z niej  wyjdzie zwycięsko, toteż wszystkie te codzienne udręki wydawały się teraz jakieś łatwiejsze do zniesienia. Z dnia na dzień zmieniał się też stosunek Niemców do nas. Na wszelki wypadek niektórzy z nich zaczęli przymilać się nam, częstować papierosami, a nawet – wprawdzie dość ostrożnie – napomykać o przegranej wojnie.

Dnia 17 stycznia nasz Förster powiadomił mnie niespodziewanie, iż już pojutrze rano pojadę do Gostynia w celu załatwienia spraw oddziału i przywiezienia pieniędzy dla pracowników. Byłem zupełnie ogłuszony, wprost nie mogłem w takie szczęście uwierzyć. Widziałem przecież przed sobą szansę, że w wypadku szybkiej ofensywy wojsk radzieckich, uda się, być może, już więcej do ich Vaterlandu nie powrócić.

Dostałem czterodniową przepustkę i w dniu 19 stycznia wyruszyłem przez Berlin pociągiem do Poznania. Na dworcu w Berlinie, otoczonym wokół stertami gruzów, całe tłumy przygnębionych i nierzadko zapłakanych ludzi. Z podsłyszanych rozmów zorientowałem się, że są to pierwsi uchodźcy z terenu Polski. Prawdziwy obraz nędzy i rozpaczy ludzkiej. Ludzie ci, a szczególnie kobiety i starcy, sprawiali wrażenie zupełnie zagubionych i zrezygnowanych. Siedzieli na peronach i w tunelach na swoich tobołach i czekali, aż ktoś się nimi zajmie. Przeżyłem wówczas pierwszą satysfakcję, bo widok ten natychmiast przypomniał mi naszą ucieczkę we wrześniu 1939 roku.

Pociąg do Poznania niebywale zatłoczony. Cywilów prawie nie było widać, sam Wehrmacht, urlopowicze jadący na front. Po sześciu godzinach podróży w korytarzu wysiadłem na dworcu w Poznaniu. Pierwszy widok wprost szokujący: na peronach sterty waliz i innych bagaży, tłumy ludzi. Herrenvolk opuszczał nasze miasta i wsie, nasz kraj…

Właśnie nadjechały transporty uciekinierów niemieckich z Łodzi i województwa. Mróz dochodził chyba – 15˚C , a oni jechali otwartymi wagonami towarowymi. Dworcowa służba sanitarna zjawiła się z noszami i wynosiła z wagonów zmarzniętych czy też zamarzniętych ludzi. Słychać było płacze, ktoś histerycznie szlochał i przeklinał. Nie mogłem sobie wyobrazić jak te transporty pojadą dalej i gdzie się załadują ci, którzy jeszcze oczekiwali na peronach.

Od polskiego kolejarza dowiedziałem się, że Niemcy cofają się na całej linii. Nadchodzi więc wolność.

Wręcz na siłę, klnąc po niemiecku, wcisnąłem się po trzech godzinach oczekiwania do pociągu odchodzącego do Leszna. Jego pasażerami byli wyłącznie uchodźcy niemieccy, zamierzający z Leszna jechać dalej w kierunku Wrocławia. Po raz pierwszy słyszałem wtedy, jak Niemcy klną wojnę i swego Führera. W wagonie przez całą drogę płacz, przeklinanie i użalanie się nad swoim losem.

W Lesznie czekałem kilka godzin na pociąg do Gostynia. Straciłem już nadzieję, czy w ogóle jeszcze pojedzie i gdyby nie noc, zdecydowałbym się trzydziestokilometrową trasę do Gostynia odbyć pieszo. Wreszcie pociąg odjechał (był to już ostatni niemiecki pociąg jadący w tym kierunku).

W pociągu spotkałem dwie znajome dziewczyny – volksdeutschki z Gostynia. Na mój widok przypomniały sobie, że znają przecież język polski. Bez ogródek oświadczyły, że Niemcy już wojnę przegrali i że naród niemiecki czeka ciężki los. Mimo to one wraz z rodzicami pozostają w Gostyniu, na dobre i na złe, bo zbyt wiele okropności zobaczyły podczas kilkudniowej ucieczki współbratymców.

Dotarłem wreszcie do rodzinnego domu. Rodzice nie mogli uwierzyć, że mnie widzą. Przecież powróciłem dosłownie w ostatniej chwili. Gdybym wyjechał jeden dzień później, szansa dostania się do domu byłaby minimalna. Ojciec oświadczył natychmiast, że muszę się zamelinować w jakiejś kryjówce i przeczekać tam do chwili opuszczenia miasta przez Niemców. Po pierwsze jednak przywiozłem ze sobą listy wypłat pracowników firmy, na podstawie których miano im wypłacić w Niemczech pensje (ja byłem już w domu, oni tam pozostali i przez jakiś czas byliby bez feniga), a po drugie liczyłem na to, że przy panicznym eksodusie Niemców nikt się specjalnie nie będzie interesował moją skromną osobą.

W sobotę rano, 20 stycznia, zdecydowałem się udać do mojej firmy. W mieście ogromny ruch. Ulicami przeciągały całe tabory uciekinierów cywilnych, a także wojsko. Główny kierunek tego marszu – szosa do Leszna.

Zameldowałem się u szefa. Spojrzał na mnie jak na ducha z zaświatów, zabrał ode mnie listy wypłat i oświadczył, że on, wraz z całą rodziną, za kilka godzin opuszcza Gostyń. Jeśli chcę, mogę pojechać z nimi (jechał z rodziną osobowym autem, a bagaż załadowano na dwie „rolwagi”), a jeśli pozostanę – on sprawę wypłat w Niemczech załatwi osobiście. Spodziewałem się gorszej przeprawy, toteż oznajmiłem, iż – rzecz jasna – jadę z nimi, ale muszę się przedtem spakować. Oczywiście, ani mi to było w głowie. Na wszelki wypadek jednak myślałem o przygotowaniu sobie jakiejś bezpiecznej kryjówki.

Starostwo, wójtostwo, urząd pracy, magistrat – wszystkie te urzędy były już nieczynne. Wojsko i policja ogołacały sklepy z towaru i pakowały na różne środki lokomocji. W Urzędzie Gospodarczym (Wirtschaftsamt) odbywało się palenie karetek żywnościowych, jak gdyby miały się one jeszcze kiedykolwiek na coś przydać.

Na ulicach miasta skrzeczały megafony. Kreisleiter wygłaszał dla swoich rodaków ostatnią już w Gostyniu przemowę. Obiecywał sprawną ewakuację i rychły powrót. W ciągu czterech godzin wszyscy mieli być spakowani, lecz wolno było zabierać wyłącznie to, co się uniesie. Mieli wrócić przecież do „sowich” domów w ciągu trzech-czterech tygodni. W swej mowie zwrócił się również do tzw. Leistungspolen, namawiając, aby oni i ich rodziny ewakuowały się razem z Niemcami.

Spotkałem syna mego szefa, byłego żołnierza Wehrmachtu. Przed paroma miesiącami powrócił ze szpitala z ciężkim urazem czaszki. Przebywał trzy lata na froncie wschodnim i tam dostał w głowę odłamkiem granatu. Oznajmił mi, że żołnierze z tego frontu już po Stalingradzie przestali wierzyć w zwycięstwo. Ich los był straszny, ale najbardziej teraz ucierpi niemiecka ludność. Mimo swego załamania doradził mi, abym  się dobrze ukrył, gdyż policja i wojska SS przed ostatecznym opuszczeniem miasta zwykle je jeszcze przeczesują, a wtedy każdy, kto nie posiada odpowiednich dokumentów, jest natychmiast rozstrzeliwany.

W sobotę do wieczora większa część miejscowych Niemców zdążyła opuścić miasto. W dalszym ciągu ulicami jechały wozy wiejskie z uciekinierami, przechodziły luźne formacje wojska. Nadal było bardzo mroźno, na ulicach leżał śnieg.

W niedzielę, 21 stycznia, trzaskający mróz. Znowu całe kolumny wozów, samochodów i pieszych. Tego widoku nie zapomni się do końca życia. Dowiedziałem się, że po gostyńskich Niemcach nie ma ani śladu, pozostali tylko ci, którzy zdecydowali się nie ruszać z Gostynia.

Mieszkańcy domów znajdujących się przy ulicach, przez które ciągnęli uciekinierzy – wypatrywali w oknach. W mieście zapanowało bezkrólewie – nie było żadnej władzy (przynajmniej pozornie), nikt nie pracował (niedziele były wówczas dniami pracy). Czekaliśmy wszyscy w najwyższym napięciu, bo wiele się jeszcze mogło zdarzyć, nim zostaniemy wyzwoleni. Znaliśmy Niemców, wiedzieliśmy do czego są zdolni.

Poniedziałek, 22 stycznia. Nadal silny mróz. Dzisiejszej nocy Gostyń poniósł stratę, być może niepowetowaną. Chluba miasta, wzniesiony wielkim wysiłkiem społeczeństwa gostyńskiego gmach gimnazjum spalił się do samych suteren. Kwaterowały tam znajdujące się w odwrocie oddziały niemieckie. Wskutek nieostrożności któregoś z żołnierzy (a może z rozmysłu?) nastąpiła w jednym z pomieszczeń eksplozja pocisku przeciwpancernego. Spowodowało to wybuch nagromadzonej tam amunicji, w rezultacie czego budynek uległ prawie całkowitemu zniszczeniu. Przez ostatnie trzy lata okupacji, każdego dnia przechodziłem kilkakrotnie obok naszego gimnazjum. Za każdym razem z dumą i rozrzewnieniem patrzyłem na przebijający wyraźnie spod nałożonego przez Niemców tynku napis na frontonie gmachu: „Bogu i Ojczyźnie Odrodzonej”. Teraz nasze gimnazjum przestało istnieć.

Ulicami miasta przeciągały nadal masy uciekinierów cywilnych i wojska. Cywile sprawiali wrażenie kompletnie załamanych, zaś na twarzach żołnierzy malowała się apatia i przygnębienie. Po raz pierwszy ujrzałem żołnierzy węgierskich i własowców. Jechali na małych, kosmatych koniach, byli bardzo zaniedbani, odbiegali wyraźnie wyglądem od nieźle ubranych żołnierzy Wehrmachtu.

Krążyły już wieści, iż Rosjanie zajęli Rawicz i Jarocin, a więc możemy się ich spodziewać w ciągu najbliższych godzin. Pod wieczór rozległo się łomotanie do szczelnie zamkniętych drzwi frontowych  naszego domu.

Uchylam ostrożnie firanę. Przed drzwiami stoi pięciu żołnierzy niemieckich. Nie ma rady, trzeba ich wpuścić, bo i bez zaproszenia wejdą. Są brudni, nie ogoleni i potwornie zmęczeni. Natychmiast zrzucali z siebie cały wojenny rynsztunek i proszą o jakiś gorący napój. Są w wieku czterdziestu – pięćdziesięciu lat, wszyscy w randze podoficerów. Ich jednostka została rozbita w drugim dniu ofensywny radzieckiej i od tego czasu są w ciągłym odwrocie. Cofają się na linię Odry, tam ma być koncentracja ocalonych resztek wielkich armii. Mówią: Der Krieg ist schon verloren, die Russen besetzen Deutschland und wir werden alle vernichtet. Po kolacji złożonej z konserw wystawiają jednego ze swych kolegów na wartę, reszta wali się pokotem na podłogę nie zdejmując nawet butów.

Cała nasza rodzina i reszta lokatorów spędza tę noc bezsennie. Myślimy tylko o jednym: co będzie, jeśli do miasta wejdą Rosjanie i kwaterujący u nas żołnierze nie zdążą zwiać. Dojdzie wtedy do walki, a wówczas również i my możemy oberwać.

Noc mija spokojnie, o 4.00 rano Niemcy zbierają się i ruszają w kierunku Leszna. Przez zapomnienie czy nieuwagę zostawiają kilka granatów trzonkowych (znalazłem je wsunięte pod szafę). Wynoszę je do ogrodu i zagrzebuję głęboko w śniegu.

Wtorek, 23 stycznia. Sytuacja bez zmian. Na ulicach może trochę mniej uciekinierów, ale za to coraz więcej wojska. Różne formacje, nie ma jednak wśród nich oddziałów SS, z czego wysuwamy wniosek, że Rosjanie są jeszcze daleko, gdyż kwaterujący u nas żołnierze mówili nam, że SS-mani cofają się ostatni. Boimy się ich przybycia. Jeśli będą mieli dość czasu, może być źle…

Przeciągające wojsko rabuje co się da. Niektórzy żołnierze są pijani, widać po nich, że mają dość wszystkiego, że chcieliby gdzieś się położyć i wypocząć. Ciągną jednak uparcie dalej, gna ich strach przed Rosjanami.

Noc spędzamy w piwnicy. Wydaje nam się, że tu jest najbezpieczniej. O godz. 1.00 podrywamy się gwałtownie na nogi. Słychać potworne eksplozje, wydaje się, że miasto jest bombardowane. Wybiegam do ogrodu i widzę, że od strony lasu – w kierunku na Stary Gostyń – horyzont rozświetlony jest wybuchami. Ziemia drży, wylatują szyby z okien. Po dziesięciu minutach powraca spokój. Wszyscy jesteśmy zdenerwowani, gubimy się w domysłach, co to mogło być. Dopiero następnego ranka dowiadujemy się, że Niemcy wysadzili w powietrze zmagazynowane w lesie sześćdziesiąt wagonów amunicji. Rosjanie są już podobno w Krobi, a to tylko 15 km od Gostynia.

Środa, 24 stycznia. Mróz. Skąd bierze się jeszcze tylu uciekinierów i takie masy wojska? Przeciągnęły już chyba dziesiątki tysięcy i nadal nie widać końca. Coraz więcej formacji pomocniczych, dużo  Węgrów i własowców. Węgrzy są ubrani przedziwnie. Wojskowe kurtki i cywilne spodnie albo odwrotnie. Często maszerują w cywilnych ubraniach. Niektórzy nie mają żadnej broni. Wchodzą do mieszkań, ukradkiem próbują się pozbyć wojskowych rupieci. Proszą o jakiś rozgrzewający napój, są zagubieni, bezradni. Trudno się z nimi porozumieć, tylko niewielu zna niemiecki. To wojsko z pewnością nie przedstawia żadnych wartości bojowych.

Na podwórzu znajduję porzucony karabin. Po zapadnięciu zmroku wysuwam go pod bramą na chodnik ulicy. Leżą tam już karabiny, hełmy, jakieś łopatki, maski gazowe – wszystko to, co cofający się żołnierz uznał za zbyteczny balast.

Oficerowie nawiewają na motocyklach lub samochodami. Od czasu do czasu przejedzie kilka czołgów, samochodów pancernych, czy działek. Wszystko dokładnie przemieszane, wieją bez ładu i składu. Chyba jednak Rosjanie są już blisko.

W Piaskach (4 km od Gostynia) Niemcy rozgrabili magazyny wojskowe zawierające w większości obuwie wojskowe. Żołnierze próbują teraz zrabowane buty sprzedać. Towar łakomy (ileż to czasu chodziliśmy w drewniakach…), więc amatorów jest dużo. Kto by tam zresztą liczył się obecnie z markami! Ale ledwie transakcja dojdzie do skutku i zadowolony rodak odchodzi z butami pod pachą, już podbiega do niego inny żołnierz i kapcie odbiera. Często wali jeszcze po twarzy, krzycząc coś o polskich złodziejach. Takie to morale tej germańskiej armii.

Naszych gostyńskich policjantów już nie ma. Niekiedy przechodzą policjanci – uciekinierzy. To już nie ci sami żandarmi, którzy sprawowali nad nami nieograniczoną władzę. Przychodzą i proszą o coś ciepłego do picia, o kawałek chleba. Są jeszcze groźni, nie możemy więc jawnie okazywać naszej satysfakcji, ale w duchu pogardzamy nimi i cieszymy się z ich upokorzenia.

Zupełny brak chleba. Z czynnych piekarni cały wypiek zabiera wojsko. Zamknięte są też wszystkie inne sklepy. Niektóre zostały dokładnie obrabowane przez wojsko, jeszcze inne już przedtem – nie zważając na niebezpieczeństwo ogołocili z towaru gostyńscy rodacy.

Raz po raz słychać strzały karabinowe. Kolega mówi mi, że w tzw. Deutsche Haus (mieszczącym się w restauracji Jezierskiego) policja zastrzeliła dwóch Polaków za to tylko, że nie chcieli oddać żołnierzom swoich rowerów.

Wracają ludzie z okopów, z obozów pracy i więzień. Dzisiejszej nocy spały w naszym mieszkaniu cztery kobiety, byłe więźniarki z Osiecznej. Następnego ranka, w silny mróz, udały się pieszo w dalszą drogę do Krotoszyna.

Tejże nocy, tak jak i w poprzednie, czuwamy na zmianę. Jesteśmy jednak bezradni wobec własowców, którzy, diabli wiedzą jakim wiedzeni węchem, wdarli się do ogrodu i rozbili wszystkie ule z pszczołami. I tak dobrze, że nie władowali się do mieszkania, bo mogłoby być znacznie gorzej. Krążą o nich legendy…

Czwartek, 25 stycznia. Mróz. Czekamy w wielkim napięciu na nadejście Rosjan, ale na razie ulice zawalone są uciekinierami i wojskiem niemiecki. Dowiadujemy się, że w nocy Węgrzy ograbili klasztor ojców Filipinów na Świętej Górze. Przy okazji zrzucili swoje uniformy i poprzebierali się w mundury strażackie.

Gdzieś w oddali słychać artyleryjskie strzały. Czasem przemkną pojedyncze samoloty niemieckie. Wojsko znowu plądruje składy. Ogołocą nas ze wszystkiego. Na ulicę w ogóle nie wychodzimy. Do sąsiadów przeskakujemy ogrodami.

Znowu mamy w nocy trzech żołnierzy. Są tak otępiali ze zmęczenia, że po wypiciu gorącej kawy, nic nie jedząc, kładą się na podłogę. My schodzimy do piwnicy, gdzie już od dawna znajdują się nasze walizki z najpotrzebniejszymi rzeczami. Ja nie potrzebuję się o żadne tobołki martwić. Mam tylko to, co na sobie, reszta została pod Berlinem.

Każdej chwili oczekujemy wysadzenia mostów, jakoś jednak do tego nie dochodzi.

Piątek, 26 stycznia. Mróz. Strzały słychać coraz bliżej. Mówią, że Rosjanie zajęli już Kunowo (8 km od Gostynia). Nacierają również z kierunku Krobi. Teraz to już naprawdę kwestia kilku godzin. Nie widać przecież, aby Niemcy próbowali zorganizować jakiś planowy opór, wieją nie oglądając się za siebie. Zabawny widok: jedzie na koniu żołnierz czy oficer niemiecki, do siodła przyczepiona linka, a na jej drugim końcu saneczki, na których siedzi zarośnięty, okutany szalami podoficer. Też się na kulig wybrał…

Pędem przyjechało kilka „łazików” z wojskiem SS. Uzbrojeni po zęby, w hełmach, sprawiają groźne wrażenie. Za kilka minut wracają z powrotem, jadą w kierunku Krobi.

Przychodzi znajomy. Mówi, że tuż za rogatkami – na szosie do Krobi – ostrzelały się czołgi rosyjskie i niemieckie. Wiadomość ta wkrótce się potwierdza. Na ulicy Nowe Wrota jeden z domów zostaje trafiony kilkoma pociskami czołgowymi.

Uciekinierów cywilnych coraz mniej. Wojsko też coraz rzadziej przeciąga. Mało wśród niego maruderów, a więcej dobrze uzbrojonych żołnierzy. Chyba frontowcy z pierwszej linii. Boimy się, że będą wysadzać mosty, ładunki wybuchowe od dawna podobno są założone. Nerwy napięte do ostatnich granic. Wskutek tego napięcia, w nocy nie śpimy, większość dnia spędzamy teraz w piwnicy, bo przeraża nas gęstniejący i coraz bliższy huk armat.

W nocy znowu na noclegu dwóch żołnierzy niemieckich i jeden spóźniony Węgier. Niemcy przeklinają Hitlera i Himmlera, Węgier ze zmęczenia i strachu jest bliski szoku. Nie możemy się z nim dogadać, wreszcie jednak dochodzimy do porozumienia, w wyniku czego daję mu jakieś cywilne łachy, on zostawia swój mundur i płaszcz-namiot (cały ten komplet przekazaliśmy później Rosjanom).

Ledwie ta zamiana dobiegła końca, z ulicy posłyszeliśmy serię strzałów z karabinów maszynowych i wybuchy ręcznych granatów. Nasi żołnierze w kilka sekund wybiegli z mieszkania i truchtem puścili się w kierunku Leszna.

Czekamy w napięciu, ale i tym razem bez rezultatu. I tak mija ta noc, jak się później okazało, ostatnia noc okupacji.

Sobota, 27 stycznia. Mróz jakby troszkę zelżał. Zapowiada się ładny dzień. Ulicami przeciągają jeszcze jakieś luźne oddziały Niemców, jest ich jednak coraz mniej. Nad miastem przeleciały dwa samoloty z czerwonymi gwiazdami na skrzydłach. Z samego rana słychać całkiem blisko strzały z dział czołgowych. Teraz nie mamy wątpliwości, że wolność jest tuż, tuż.

Nie mogę sobie znaleźć miejsca, nerwowo wyglądam przez okno, obserwuję wycofujące się w pośpiechu wojsko. Niektórzy żołnierze mają widocznie obtarte nogi, bo kuleją i podpierają się kijami. Trafiają się żołnierze bez broni.

O godzinie 11.00 przejeżdża z hukiem kilka czołgów niemieckich w kierunku Leszna. Za jakieś piętnaście minut czołgi wracają, mijają nasz dom, jadą w stronę Rynku. Zapanował spokój, nic się nie dzieje, od czasu do czasu pod ścianami domów przemknie jakiś spóźniony żołnierz.

Godzina 11.20. Z oddali słyszymy łoskot. Ostrożnie wychylamy się z okna. Na ulicy pusto, wtem widzę zbliżający się od strony Rynku czołg z czerwoną gwiazdą, a na nim kilkunastu żołnierzy. Rosjanie! Wybiegamy przed dom. Ludzie wyroili się z mieszkań jak pszczoły z uli. Machają rękami, krzyczą, ściskają i całują radzieckich żołnierzy. Na domach wykwitły biało-czerwone flagi, widać także kilka czerwonych sztandarów. Entuzjazm niesłychany, wyzwala się teraz tak długie napięcie. W odstępie 100 metrów jeden od drugiego suną czołgi obsadzone radziecką piechotą. Krzyczymy z radości, żołnierze uśmiechają się do nas przyjaźnie. Czołgi  nie zatrzymują się, walą w kierunku Goli w pogoń za uciekającymi Niemcami.

Na niektórych czołgach  widzę kobiety w mundurach, dostrzegam też umundurowanych chłopaczków. Podobno mają świetnie opanowaną sztukę likwidowania ładunków wybuchowych, przecinania lontów itp. Podziwiam te dziewczyny i tych chłopców.

Jesteśmy wyzwoleni. Trudno jakoś w to uwierzyć. Czekaliśmy na tę chwilę pięć lat i pięć miesięcy. Jeszcze parę godzin temu drżeliśmy ze strachu przed jakimś trudnym do przewidzenia postępkiem ze strony zdeterminowanych SS-manów, a teraz koszmar ten należy już do przeszłości.

Za czołgami ciągnie piechota. Idzie lekko, swobodnie, choć na twarzach maluje się napięcie i zmęczenie. Czerwonoarmiści ubrani są w czapki z nausznikami, watowate kurtki i takież spodnie. Na ogół wszyscy w filcowych butach, niektórzy tylko mają na stopach trzewiki, na łydkach owijacze. Uniformy niepozorne, w nie najlepszym stanie, ale przecież to żołnierz frontowy, który nie ma czasu ani sił, aby dbać o elegancki wygląd. Oficerowie swoim wyglądem zewnętrznym prawie nie odbiegają od żołnierzy, chociaż dostrzegam kilku – jak na warunki tego ruchomego  frontu – wyjątkowo dobrze się prezentujących.

Każdy żołnierz jest uzbrojony w pistolet automatyczny z talerzowym magazynkiem (pepesza). U żadnego – w przeciwieństwie do Niemców – nie dostrzegam maski gazowej

Witamy ich serdecznie, częstujemy papierosami, chlebem, słoniną – tym, co jeszcze posiadamy. Wojsko przeważnie odmawia, żołnierze tłumaczą nam, że mają jedzenia w bród, że u nich wszystkiego „mnogo”, i że nam się z pewnością te nasze ocalałe zapasy lepiej przydadzą. Nie odmawiają szklaneczki wódki, ale tej w naszym mieście nie ma zbyt wiele.

Nagle słyszymy ryk silników i na niebie pojawiają się cztery szturmowe samoloty niemieckie. Żołnierze i cywile błyskawicznie kryją się w bramach, samoloty jednak odlatują w kierunku Poznania.

Konno jedzie oficer radzicki. Przystojny, dobrze ubrany, siedzi na koniu jak przyrośnięty do siodła. Koń staje nagle i mimo „zachęcania” go nahajką, uparcie jak muł tkwi w miejscu. Oficer klepie go po karku i mówi: – Nu, Adolf Hitler, wpieriod… Przyglądający się tłum wybucha śmiechem, oficer śmieje się również i kłusem galopuje za swoim oddziałem.

Od strony Goli kilku konwojentów prowadzi pierwszych niemieckich jeńców. Jest ich trzynastu, a na czele oficer SS. Żołnierze wloką się ociężale ze wzrokiem wbitym w ziemię, SS-man idzie natomiast z hardo podniesioną głową, w oczach ma nienawiść i pogardę!

Zapraszamy oficera radzieckiego, młodego dwudziestoletniego lejtnanta, wraz z kilkoma żołnierzami do mieszkania. Otrzymują skromny poczęstunek, są jednak milczący, poważni: oficer wstaje, dziękuje i mówi, że muszą już iść dalej, gonić i bić Germańców.

Wojsko ciągnie i ciągnie. Cały dzień spędzamy na przyglądaniu się, na chodzeniu do znajomych i dzieleniu się wrażeniami z pierwszego dnia wolności. Wszyscy są nią oszołomieni, każdego jednak dręczy jeszcze jakaś nieokreślona obawa, czy to już naprawdę koniec udręki, czy Niemcy nie zrobią jakiegoś kontrnatarcia i wrócą, aby się krwawo odegrać. Podobno jakieś duże zgrupowanie wojsk niemieckich znajduje się w wędrującym kotle, który łatwo w odwrocie może zawadzić o nasze miasto.

Polami i ogrodami przemykają zagubieni żołnierze niemieccy. Są głodni i zmęczeni, szukają schronienia, są zdecydowani na wszystko. Na noc barykadujemy się więc przezornie w mieszkaniach. Lepiej nie kusić licha.

Niedziela, 28 stycznia. Gostyń ma jak dotąd szczęście. Oprócz spalonego gimnazjum, żadnych większych szkód miasto nie doznało. Wprawdzie dzisiaj w nocy spalił się jeden dom mieszkalny w Rynku, wybuchły także pożary w kilku innych domach, zostały one jednak ugaszone.

Spadł duży śnieg, nadal trzyma silny mróz. W mieście od czasu do czasu słychać strzelaninę. Grupki Niemców, a nieraz i pojedynczy żołnierze, próbują przedostawać się do swoich i wpadają w pułapkę.

Spodziewamy się, że Rosjanie ustanowią chyba jakąś władzę i zaprowadzą porządek.

Po południu, razem z kolegą, zgłosiłem się do utworzonej już dzisiaj Milicji Obywatelskiej. Siedziba mieści się w Ratuszu, na Rynku. Otrzymaliśmy przepustki uprawniające nas do poruszania się przez całą dobę w mieście, biało-czerwone opaski i… to wszystko. O broni jakoś nikt nie wspomniał. O godz. 23.00 wyruszyliśmy w dwóch patrolować ulicę Leszczyńską. Ciemno, zimno, wiatr hula. Idziemy pod ścianami domów z duszą na ramieniu. Gdyby tak nagle pojawił się jakiś Niemiec, nie pozostałoby nam nic innego jak wziąć nogi za pas. Na szczęście wszędzie pustka, nie licząc leżących przed budynkiem poczty trupów własowców.

Poniedziałek, 29 stycznia. Od godz. 11.00 do 13.00 na patrolu, nadal bez żadnej broni. Z pomieszczeń niemieckiej policji zabieram na pamiątkę solidny bykowiec, którym – jak mi się zdaje – bodajże w roku 1943 dostałem solidne cięgi za poruszanie się w mieście kilka minut po godzinie policyjnej. Wieczorem sensacja. W mieście zjawia się pierwszy oddział polskiego wojska „lubelskiego” – jak się wówczas mówiło. Wszyscy ubrani w buty z cholewkami, żółte spodnie, kurtki koloru khaki i rogatywki. W Gostyniu pozostało trzech żołnierzy i dwóch oficerów, reszta pociągnęła na zachód. Przed odmarszem odśpiewali na Rynku  Jeszcze Polska, co wzruszyło nas do łez.

Bez przerwy ciągną w kierunku Leszna Rosjanie. Leszno podobno dziś zostało wyzwolone, w Poznaniu zaś toczą się jeszcze ciężkie walki.

Wtorek, 30 stycznia. W nocy od 23.00 do 1.00 na patrolu. Tym razem otrzymaliśmy już niemieckie karabiny i po sześć nabojów. Przed wręczeniem broni krótko poinstruowano nas, jak się z nią obchodzić. Podczas patrolu nic szczególnego. Silny mróz i wiatr. Niesamowite wrażenie robią w nocy ciągle jeszcze nie uprzątnięte trupy poległych Niemców.

Spałem po patrolu prawie do południa, toteż nie byłem na wiecu zorganizowanym o godz. 9.00 rano na Rynku. Ludność miasta stawiła się tłumnie i wysłuchała przemówienia polskiego oficera. W południe znowu patrolujemy ulice. Czujemy się z tymi karabinami trochę głupio. Przeciąga ulicami masa wojska, w oczach niektórych żołnierzy widzę lekką kpinę. No pewnie, cóż z nas za wojacy…

Dowiaduję się, że w mieście pozostało około czterdziestu volksdeutschów. Chwilowo zatrudnieni są przy różnego rodzaju pracach porządkowych. Niestety, ci, którzy najbardziej dali się nam w czasie okupacji we znaki, uciekli pierwsi.

Utworzona została przez Rosjan Komenda Wojenna i Komenda Miasta. Wydano szereg obwieszczeń i zarządzeń, mających na celu zapewnienie porządku i bezpieczeństwa. Z uwagi na  możliwość dywersji zarządzono zdanie pozostawionych przez Niemców radioodbiorników.

Środa, 31 stycznia. Znajomy, dysponujący zwykle wiarygodnymi informacjami, mówi mi, że w Poznaniu zostało otoczonych około 50 tys. Niemców. Rzekomo jest też między nimi sam gauleiter Greiser. Mało prawdopodobne.

Mróz zelżał, zapowiada się odwilż. Miasto powoli wraca do normalnego życia, otwarte są już niektóre sklepy i urzędy. Po południu komendant MO wysyła mnie z kolegą do biur NSDAP, które mieściły się przy ulicy Kolejowej. Zastajemy tam kosmiczny bałagan. Na podłogach cale stosy akt, papierów i różnego śmiecia. Będziemy tu mieli pracy co najmniej na tydzień. Na razie zabezpieczamy znalezioną amunicję, której jest bardzo dużo.

Ukazały się pierwsze odezwy podpisane przez rząd polski w Lublinie. Wzywa się do udzielenia wszelkiej pomocy wojskom radzieckim i władzom wojskowym. Cel ostateczny – zwycięstwo nad Niemcami.

Nie mamy radia, nie ukazują się gazety, toteż niewiele wiemy co dzieje się na walczących frontach całego świata. Skazani jesteśmy na różne plotki i inne wiadomości, często nieprawdziwe, często panikarskie. Nie przyczynia się to do wytworzenia najlepszych nastrojów, tym bardziej, że z żywnością krucho.

Szerzą się pogłoski, ze wkrótce zostanie ogłoszona mobilizacja roczników 1920-1925, mówi się także, że rząd emigracyjny w Londynie ogłosił zdrajcami sprawy narodowej tych wszystkich, którzy ochotniczo wstępują w szeregi wojska „lubelskiego”. Sytuacja jednym słowem mocno zagmatwana, trzeba poczekać co przyniesie przyszłość.

W gmachu sądu mieści się od dzisiaj siedziba polskiej komendy wojskowej. Obsadę stanowi dwóch oficerów i kilku żołnierzy.

Powracają do miast wysiedleńcy z kilkuletniej tułaczki po Generalnej Guberni. Każdego dnia będzie ich coraz więcej. Wrócili też moi krewni. Mieszkali w czasie okupacji w Warszawie, przeżyli piekło Powstania, stracili cały skromny dobytek

Jesteśmy znowu wszyscy razem w wolnym mieście, w wolnym kraju. Z pewnością nie będzie nam lekko. Ale najważniejsze, że koszmar lat okupacyjnych już za nami, że odzyskaliśmy godność i znowu jesteśmy wolnymi ludźmi.

Fragment książkiWielkopolanie o roku 1945, wyboru wspomnień dokonał Mieczysław Skąpski, Poznań 1972.

Przypominam sobie, jak o w domach rodzicielskich zawrzało rozgoryczeniem na wiadomość o rozporządzeniu pruskim, że w szkołach katolickich należy udzielać w trzech klasach najwyższych nauki religii w języku niemieckim. Przebąkiwano o tym dość długo, aż gdy rozporządzenie weszło w życie, rozpoczął się wielki ruch społeczny.

Pruskie kuratorium szkolne, przewidując, że dzieci polskie nie kupiłyby książek z wykładem religii w języku niemieckim, rozdało bezpłatnie katechizmy i historię św. Rodzice już przedtem zadecydowali, że gdy to nastąpi, zakażą dzieciom uczyć się religii w języku niemieckim, czyli urządzą strajk szkolny.

Rozporządzenie nie było zastosowane we wszystkich miastach równocześnie, bo już przedtem słyszeliśmy o strajku szkolnym i o katowaniu dzieci polskich we Wrześni. To podniosło ducha i zapał!. Strajkiem w Gostyniu kierował p. Józef Woziwodzki. Jego energia, zapał i zrozumienie ważności sprawy udzieliły się rodzicom i dzieciom. Pomagał mu w tym p. Franciszek Konieczny (obecnie zamieszkały w Pleszewie). Wiem, że na tych dwóch obywateli zwrócone były oczy nas wszystkich strajkujących. Jak strajk rozpocząć i przeprowadzić, odebraliśmy – kilku chłopców zaufanych – instrukcje w domu i z ust p. Józefa Woziwodzkiego. Instrukcja polegała na tym, że wyznaczonego dnia przy rozpoczęciu nauki, gdy nauczyciel wejdzie do klasy, wszystkie dzieci polskie wstaną, podejdą do katedry i złożą tam książki z wykładem religii w języku niemieckim. Tak się też stało! Gdy nauczyciel wszedł do klasy, powstał szum i trzy stosy książek ułożyliśmy na katedrze. Od tej chwili rozpoczęły się szykany i prześladowania nasz wszystkich przez nauczycieli i władze szkolne. Słabsi uginali się pod naporem kar cielesnych, aresztów i różnych odgrażań, natomiast my odporniejsi wytrwaliśmy do końca. Strajk trwał przeszło pół roku. Uczęszczałem wówczas do klasy III (obecnie V-ej). Byliśmy umieszczeni w szczycie budynku od strony fary. Gospodarzem klasy był nauczyciel Polak, p. Spychałowicz, a nauki religii udzielał nam nauczyciel – hakatysta Schilla. Przedmiotem szykan i kar było nas trzech: Józef Kaniewski (obecnie w Paryżu), Wacław Kramer (obecnie w Toruniu) i ja. Każda lekcja religii rozpoczynała się stale w ten sposób, że nauczyciel Schilla, wchodząc do klasy krzyczał: „Hejnowicz, hast du was gelern?” – „Nein”. – „Warum nich?” – „Mutter lässt mich nicht” – „Raus!” – „Kramer, hast du was gelern?” – „Nein” – „Warum nich?” – „Vater lässt mich nicht!? – „Raus!”. I wtenczas bił nas trzciną po rękach, plecach, głowie. Ustawiał nas twarzą tuż przy tablicy, która wisiała na ścianie. Raz po raz, przechodząc, uderzał nas pięścią w kark tak, że czoła rozbijaliśmy o tablicę. Pamiętam jeszcze, że raz zostałem tak silnie uderzony pięścią z twardym pierścionkiem przez nauczyciela Schillę w głowę że ogłuchłem i z przerażenia uciekłem z klasy do domu. Były to katusze wołające o pomstę do nieba! Oprócz kar cielesny zadawano nam kary pisemne do domu, jak np. napisanie 400 lub 600 razy „Du sollst in der Schule Religion lernen”. Po skończonej nauce odsiadywaliśmy codziennie jeszcze areszt. Zbierano nas ze wszystkich trzech klas razem i codziennie dyżurował inny nauczyciel. Kierownikiem szkoły był p. Adam Schmidt – umiarkowany i wyrozumiały. Natomiast zaciekłością pruską uwiecznili się wyżej wspomniany nauczyciel Schilla i nauczycielka Grabsch.

Jednakże wszystkie udręki i szykany nie złamały nas a duchu, ale przeciwnie utrwaliły charaktery, zahartowały wolę – by przez całe życie służyć Ojczyźnie.

W nocy z 5 na 6 stycznia 1919 roku zawiadomił mnie wysłannik z Gostynia, że dnia 6 stycznia rano winni się stawić do strzelnicy gostyńskiej wszyscy mężczyźni poborowi, zabierając z sobą żywność na 24 godziny i ciepłą bieliznę. Na mój apel przybyli wszyscy i razem wyruszyliśmy do Gostynia.

W czasie zbiórki nadbiegł nawet Marciniak, który dopiero poprzedniego dnia wieczorem wrócił po 3 latach nieobecności do domu. Nie brakowało zatem nikogo. W Gostyniu dałem komendzie spis moich ludzi, gotowych do dalszej akcji. Po dość długiem czekaniu wybrano tylko samotnych: Cieślaka Jana, Kaźmierczaka Walentego, Heinscha Jana, Głogińskiego Franciszka, Matuszaka Franciszka, Roszaka Jana, Jagodzińskich Józefa i Walentego, Dorsza Marcina, Gałów Walentego i Marcina, Bielskiego Tomasza, Pachurków Stanisława i Franciszka, Wojciechowskiego Michała, Nowaków Tomasza i Stanisława.

Reszta miała wrócić do domu i czekać na dalsze rozkazy. Po pewnym czasie przyjechał śp. M. Kornobis  z poleceniem z Gostynia, abym przejął dozór nad koleją i pocztą w Zalesiu, która mieściła się  na dworcu. Naczelnikiem dworca był wtedy zacięty hakatysta Prasser, a pocztą kierowała jego córka. Obowiązkiem moim było kontrolowanie poczty i rozmów telefonicznych. Na noc zabierałem do siebie wszelkie łączniki i klucze. Początkowo bardzo trudno było się pogodzić z taką kontrolą zawiadowcy Prasserowi, lecz po dwóch dniach pogodził się z losem. Tego samego dnia wywieszony został czerwono-biały sztandar na dworcu, co ludność powitała radośnie. Później kontrolę poczty przejął brat mój Józef Baranowski, gdy powrócił z wojny światowej, a na dworzec wysłałem syna gospodarskiego Jana Bilskiego, który się trochę poduczył, by móc później samodzielnie zawiadywać dworcem i pocztą, co też nastąpiło.

Następnie przyszedł rozkaz organizowania Straży Ludowej. Zawezwałem zatem wszystkich mężczyzn i oddział nasz liczył 154 ochotników. Ćwiczenia wojskowe odbywały się na podwórzu i na łące dworskiej. Przeprowadzał je Walenty Wojtkowiak, gospodarz z Zalesia, który był mi najbardziej pomocny. Na ćwiczenia stawiali się wszyscy.

Co się stało tymczasem z naszymi wojakami, którzy odmaszerowali na front pod Poniec? Przed wyruszeniem powstańców przemówił do nich  pierwszy p. Kujawski, jako burmistrz Gostynia, poczym przedstawił się powstańcom dowódca odcinka p. dr Śliwiński. Przemówił krótko, po wojskowemu, żądając od nich dyscypliny.

Wojacy nasi po kilku dniach przyjechali do Zalesia po żywność. Otrzymali zatem na front od właściciela Zalesia, p. Kazimierza Stablewskiego, żyta, pszenicy i tuczników. Przyjazdy po żywność były kilkakrotne.

Niebawem nadeszła smutna wiadomość, pod Bojanowem poległ Walenty Kaźmierczak, syn włodarza z Zalesia. Wojsko samo przywiozło ciało poległego, którego złożono w pokoju dominjalnym, uroczyście przybranym. Pogrzeb z udziałem wojska, z salwami pożegnalnymi, był wzniosłą manifestacją ludności miejscowej i okolicznej. Na cmentarzu przemówił gorąco śp. ks. dziekan Wlazło, a chór z Piasków wykonał pienia żałobne.

Po kilku dniach poległ Walenty Gała, syn gospodarza z Zalesia. Pogrzeb jego był równie uroczysty. Poległ także pod Gościejewicami Jan Heinsch, pochowany na cmentarzu gostyńskim.

Powstańcy ubolewali, że nie mają dostatecznej broni. Każdy, idąc na front, odebrał tylko pięć naboi, a jednego karabinu używało czasem trzech i więcej. Wszelką broń zbieraliśmy zatem po okolicy. Do zakupu broni od byłych żołnierzy frontowych wyznaczyłem p. M. Heinscha z Zalesia, a gotówkę dał właściciel Zalesia p. K. Stablewski. Skupowaną broń odsyłałem do komendy w Gostyniu, na której czele stali pp. Niestrawski i Lachowski.

Pewnego dnia odebrałem rozkaz pilnowania mostu kolejowego na Drogoszewie, który mieli Niemcy tutejsi rzekomo w powietrze wysadzić, o czym się poufnie dowiedziałem. Wyznaczyłem zatem dwóch ludzi do pilnowania mostu, lecz nic się nie zdarzyło.

Dnia 11 maja 1919 roku odbyło się zaprzysiężenie Straży Ludowej na Rynku w Gostyniu. Msza św. przy tłumnym udziale ludzi z całego powiatu odbyła się przy aptece p. Pruskiego. Na zaprzysiężenie przybył gen. Dwbór-Muśnicki i płk. Lange. Wojsko tworzyło czworobok przed ołtarzem. Byłem wyznaczony da asysty przy sztandarze.

Oto moje wspomnienia z akcji powstańczej na terenie Zalesia.

Przedruk: „Kronika Gostyńska” 1935, t. VII, nr 4, s. 62-64.

W obliczu rosnącego zagrożenia ze strony Niemiec Gostyń i okolice włączyły się aktywnie do akcji mających na celu przygotowanie się do obrony Ojczyzny. Pamiętam, że rozpoczęto szkolenie członków ZHP do służb sanitarnych, powołano oddziały Terenowej Obrony Przeciwlotniczej i Przeciwgazowej tzw. Komitety OPL. Rozpoczęto zbieranie dobrowolnych składek w szkołach i wśród społeczeństwa na cele wojenne. Przygotowania obronne nabrały jawnego charakteru. Ludność Gostynia na wezwanie władz przystąpiła do kopania rowów przeciwlotniczych i przeciwczołgowych. Nas w szkołach podstawowych w tym czasie uczono w posługiwania się maską przeciwgazową i zachowania w razie użycia gazu trującego przez wroga.

Gostyń był w 1939 roku oddalony od granicy polsko-niemieckiej o około 38 km. Był to teren przygraniczny i bezpośrednio zagrożony atakiem niemieckim. A przecież Niemcy zbierali przed wojna wszelkie informacje z każdej dziedziny, a w szczególności wojskowej i przekazywali je do Rzeszy. Mniejszość niemiecka liczyła na naszym terenie około 3,8% ogółu mieszkańców. Gostyń i powiat gostyński  ostatecznie został zajęty przez wojska hitlerowskie 6 września 1939 roku Już od pierwszego dnia okupacji przystąpiono do ograniczenia swobody Polaków, wprowadzając m.in. godzinę policyjną, zakaz słuchania radia, bezwzględny nakaz złożenia wszelkiej broni i amunicji. Okupanci brali zakładników: 10 Polaków – mężczyzn różnych zawodów. W razie gdyby ktoś z mieszkańców Gostynia odważył się zrobić krzywdę Niemcowi, to według prawa wojennego 10 przetrzymanych zakładników zostałoby rozstrzelanych. Zatrzymani przebywali 24-godziny w areszcie, a następnie powoływano nowych.

Miałem wtedy 12 lat. Wojna zastała mnie na terenie miejscowości Głogówko. Mieszkałem 35 metrów od klasztoru świętogórskiego. Jako półsierota, wychowywałem się u rodziców mojej mamy. Ojciec zmarł w 1928 roku i mama została zmuszona do wyjazdu w poszukiwaniu pracy na innych terenach Polski. Znalazła ją w miejscowości Rąbka, w województwie małopolskim. Pracowała tam jako wychowawczyni dwóch małych dzieci, u rodziny, która jej wypłacała comiesięczne wynagrodzenie w gotówce, potrącając za utrzymanie. Pieniądze wysyłała moja mama na moje potrzeby bytowe: żywność, odzienie i inne potrzeby do dziadków. Wyjechała tam w 1935 roku i jeden raz w roku przyjeżdżała na trzy tygodnie. Poza tym łączność bywała listowna. Łączyłem przez to pisanie swoje uczucia, miłość i synowskie przywiązanie, do tej która  dała mi życie i poświęciła się dla mnie, nawet wyjeżdżając daleko dla pracy zarobkowej, by zapewnić mi byt. To wszystko jednak nie zastępowało mi codziennego kontaktu z mamą. Sam nieraz w ciszy pytałem siebie, dlaczego ja nie mam ojca i mamy przy sobie, jak inne dzieci w rodzinach? To jeszcze bardziej potęgowało moją miłość i tęsknotę do mamy. Czułem to, że mama, dobra mama to samo czuje co ja, wobec swego dziecka, tym więcej musiała cierpieć, wychowując inne dzieci. Potwierdzała to listownie.

Mama moja przebywała w Rabce od 1935 roku do 1945 roku. Ten obszar Polski nazywany był przez Niemców Generlogovenement – Generalne Gubernatorstwo. Dodać, tu należy, iż mama moja starała się u władz niemieckich o przyjazd do Gostynia, uzasadniając swe starania, tym iż ma dziecko małe do wychowywania, które jest pod opieką swych dziadków. Prosiła także o pozwolenia na mój przyjazd do niej. Jednak starania nie dały pozytywnego rezultatu. Niemcom przecież chodziło o to, aby celowo rozdzielić matkę i syna. To była celowa, przemyślana, okupacyjna robota przeciw Polakom. Prześladowano nas na każdym odcinku życia. To była pierwsza krzywda wobec mojej rodziny w czasie okupacji niemieckiej. Pozostało to we mnie do końca życia.

Pewnego dnia dowiedzieliśmy się z ogłoszenia niemieckiego burmistrza Gostynia, że  każdy mężczyzna i kobieta zdolni do pracy od czternastego roku życia, zobowiązani są do wykonywania pracy. Wobec tego powinni zgłosić się do miejscowego Arbeitsamtu. przez który zostaną skierowani do pracy w zakładach pracy lub na rolę. Uchylającym się od pracy i zgłoszenia w tym urzędzie, groziła surowa kara. Pamiętam, że kierownikiem wymienionego urzędu była Niemka nazwiskiem: Leimann. Surowa i arogancka wobec zgłaszających się Polaków. Obok jej biura  siedział niemiecki policjant. 18 lutego 1942 roku otrzymałem z Arbeitsamtu skierowanie numer 8880 i w ciągu 24-godzin musiałem zgłosić się do wskazanego zakładu pracy.

            Moim miejscem skierowania okazała się nowo powołana Gaufenerverhschule bei Gostiugen Warthegau, czyli Wojewódzka Szkoła Pożarnictwa w Gostyniu mieszcząca się w klasztorze na Świętej Górze. Do tej szkoły należały ogrody i pola wraz z zabudowaniami gospodarczymi, magazynami i budynkami mieszkalnymi. Skierowano mnie jako robotnika do pracy w ogrodzie i w magazynach sprzętu przeciwpożarowego. W wyznaczonym dniu i godzinie stawiłem się osobiście w biurze Hausmeistra nazwiskiem W. Burczyk. Był to Niemiec, który odpowiadał za pracę Polaków i kierował ich na stanowiska pracy. Bardzo dobrze rozumiał on język polski. Pierwsze pytanie brzmiało: Czy jesteś Polak? Odpowiedziałem, że tak. Drugie pytanie: Czy jesteś zdrowy? Również odpowiedziałem tak! Następnie wypełnił kartę pracy na moje nazwisko. Zaznaczył przy tym surowo: Musisz sumiennie pracować i uczciwie. Obowiązuje tu nieograniczony czas pracy, to jest 8-9 godzin dziennie, dyżury niedzielne i świąteczne. Będziesz pracował jako robotnik rolny w ogrodzie, a tam jest oranżeria i piec do jej ogrzewania w okresie jesienno-zimowym. Trzeba będzie w nim palić. Dodatkowo będziesz pracował przy załadunku i wyładunku w magazynie sprzętu ppoż.W tym ogrodzie nas pracowało dwóch chłopców – ja i kolega, Marcin Głowacki, o rok starszy ode mnie. Mieszkał opodal tej szkoły, o ½ km, na tzw. Nadolniku.

I tu wkradał się w człowieka bunt i żal, że niedzieli nie ma, a praca niewolnicza miała zastąpić dzień wypoczynku. Przykre to było, ale żyło się tą nadzieją, że kiedyś to się skończy. Do moich obowiązków należało także wożenie taczką węgla i koksu na opał. Należało czyścić piec i pilnować, aby był płomienny ogień do utrzymania odpowiedniej temperatury. Niemcowi W. Burczykowi podlegali pracownicy ogrodowi: 7 kobiet, 2 stajennych (utrzymywano 2 konie zaprzęgowe). 10 kobiet pracowało w kuchni (gotowanie jedzenia i przygotowanie go), Byli też zatrudnieni ślusarze, stolarze, palacze kotłowi, razem pamiętam było wszystkich 60  Polaków i Polek. Praca w ogrodzie była pozytywna na tyle, że w lecie zjadało się owoce, marchew i inne warzywa, które żołądek głodny zaspokoiło, bo przydziały chleba, marmolady i mięsa były niewystarczające dla człowieka. A co dopiero dla młodego chłopaka po całodziennym wysiłku fizycznym, w większości na powietrzu. Normalny to objaw – apetyt wzrastał, a chleb był tylko w wyobraźni. Po pracy w domu najczęściej jadło się zupy z ziemniaków, płatki owsiane, a chleb wydziałem tylko od święta. Braki były też i w obuwiu i odzieży. Wszystko było przecież wydzielane w terminach. Najgorsza była jesień i zima. W tym czasie znajomi szewcy i krawcy czasem pomagali w tych to sprawach – coś za coś, na przykład za chleb, papierosy i inną żywność.

Nadszedł rok 1944 i siła niemiecka słabła na tylu frontach w Europie. Dlatego każdy zakład niemiecki zobowiązany był czasowo oddać wyznaczona liczbę robotników – Polaków do kopania rowów obronnych i innych prac, jak na przykład budowania drucianych zasieków. I mnie spotkał ten los, iż zostałem skierowany z mego miejsca pracy, na tzw. Einsatz – zaciąg.

Wywieziono nas transportem kolejowym (wagony bydlęce i transportowe) do Długich Starych koło Leszna, w czasie wojny było to Alt Lanbe. Zakwaterowano nas w byłej owczarni, bo wówczas nie było owiec. Spaliśmy na słomie, a posadzka była betonowa. Wszystkich nas było około 80 mężczyzn w różnym wieku – od lat 16 do 70. Niemcy umieli dobrze organizować wszelkie zgrupowania Polaków. Był tam i komendant, i grupowi (wszyscy Niemcy), którzy nas pilnowali, a jednocześnie gonili do ciężkiej pracy. Kopaliśmy rowy strzeleckie i przeciwczołgowe, które były głębokie na ponad 3,5 metra, a w dolnej jej części miały 80 cm. O ile mi było wiadomo, to tym transportem kolejowym przywieziono około 1560 osób, którymi byli mężczyźni z powiatu gostyńskiego. Resztę osadzono w innych sąsiednich wsiach.

Rowy strzeleckie i przeciwczołgowe oraz zasieki wykonywano w kierunku i w okolicy Wschowy. Te roboty były wykonywane dokładnie i zgodnie z planami-mapkami. Prace te wykonywała niemiecka firma z Leszna Baugeschäft VI-4 Olulich, pod nadzorem wojska, które to stale było obecne na tym terenie. Prace rozpoczynały się o godz. 6.00 i trwały do wieczora – około 11-12 godzin na dobę, bez wolnych dni. Rozpoczęciem każdego dnia był apel przed komendantem Einsatzu. Był to wysoki rangą oficer wojskowy, który odbierał ten apel od grupowych Niemców, a każdy z nich miał grupę Polaków po około 50, którzy mu podlegali. .Śniadania i kolacje były we własnym zakresie. Obiad przywozili na miejsce pracy polowymi kuchniami wojskowymi. Każdy z nas posiadał swoje naczynia i łyżkę do jedzenia. Otrzymywaliśmy ½ litra zupy, nieraz  niedogotowanej. Był i nieraz kawałek chleba do tej zupy, ale nie zawsze. Zupa w większości była z marchwi, buraków, kapusty i trochę w niej ziemniaków pływało. Mięsa zaś w niej nie było śladu. Co sobotę, każdy otrzymywał bochenek chleba pszennego i ½ bochenka chleba zwykłego, do tego 3 łyżki stołowe marmolady i porcję smalcu (1 kostka na 3 osoby) oraz 6 sztuk papierosów marki „Tonga”. Nazywaliśmy je „gwoździe do trumny”, bo były bardzo silne, lecz wydajne, bo poćwiartkowaniu można z nich było zrobić 12 sztuk, a to dawało długie palenie. Przydzielano nam też raz w miesiącu ½ litra wódki na 3 osoby. Przy każdym takim przydziale podkreślano, że racje żywnościowe są duże, bo pracujemy do obronności III Rzeszy i władza niemiecka, za to nam się odwdzięcza. Raz po raz nawet nas pochwalono, ogólnie wszystkich, że dobrze pracujemy.

Pracowałem tam od 12 sierpnia do 1 października 1944 roku. Później Kazano mi się zgłosić się do Arbeitsamtu w Gostyniu, a tam się miałem dowiedzieć, gdzie będę dalej zatrudniony. Zaznaczono przy tym, że w razie niestawienia się zostanę doprowadzony przez policję i odpowiednio surowo ukarany. Jadąc do Gostynia, dowiedziałem się, że w lasach starogostyńskich i golskich, 2 kilometry od Gostynia powstał Feldmunitionslager Kahlenhof Bei Gostingen,czyli Polowy Magazyn Amunicji w Goli koło GostyniaDla zachowania tajemnicy wojskowej nie używano pełnej nazwy, lecz tylko zwrotu „Femula”. Tak mieliśmy zaznaczone w przepustce ze zdjęciem, ostemplowanej pieczęcią i z odciskiem palca wskazującego. Każda przepustka miała swój numer. Dodać wypada, że kopania rowów jeszcze nie zakończono, a wybrano nas 30 młodych mężczyzn i to z okolic Gostynia. Bardzo to nas zaciekawiło. Różne tu przechodziły do głowy pomysły. Po przybyciu do Arbeitsamtu w Gostyniu, gdzie czekały już napisane skierowania imienne, niemiecki urzędnik wręczał każdemu przybyłemu to skierowanie do składnicy, zaznaczając że należy niezwłocznie udać do biura „Femuli”, które mieściło się w Otówku k. Goli.

Udałem się niezwłocznie pod wskazany adres ze znajomym Józefem Skołozdrzychem z Piasków. Biuro było dwupokojowe, ściany pomalowane. Na jednej z nich wisiał portret Adolfa Hitlera. Za biurkami siedziało dwóch oficerów i jeden podoficer – tłumacz. Weszliśmy do tych pomieszczeń, zdejmując czapki i mówiąc po polsku „dzień dobry”. Odpowiedział tylko tłumacz. Następnie stojąc, słuchaliśmy wytycznych niemieckich oficerów, które to wypowiedzi dosłownie były tłumaczone na język polski. Zapamiętałem słowa, że skierowano nas Wojskowej Składnicy Broni i Amunicji, i od tej chwili obowiązuje nas ścisła tajemnica, a za zdradę grozi kara śmierci. Zabroniono nam opowiadania komukolwiek, nawet najbliższym, co tu się znajduje. Obowiązuje sumienna, uczciwa praca i ostrożność. Mieliśmy pracować także w niedziele i święta, także wieczorami i w nocy, gdy zajdzie taka potrzeba. Kazano nam te wytyczne własnoręcznie podpisać, po czym odciśnięto każdemu wskazujący palec prawej ręki. Zrobiono nam jeszcze fotografie z profilu i przyklejono je później na karty personalne. Zdjęcia dokonywał wojskowy fotograf. Następnie wydano każdemu przepustki z naklejonym zdjęciem wraz z ochroną metalową, aby się nie zniszczyły. Teraz kazano nam się udać do lasu, każdemu osobno i zameldować się u oficera,

Ze wspomnianym wyżej kolegą udaliśmy się na wskazane miejsce, ale nasza ciekawość była wielka, co tam zobaczymy Przyjął nas niemiecki oficer surowym wzrokiem i zapytaniem, czy nie mamy nic w kieszeniach, jak broni i noży, gdyśmy mu powiedzieli, że nie, zawołał uzbrojonego wartownika. Po chwili przyszedł jeszcze jeden uzbrojony w karabin wartownik i zostaliśmy mu przekazani. Od tej chwili jemu podlegaliśmy. Każdy wartownik pilnował dwunastu Polaków przez cały dzień pracy. Nasz szef nazywał się Karol Gede i pochodził z Opola. Władał językiem polskim dość poprawnie, z czego moja grupa się wielce się cieszyła, choć jak twierdził nie wolno mu było nic rozumieć. Podano nam do wiadomości, że od jutra praca zaczynać się będzie od godz. 7.30, a wcześniej odbędzie się apel przed dworcem, jak tylko odjadą pociągi. Przyjazd pociągów z kierunku Leszna i Jarocina był o godzinie 6.30. I tak, jak zapowiedziano pierwszy apel odbył się następnego dnia. Przyjmował go oficer niemiecki o surowym wyglądzie. Apel wyglądał następująco: nas mężczyzn ustawiono w dwuszeregu, następnie było odliczanie do dwóch, po czym wyczytywano imiennie obecnych. Później niemieccy wartownicy składali raporty przed komendantem. W końcu każdy wartownik stawał przed swoją dwunastoosobową grupą, ładował broń i nasadzał bagnet na karabin. Następnie przemawiał komendant, twierdząc, że tu obowiązuje dyscyplina tak jak w wojsku i nie ma żadnych usprawiedliwień. Przypominał po raz któryś tam o tajemnicy służbowej, o uczciwej, sumiennej pracy i ostrożności. Podał też, że praca będzie trwać nie wiadomo jak długo, gdyż w każdej chwili mogą nadejść transporty broni, które trzeba szybko wyładować, a inną załadować. Utworzono więc grupy załadunkowe i wyładunkowe,

Skierowany zostałem do grupy wyładunkowej. Przydzielono nam 8 traktorów z przyczepami, którymi wożono ładunki do lasu i przywożono inne na wagony. Jak wynikało z raportu pracowało tu 120 robotników. Praca była w niedziele i święta. Była ciężka i niebezpieczna. Żywić mieliśmy się we własnym zakresie. Otrzymywaliśmy tylko w okresie zimowym ciepłą kawę dwa razy dziennie. Bony żywnościowe dawano nam jako ciężko pracującym, to znaczy, że otrzymywaliśmy o jeden bochenek chleba więcej niż na normalny bon, 0,5 kg marmolady i 0,5 kostki smalcu oraz jedną paczkę papierosów. Sama zaś składnica była opłotowana. Wszędzie wisiały tablice ostrzegawcze „Wstęp zabroniony, teren wojskowy”, „Wejście grozi śmiercią” itp. Żołnierze pilnowali cały las, co 100 metrów był jeden wartownik uzbrojony, z bagnetem na karabinie.

Drugiego dnia mej pracy do składnicy nadeszły transporty z ładunkami bomb lotniczych, które znajdowały się w skrzyniach drewnianych. W tym transporcie były też granaty, naboje karabinowe, miny talerzowe, pistolety i karabiny – właściwie to co wchodzi na uzbrojenie wojska. Transporty te nadchodziły późnymi godzinami wieczornymi, a nawet w nocy. W czasie wyładunku lub załadunku na traktory, niesiono przyciemnione lampy bateryjne, lecz przy tym oświetleniu ciężko było pracować i często zdarzały się skaleczenia u rąk. W lesie były wyrąbane odpowiednie aleje tzw. dukty do wjazdu i wyjazdu traktorów z przyczepami. Co 30 metrów były tak zwane „sztaple” – stoiska na, których ustawiano, do wysokości 3 metrów, skrzynie z bombami lotniczymi i innymi ładunkami. To wszystko było składane na podkłady betonowe. Całość okopywano rowkami do spływu wody deszczowej. Na takim stanowisku mieściło się 350-400 bomb. Taki „sztapel” był przykryty od góry do dołu płachtą przeciwdeszczową i zamaskowany zielonymi gałęziami, takimi jakie rosły w tym  miejscu składowania. Każda taka aleja miała zaś nazwę, np.: Adolfa Hitlera, marszałka Hermann Göringa i innych hitlerowskich dygnitarzy. Tych miejsc składowania („sztapli”) co dzień przybywało, a najwięcej kiedy ruszyła ofensywa Armii Czerwonej.

Pamiętam, kiedy na wyboistej drodze ze stacji kolejowej do lasu spadła bomba lotnicza z przyczepy ciągnionej przez traktor. Była to bomba zapalająca. Miała ona wewnątrz kilkadziesiąt małych bombek, połączonych razem. Razem z dwoma kolegami zgarnęliśmy wszystkie części bomby, bo wymiarowa bomba składała się jakby z dwóch części: spodu i przykrycia, była skręcona śrubkami, a jej obudowa to cienka blacha. Niemieccy strasznie się bali takich wypadków, pouciekali do rowów przy drodze i na głos wołali: „Achtung, achtung”! Było kilka podobnych wypadków, lecz my nie zdawaliśmy sobie sprawy, co mogło się wówczas stać. To było zaś wielkie niebezpieczeństwo. Mogła nastąpić eksplozja i z nami koniec! Po tym wypadku niemiecki saper obejrzał bombę i stwierdził: „mogliście frunąć do nieba…”. Bomba została usunięta i wycofana z transportu. Nas wszystkich przesłuchiwano, spisano protokół, wcześniej sprawdzono, czy to nie celowy wypadek nazywany sabotażem. Jednak tylko na tym się skończyło. Odetchnęliśmy z ulgą.

Transporty nadchodziły coraz częściej. Praca stawała się cięższa. Dokuczał mróz, a i siły ludzie się powoli wyczerpywały. Z każdym dniem Niemcy stawali się jakby mniej surowsi. Pamiętam, że zaczęli z nami rozmawiać po polsku i mówili, że nieprzyjaciel czyni wielkie postępy i pewno tu niedługo nadejdzie, ale tylko do granicy z 1939 roku, bo Niemcy są silnie i na tereny III Rzeszy wroga nie wpuszczą, a nawet jeżeli wejdą, to ich każde miasto stanie się twierdzą.

21 stycznia 1945 roku rozpoczęły ewakuację niemieckie urzędy w Gostyniu. W następnych dniach także cywile z miasta i okolicy zaczęli uciekać na zachód w kierunku Leszna, z całym dobytkiem załadowanym na samochody, wozy konne , a nawet wózki ręczne. Ucieczka ta odbywała się w sposób zorganizowany. Nad torbami uciekinierów czuwali uzbrojeni żołnierze. Pilnujący nas w lesie Niemcy zaczęli być smutni. Było to widać po ich minach. My polscy pracownicy przymusowi cieszyliśmy się z tego i wstępowała w nas nadzieja, że to zbliża się koniec naszej ciężkiej, mozolnej pracy. Ale starsi wiekiem Polacy twierdzili, że może być z nami jeszcze różnie. Nawet nieraz mówiono, iż mogą nas wysadzić w powietrze razem z bombami albo rozstrzelać, by nie było żadnych świadków po składnicy. A więc w nutkę nadziei wkradł się niepokój, a nawet smutek w szczególności pośród nas, młodych niedoświadczonych ludzi.

 W tym „magazynie śmierci”, jak nazywano potocznie w naszych domach i rodzinach „Femulę”, panowały jednak cały czas ład i dyscyplina. Coraz częściej zjawiał się komendant z jakimiś dokumentami i rozmawiał z naszymi wartownikami, to też miało jakiś cel. 24 stycznia 1945 roku ustały przyjazdy transportów kolejowych z bronią. Wyznaczono grupy po czterech Polaków, które do każdego „sztapla” wkładały ładunek wybuchowy (do środka stoiska). Traktor z przyczepami ten materiał rozwoził. Były to jakby kartony, ciężkie oraz jedna metalowa puszka, także dość ciężka (około 3 kg). Takie cztery kartony i jedną puszkę wkładaliśmy do stoiska i dwóch minerów – Niemców łączyło to do izolowanego drutu, który rozwoziła inna grupa. Wszystko zostało podłączone do głównego włącznika, prawdopodobnie takich włączników było w całym lesie pięć, jak stwierdzali to później inni koledzy, skierowani do wykopania odpowiednich do tego szczelin. Każda z nich była głęboka na 3 metry i szeroka na około 2 metry. W każdej takiej szczelinie został zainstalowany telefon polowy. Po tych czynnościach zebrano wszystkich Polaków na głównym dukcie, gdzie czekaliśmy na przyjazd komendanta. Przyjechał po dziesięciu minutach  oczekiwania. Wojskowy samochód zatrzymała się jakieś 100 metrów od nas. Siedziała w nim także kobieta i dwoje dzieci w wieku 3-5 lat. Była to prawdopodobnie rodzina komendanta. Po chwili odezwał się do nas, że rozkaz był inny, lecz oni nie wysadzają ludzi w powietrze. Tak dosłownie krzyczał po polsku na cały głos. Nasz wartownik, Karol Gede, powiedział: teraz uciekajcie z lasu w kierunku na północ, na ucieczkę macie 10 minut. Ponadto kilku wartowników wystrzeliło w powietrze na postrach.

Uciekaliśmy na pola w kierunku Pożegowa. W tym miejscu zaznaczyć trzeba, że przed wiaduktem kolejowym była przedwojenna leśniczówka, w której teraz mieszkał komendant z rodziną. Jeszcze tak szybko nie biegłem. Nie czułem żadnego zmęczenia, choć serce biło jak młot. Krzyczeliśmy na głos z radości – jesteśmy wolni, uratowani. Była wielka radość. Było to około godziny trzeciej nad ranem. Tym tempem biegliśmy około 2 km i nagle usłyszeliśmy wielki huk. Łuna czerwono-granatowa uniosła się wysoko w górę, zrobiło się tak jasno, iż można by czytać gazetę lub książkę. Siła wybuchu powaliła nas na ziemię. Do domu dotarłem około godziny 4.00, a było to 4 km od lasu. Usłyszałem cztery takie wybuchy. Gdy wszedłem do domu, zastałem rodzinę modlącą się za mnie na klęczkach, bo wiedzieli gdzie się znajduję i słysząc te huki i łuny, przypuszczali, że więcej mnie nie zobaczą. Praca niewolnicza w okresie okupacji niemieckiej pozbawiła mnie wolności, dzieciństwa, młodości, i nauki…

Natychmiast po ucieczce Niemców do lasu wkroczyli radzieccy saperzy, którzy rozbroili resztki materiałów niebezpiecznych dla otoczenia. Później przyjechali tu żołnierze polscy z Wrocławia. Ponownie wydobyto i rozbrojono bomby i pociski. Ale pozostało ich tam jeszcze sporo. Na ich trop natrafiali pracownicy leśni i przypadkowi ludzie wielokrotnie.

Kamienica przy Targowisku pod numerem 10-ym [obecnie Plac Karola Marcinkowskiego 10 – R.Cz.], naprzeciw cukrowni, obecnie własność p. Polaszka, była w końcu XVIII wieku dworem folwarku kilkusetmorgowego, należącego do zamożnego i szanowanego obywatela pana Łopińskiego. Przy dworze był ogromny ogród, sięgający aż do domku, dziś należącego do pana Walewicza. Rzeczka Kania przepływała terytorium folwarku, a gdzie dziś jest gazownia: cmentarz był lasek brzozowy, a gdzie kolej – las sosnowy i wiatrak (w okolicy dzisiejszej mleczarni), którego ruiny widziałam jeszcze w roku 1916, gdym przybyła do Gostynia. Ostatni właściciel i potomek Łopieńskich miał za żonę siostrę mego dziadka Piotra Zaydlera, właściciela dóbr Śmiłowa pod Szamotułami, który był zarazem landratem tego powiatu. Pan Łopieński nie miał synów tylko trzy córki, słynne z piękności.

Po kongresie wiedeńskim 1815 roku przybyli do Gostynia dwaj kapitanowie wojsk napoleońskich, którzy po rozwiązaniu tegoż wojska, wystąpili z niego pobierając do śmierci emerytalną pensję przyznaną wszystkim oficerom napoleońskim. Jeden nazywał się Jan Kulesza, i pochodził z starej szlachty kresowej, drugi Jechelski. Kulesza osiadł w Gostyniu i został obrany burmistrzem tego miasta, spełniając te obowiązki bezinteresownie. Jechelski zaś, ożeniwszy się z drugą siostrą mego dziadka, został burmistrzem miasta Zdun. O kolejach tego małżeństwa nie wiem nic, tylko ciotka Jechelska po śmierci męża przeniosła się do Gostynia, gdzie umarła, a tablica jej jest wmurowana tuż przy kościele farnym obok tablicy Jana Kuleszy.

Kulesza, po niedługim czasie swego pobytu w Gostyniu, ożenił się z najstarszą córką pp. Łopieńskich, a po śmierci teścia kupił całą majętność od wdowy. Z młodszych znacznie sióstr jego żony jedna wyszła za Józefa Jankowskiego, kapitana wojsk polskich z roku 1830, który potem został urzędnikiem przy Ziemstwie Kredytowym w Poznaniu, druga zaś wyszła także za powstańca z roku 1830, Wincentego Bukowskiego. Kapitan Kulesza z żoną zamieszkał w nabytej posiadłości i żył w stosunkach dobrych tak z obywatelstwem miejskim, jak i wiejskim. Dom jego był otwarty dla każdego i bardzo gościnny. Kapitan był bardzo szanowany ogólnie dla jego nieskazitelnego charakteru i powagi, a młoda jego żona ujmowała każdego anielską dobrocią i wdziękiem. To też dom Kuleszów był licznie odwiedzany. Nawet prze pewien czas obywatelstwo wiejskie korzystało często z wielkich sal parterowych domu, aby tam odbywać zjazdy swoje i urządzać bale, w których gospodarstwo domu zawsze chętnie udział brało. Trwało to tak długo, aż sobie obywatele okoliczni wybudowali tzw. Casino za inicjatywą p. Bojanowskiego (dziś szpital dla chorych S. S. Miłosierdzia). Później darowano ten pałacyk Siostrom Miłosierdzia na dom sierot. Małżeństwo więc Kuleszów było bardzo szczęśliwe, mimo wielkiej różnicy wieku, bo Franciszka Kuleszyna zaledwie skończyła 15-ty rok, gdy wyszła za kapitana przeszło 30-letniego. Lecz była jedna chmurka na tem jasnem niebie ich życia – byli bezdzietni. 10 lat po ślubie, siedząc zimą przy kominku, usłyszeli płacz niemowlęcia przed domem. Wyszli na ganek i ujrzeli na ławce koszyk, z którego ten płacz się dawał słyszeć. Zabrawszy koszyk do pokoju, znaleźli tam dziewczynkę dwumiesięczną, otuloną kosztownym futrem, w pięknej pościółce i eleganckiej, bardzo cienkiej bieliźnie z prawdziwemi koronkami. Leżący w koszyku list oznajmił im, że rodzice się do tego dziecka przyznać nie mogą, a wiedząc, że oni dzieci nie mają, a mieć ich pragną, proszą więc, żeby ich córeczkę przyjęli za swoją. Przy tem była wzmianka, że dziecko jest ochrzczone na imię, Nimfa, i proszą ich rodzice wrazie, gdyby nie chcieli nadać dziecku swgo nazwiska, nadali jej nazwisko Malczewskiej. Kuleszowie przyjęli dziecinę, wychowali jak własną, i nigdy nie wiedziała, że nie jest ich dzieckiem, bo szczerą ją otaczali miłością. Pan Bóg im wynagrodził ten dobry uczynek, bo 10 lat później obdarzył ich córką, a potem jeszcze dwoma synami. Lecz mimo to mała Nimfa nie utraciła nic z miłości rodzicielskiej, którą zawsze była otaczana. Gdy skończyła lat 16, zaszła wielka zmiana w jej życiu. W Gostyniu osiedlił się dr. med. Freudenreich i często bywał w domu Kuleszów. Nimfa wyrosła na piękną panienkę, brunetkę z czarnemi, ognistemi oczyma, a piękną białą płcią; to też dr. Freudenreich niebawem się w niej zakochał i o rękę jej poprosił. Rodzice i panna na to przystali. Przy tej sposobności dotknął ją cios bolesny, posłyszała rozmowę służby, która opowiadała sobie w jaki sposób została córką państwa Kuleszów. Z rozpaczą rzuciła się do kolan matki, i płacząc rzewnie wyłkała: „To ja nie jestem waszą córką? – a kim jestem?” Matka starała się ją uspokoić i zapewniała ją, że zawsze była ich ukochanym dzieckiem i niem pozostanie. W nadziei, że może się ktoś z rodziców zgłosi, zapowiedzi jej wyszły pod nazwiskiem Malczewska, lecz starania były daremne. Dr. Freudenreich zamieszkał z swoją żoną przez kilka lat w Gostyniu, gdzie posiadał rozległą praktykę, ogólny szacunek, uznanie i miłość ubogiego ludu, dla którego był dobroczyńcą. Był serdecznym przyjacielem Karola Marcinkowskiego i raz nawet powołał go do Gostynia dla odbycia operacji u córeczki p. Jaraczewskiej z Jaraczewa, która urodziła się z zajęczą wargą. Operacja się udała i dziewczynka wyrosła na przystojną panienkę.

Po kilku latach pożycia dr. Freudenreich został mianowany profesorem przy szkole państwowej położonej w Poznaniu, gdzie był czynnym aż do śmierci.

Około roku 1850 umarł kapitan Kulesza [dokładnie 14 stycznia 1856 roku – R.Cz.], pozostawiając w nieutulonym żalu wdowę z trojgiem nieletnich dzieci. Córka, Marja, blisko 15-toletnia, była na znanej pensji w Poznaniu, p. Osieńskiej, starszy syn Juliusz, w gimnazjum św. Marji Magdaleny, jedynem w owym czasie w Poznaniu, (przyjęli go do siebie na ten czas Freudenreichowie), i trzeci kilkuletni Tadzio. Ciężkie rozpoczęło się życie dla biednej wdowy. Pensja kapitańska, którą pobierał jej mąż, sama przez się upadła. Musiała się więc tylko ograniczać do dochodu, który przynosiło gospodarstwo. Z powodu gorszej administracji , dochody były coraz mniejsze tak, że aby opędzić potrzeby domu, była zmuszona częściowo sprzedawać grunta. Po kilku latach takiej gospodarki pozostał jej tylko dwór, trochę roli i ogromny ogród. W roku 1858 Marynia Kulesza wyszła za mąż za Ludwika Fromma, młodego urzędnika przy sądzie gostyńskim. Niedługo potem ciotka Kulesza była zmuszona i resztę ojcowizny sprzedać państwu Jankiewicz, rodzicom teraz żyjących pp. Jankiewiczów, którzy w obszernym tym domu otworzyli hotel [Hotel Poznański – R.Cz.]. Mowa tu ciągle o domu należącym dziś do p. Polaszeka. Ciotka wymówiła sobie mieszkanie z trzech pokojów na pierwszem piętrze, gdzie razem z córką i zięciem zamieszkała. Niedługo potem Juliusz Kulesza ukończył gimnazjum i wstąpił do seminarjum duchownego, młodszy zaś Tadeusz, w roku 1862 ukończywszy także gimnazjum, mając zamiar wstąpić do politechniki, wszedł do fabryki Cegielskiego, aby odbyć jako wolontarjusz wymagany rok próby pracy fizycznej.

Nadszedł rok 1863, nieszczęsny dla Polski. W styczniu wybuchło powstanie, na które kwiat młodzieży polskiej, wszystko co było szlachetne i zdrowe poszło, poświęcając się ojczyźnie. Tadeusz, nieodrodny syn swego ojca, był jednym z pierwszych i w jednej z pierwszych potyczek poległ pod Olszową, uderzony kulą moskiewską w głowę. Straszny to był cios dla biednej matki, bo w Tadeuszu pokładała wielkie nadzieje i z jego śmiercią wygasł ród Kuleszów. Wkrótce po tej katastrofie ks. Juljusz, który niedawno był wyświeconym, dostał się na wikariat do Ostrzeszowa, dokąd matkę swoją sprowadził. Kilka lat później został proboszczem w Gozdowie, powiecie wrzesińskim, a następnie dostał prezentę na probostwo miłosławskie z tytułem dziekana, a Ojciec św. mianował go szambelanem dworu papieskiego. Kochający syn miłością swoją i opieką, starał się złagodzić boleść biednej matki, niepocieszonej po stracie ukochanego młodszego syna. Umarła w Miłosławiu w sędziwym wieku na ręku syna, licząc lat 86. Równocześnie z matką opuścili Frommowie Gostyń, gdyż on został mianowany pierwszym tłumaczem przy głównym sądzie poznańskim.

Tu koniec mego opowiadania, co od dziejów kamienicy pod numerem 10 i losów jej mieszkańców.
Wypada mi jeszcze dodać wiązankę wspomnień osobistych, przeżytych w tym domu i ściśle związanych z poprzednim opowiadaniem.

Na początku nadmieniłam, że pani Łopieńską była starszą siostrą mego dziadka Piotra Zaydlera, młodsza zaś znacznie od niego, poszła za kapitana Jechelskiego. W 1839 roku dziadek mój złożył urząd landrata i sprzedał swój majątek Śmiłowo. Stęskniony za swą rodziną, do której był bardzo przywiązany, szczególniej do ciotki Jechelskiej, przeniósł się do Gostynia z żoną i dziećmi, aby być bliżej swoich krewnych. Zamieszkał w jednym z tych małych dworków, które stoją po stronie wschodniej Targowiska, lecz nie wiem napewno w którym.

Niedługo się jednak cieszył połączeniem z rodziną swoją, bo zapadłszy na ciężką chorobę sercową, zmarł w kwietniu 1842 roku. Wdowa jego pozostałam w Gostyniu. Pół roku po śmierci dziadka druga córka jego Julja poszła za doktora Maksymiljana Szymańskiego, profesora gimnazjum w Lesznie. Ślub odbył się u fary. Byli to moi rodzice. Stosunek serdeczny między rodzicami moimi a rodziną dziadka pozostał nadal.

Ojciec mój zmarł 1848, a babka Zaydlerowa przeniosła się także do Leszna, aby przy matce mojej zamieszkać. Z powodu bliskości Gostynia i Leszna często się nawzajem te dwie rodziny odwiedzały. Często przebywałam w domu ciotki, którą serdecznie kochałam, jako też moich kuzynów, a szczególniej Tadzia, który był tylko kilka dni starszym ode mnie. Po śmierci wuja i ciotki Jechelskiej, która niedługo po jego śmierci nastąpiła, obie wdowy jeszcze ściślejszy stosunek zawiązały, mimo wielkiej różnicy wieku.

Nie było prawie roku, żebym nie spędzała wakacyj w Gostyniu. Byliśmy wtenczas z Tadziem nierozerwalnymi towarzyszami. Cały dzień biegaliśmy po polu, w lasku, gdzieśmy zbierali grzyby a jesienią rydze; Tadzio strzelał wróble, które nam kucharka piec musiała i łowiliśmy miętusy, których wówczas dużo było w Kani. Wieczorami siadaliśmy na ganku razem z wszystkimi. Życie po śmierci wuja było w domu ciotki bardzo spokojne, mało bywała i mało też osób przyjmowała. Żyliśmy ściśle w kółku rodzinnem. Ciotka nie mogła przeboleć tak łatwo śmierci męża i śmierci kochanej ciotki Jechelskiej. Ostatni raz pewnie ożywił się dwór ciotki 13 lutego 1857 roku W obszernych salach ciotki odbyło się wesele p. Edmunda Czabajskiego. Ponieważ w Gostyniu nie było odpowiedniego lokalu, ciotka Kuleszyna ofiarowała swoje sale dla weselnych gości, których kilkadziesiąt było sproszonych. Pan Czabajski żenił się z panną Ciążyńską, której matka z domu Dabińska, była ciotką ciotecznego brata mego dziadka Piotra Zeydlera. Ex re tego pokrewieństwa matka moja i ja byliśmy także na wesele proszone i kilka dni przed weselem przyjechałyśmy do ciotki, aby niejedno na tę uroczystość przysposobić. Pan Czabajski był zamożnym i szanowanym kupcem Gostyniu, a że miał szerokie stosunki, wesele zapowiadało się świetnie. Pierwszego dnia po obrzędzie ślubnym u fary liczni goście zasiedli do uczty weselnej, która trwała dość długo, a wieczorem przy dźwięku kapeli, odbyły się tańce. Lecz starożytnym obyczajem Gostynia, kulminacyjny punkt zabawy odbył się dopiero nazajutrz, na tak zwanym „ogonie”. Na ten dzień przysposobiono rozmaite tańce, przebrania, niespodzianki i figle. Na to wesele przybyli z Poznania Julek i Tadzio Kuleszowie. Julek już starszy gimnazjalista. Tadzio mój rówieśnik miał 13 lat. Julek, który miał bardzo wesołe usposobienie i dużo dowcipu urządził kilka niespodzianek ku czci Państwa Młodych i zabawie gości. Gdy Państwo Młodzi przybyli nazajutrz po ślubie do sal przygotowanych i zasiedli na honorowem miejscu, Tadzio i ja, przebrani po krakowsku, z gromadką dziewcząt i chłopców naszego wieku, przedstawialiśmy krakowskie wesele. Tańcząc przy odgłosie muzyki, wbiegliśmy i weołemi piosnkami i życzeniami złożyliśmy hołd Młodej Parze. Po nas starsza młodzież przedstawiła dożynki w strojach wieśniaczych, w jakie się jeszcze wówczas lud okolicy Gostynia ubierał. Przodownice podały Państwu Młodym wspaniałe wieńce. Po chwili ukazał się Arab, prowadzący sztucznie ucharakteryzowanego wielbłąda z dwóch młodych ludzi, których głowy pokryte odpowiedniego koloru suknem, przedstawiały dwa garby wielbłąda, między którymi były upominki, które Arab nowożeńcom ofiarował. Następnie ukazał się bocian, który klekocąc wesoło, wyraził swoje życzenia oblubieńcom. Teraz ukazał się cygan, prowadzący na łańcuchu dużego niedźwiedzia, który na cześć Młodej Pary, przy dźwięku piszczałki, ku wielkiej uciesze wszystkich gości odtańczył niedźwiedzi taniec. Nie brakło też cyganki, wróżbitki, która ciekawym swego losu wróżyła z ręki. Wszystkie te występy zabawiły bardzo gości i uzyskały wielkie oklaski. Teraz nastąpiła kolacja a po niej ochocze pląsy, które trwały aż do rana. Tadzio i ja dobijaliśmy na równi ze starszymi. Ten dzień 13-go lutego pamiętny jest jeszcze dziwnem zjawiskiem przyrody. Rano przyszła nam służąca powiedzieć, że widać trzy słońca na niebie. Dzień był mroźny, przeszło 20 stopni było zimna. Wyszliśmy, aby to zjawisko zobaczyć. I rzeczywiście, w zmarzniętej, mglistej atmosferze słońce się odbijało z dwóch stron i trzy słońca były na niebie. Raz jeszcze w życiu podobne zjawisko obserwowałam, gdy w mroźny wieczór księżyc tak samo się odbijał w atmosferze w roku 1862.

Po tem weselu kilka lat nie byłam w Gostyniu. Ciotka Kuleszyna przechodziła bardzo smutne czasy, jak już o tem wzmiankowałam, a i u nas choroby i kłopoty nie pozwoliły wyjeżdżać. W roku 1859 wyjechałam do Francji, aby się wydoskonalić w języku francuskim, a gdym powróciła matka moja postanowiła przenieść się do Poznania, gdzie dużo mieszkało członków naszej rodziny. 1861-go roku na wielkie wakacje, posłała mnie mama pocztą do Gostynia, aby się z ciotką i kuzynkami pożegnać, bo sama jechać nie mogła z powodu przygotowań do przeprowadzki. Na te wakacje jechali także z Poznania Julek, jako kleryk już bliski wyświęcenia, i Tadzio, który kończył gimnazjum. Po tylu latach niewidzenia z radością jechałam do Gostynia, ciesząc się, że w domu kochanej ciotki znowu będę w gronie serdecznem moich drogich krewnych. Po dwóch tygodniach przyjechała ciotka Bukowska z Dalewa, siostra ciotki Kuleszyny, dużym powozem, aby nas wszystkich do siebie zabrać. Resztę więc wakacji spędziliśmy w gościnnym domu wujostwa, prawdziwie staropolskim. Była to moja ostatnia bytność w Gostyniu i Dalewie. Odtąd rzadko spotykaliśmy się, bo jak już wspomniałam poprzednio, po powstaniu styczniowem, po stracie kochanego syna Tadeusza, ciotka złamana boleścią przeniosła się do swego syna ks. Julka. Z Tadziem widywałam się jeszcze w Poznaniu, gdy pracował u Cegielskiego, a ostatni raz, gdy przyszedł się z nami pożegnać idąc na powstanie.

Gdy wybuchła wojna światowa mieszkałam w Poznaniu. W roku 1916 stosunki żywnościowe i mieszkaniowe stały się niemożliwe dla osób samotnych. Do córki zamężnej, mieszkającej w Kongresówce, jechać nie mogłam, bo granica była zamknięta nawet dla korespondencji. W mojem kłopotliwem położeniu napisałam do mojej krewnej śp. Siostry Wizytatorki Giersberg, żeby mnie umieściła w którym z jej klasztorów i za jej poleceniem dostałam się do Gostynia. Przełożoną była wówczas śp. Siostra Cecylja Klewicz, która mnie z nadzwyczajną serdecznością przyjęła i troskliwą opieką otaczała. Za jej przykładem wszystkie Siostry były dla mnie bardzo uprzejme i przyjacielskie, wszystkie starały się mi osłodzić moje wygnanie i niepokój o dzieci i wnuki. Niestety zacna Siostra Klewicz zmarła przed pięciu laty, pozostawiając po sobie ogólny żal i szacunek. Tę stratę bardzo odbolałam i opłakałam, a w sercu mojem zachowam do śmierci szczerą wdzięczność dla zmarłej i przywiązanie, modląc się za zacną duszę. Przybywszy do Gostynia po pięćdziesięciu latach nie poznałam prawie tego miasta. Wygląd i charakter jego zmienił się ogromnie. Dawniej byłej trzy kategorje mieszkańców: rolnicy, rzemieślnicy i Żydzi. Przemysł i handel był przeważnie w ręku żydowskim, dziś żydów prawie niema wcale. W ich miejsce za to, gdy Gostyń został miastem powiatowem, przybyła cała falanga urzędników niemieckich z rodzinami. Miasto rozbudowało się znacznie. Powstały nowe dzielnice i ulice. Na dawniejszej ulicy Krobskiej, dziś Trzeciego Maja, zbudowano okazałą landraturę, dzisiejsze starostwo, tuż obok kościół ewangelicki, a za nim ciągnie się długi szereg ładnych will. Przy ulicy Nowej wznosi się gmach sądowy; powstały fabryki i młyny parowe, a na dawniejszej posiadłości Kuleszów rozpierają się teraz: gazownia, cukrownia, dworce kolejowe, mleczarnia i szereg will i domów urzędniczych. Przy Targowisku śp. Siostra Klewicz dobudowała dwa skrzydła, piętro i kaplicę, gdzie się mieści teraz dom chorych. Niedaleko zbudowano dwupiętrowy dom dla urzędników, a obok starego domu Kuleszów stanęły trzy nowe kamienice na części dawnego ogrodu. Zostało się tylko kilka starych dworków po wschodniej i południowej stronie Targowiska, które dawny Gostyń przypominają. Targowisko ówczesne było przy dzisiejszej ulicy św. Ducha dawniej Leszczyńska [obecnie 1 Maja – R.Cz.]. Piętrowe kamienice zastąpiły częściowo dawne domki. W ogóle główne miasto składało się z rynku, ulicy Leszczyńskiej i zaułków niebrukowanych, gdzie się mieściły dworki i zabudowania gospodarskie obywateli rolników w miejscu dzisiejszych ulic Zielonej, Szerokiej [obecnie Wiosny Ludów – R.Cz.] itd.

Stary dom Kuleszów mało się zewnętrznie zmienił; zniesiono tylko dawniejszy ganek, na którym często wieczorami zasiadaliśmy do gawędki, znikły też krzaki po obu stronach rosnące. Gdy spoglądam na ten stary kochany dom, przypominają się moje dziecięce i młodzieńcze lata, chwile kiedy w nim przebywałam, życie i staropolska gościnność, jaka tam panowała, wesołe dnie, które tam przeżywałam, kochana rodzina Kuleszów, wszystkie osoby, które tam poznałam, z któremi niejedną przyjemną chwilę spędziłam. Wtedy mimo woli ból serce ściśnie. Wszystko to minęło, znikło; wszyscy ci, którzy tam żyli, bywali – pomarli, nic już nie pozostało, tylko ten stary dom, pamięć o nim i ja, stara przeszło osiemdziesięcioletnia kobieta, która te wspomnienia skreśliłam.

Wspomnienia spisano w latach dwudziestych XX wieku, a po raz pierwszy ukazały się na łamach „Ziemi Gostyńskiej”, pisma ukazującego się w Gostyniu w 1926 roku. W tekście zachowano oryginalną pisownię z dwudziestolecia międzywojennego.

Po rozsypaniu się w proch państw zaborczych zaczęła świtać jutrzenka swobody dla nas Polaków. Lecz zdobycie tej swobody wymagało od nas skupienia ducha narodowego i poniesienia ofiar. I tak, dnia 7 stycznia 1919 roku zebrało się na placu przed Strzelnicą około 400 powstańców, by pójść na wroga i wywalczyć tę tak dawno upragnioną wolność. Zebranych podzielono na dwie kompanie. Dowództwo 1 kompanii powierzono Stefanowi Eitnerowi, a zaś 2 kompanię Leonowi Borowiczowi.

Po rozdzieleniu broni i amunicji, której była bardzo szczupła ilość, wyruszono na wozach w kierunku miasta Ponieca. W Poniecu zakwaterowano nas prócz części pierwszej kompanii, która otrzymała rozkaz udania się do Janiszewa. Główną komendą objął porucznik Ceptowski. Obywatelstwo miasta Ponieca bardzo gościnnie przyjęło powstańców. Oddział w Janiszewie stoczył kilka drobnych potyczek z grenzschutzem.

Po kilkudniowym pobycie w Janiszewie nadszedł rozkaz, abym przygotował kwaterę na folwarku Miechcin dla drugiej części kompani. Udałem się tamże i przygotowałem je. Po powrocie do Janiszewa przychodzi do mnie jakiś chłopak z doniesieniem, że od strony Pomykowa nadciąga oddział Niemców. Dowódca kompanii, Stefan Eitner, wyruszył z małym oddziałem naprzeciw, zdając mnie dowództwo nad pozostałymi powstańcami.

Rozdzieliwszy oddział na dwie części oczekiwaliśmy Niemców. Ponieważ zapas amunicji był bardzo szczupły, dopuściliśmy ich na odległość 250 metrów. Następnie otworzyliśmy ogień z kulomiotów. Później użyliśmy granatów ręcznych. Z powodu znacznej przewagi liczebnej i dobrego uzbrojenia Niemców zmuszeni zostaliśmy jednak do odwrotu.

Z małym oddziałem zająłem stanowisko, broniąc się za kopcami, by powstrzymać Niemców i dać możność wycofania się prawemu skrzydłu. Gdy skrzydło to było już w bezpiecznym miejscu, rozpocząłem z moim oddziałem, który już prawie cały był okolony, odwrót. Cofając się do wsi, dostaliśmy się do jakiejś zagrody, która była zajęta przez Niemców. Zorientowawszy się momentalnie, wydaję komendę po niemiecku: „dalej za Polakami!” W zamieszaniu tym wydostaliśmy się za płot. Kompania wycofała się bez jakichkolwiek strat w ludziach i wróciła do Ponieca, gdzie kwaterowała dwa dni. Dowódca Stefan Eitner w tych dniach opuścił kompanię i zdał dowództwo mnie.

Po doprowadzeniu kompanii do porządku wystawiłem różne placówki w Sowinach i Zawadach oraz rozsyłałem patrole. W czasie tym stoczono kilka drobnych potyczek bez jakichkolwiek strat w ludziach. Kilka dni później otrzymałem  rozkaz wyruszenia z kompanią do Waszkowa. Tutaj w jednej potyczce zdobyliśmy większa ilość kulomiotów oraz amunicji, jeden wóz z parą koni i kilku jeńców.
Dwa tygodnie później otrzymałem rozkaz wycofać kompanię do Zawad i stąd wysłać parlamentariusza w osobie właściciela Zawad, Niemca rotmistrza, do Gościejewic. Parlamentariusz ten został wysłany i poinformowany, że Niemcy powinni się poddać do godz. 8 rano, przy czym jedna część miała wyruszyć w stronę Bojanowa, a druga Sowin. Przecięto też połączenie telefoniczne z Bojanowem, którą to pracę wykonywał powstaniec kapral Stanisław Mayer z Gostynia.

Po odejściu parlamentariusza wyruszyłem z kompanią pod Gościejewice i rozsypałem tutaj kompanię w tyralierkę w polu, oczekując wyniku pertraktacji. Wtem Niemcy otwarli na nas ogień  z kulomiotów, a o umówionej godzinie wrócił parlamentariusz z Gościejewic i przyniósł odpowiedź, że Niemcy bronić się będą do ostatniego naboju. Wówczas otworzyłem ogień  zbiorowy na pałac w Gościejewicach. Było to hasło dla drugiej kompanii, by rozpoczęła równocześnie atak z przeciwnej strony. Moja kompania była kompanią zaczepną i na nią skierowany był cały ogień od strony Gościejewic.

Kompania moja składała się w części z wojskowych i częściowo z młodzieży – skautów i sokołów. Ruszyliśmy do ataku i mimo zaciekłej obrony zdobyliśmy Gościejewice. Zabraliśmy przy tym do niewoli oficera i 36 żołnierzy oraz cały materiał wojenny. Strat pierwsza kompania nie poniosła żadnych, jedynie pozostawiony na tyłach karabin maszynowy, który miał na celu ostrzeliwania na wypadek nadejścia pomocy Niemcom od strony Bojanowa, został odcięty i ludzie dostali się do niewoli, lecz karabin maszynowy zdołali wrzucić do wody.

Placówka ta, która nie miała łączności z kompanią, została napadnięta przez silny patrol niemiecki. Jeden powstaniec poległ, a dwóch dostało się do niewoli. Po sześciu tygodniach udało im się jednak zbiec z niewoli, przy czym przynieśli z powrotem karabin maszynowy i odnaleźli pod śniegiem zabitego towarzysza, który pochowany został w Wielkich Strzelcach.

Kompania druga miała przy ataku na Gościejewice trzech poległych: Heinscha, Gulczyńskiego i Poradzewskiego oraz kilku rannych i to ciężko rannego Stanisława Mayera oraz lżej rannych Bolesława Stroińskiego, Józefa Michalaka, Antoniego Knappa, Wacława Beczkiewicza i innych.

Na drugi dzień po zdobyciu Gościejewic wróciła 1. kompania do Ponieca, gdzie dowództwo nad nią przejął ode mnie Leon Włodarczyk. Wyruszyło on z kompanią do Pawłowic. Ja zaś objąłem dowództwo nad 2. kompanią, z którą wyruszyłem do Waszkowa. Tu stoczyła moja kompania kilka drobnych potyczek, po czym zluzowała nas kompania krobska. Wskutek tego wróciliśmy do Ponieca, gdzie zdałem dowództwo Marcinowi Talarczykowi.

Przedruk: „Kronika Gostyńska” 1939, t. X, nr 1, s. 3-5

Oblicze naszego miasta zmienia się z dnia na dzień. W ostatnich dziesięcioleciach po II wojnie światowej miasto nasze znacznie się rozbudowało. Powstały nowe osiedla i ulice. Z małego, prowincjonalnego miasteczka Gostyń stał się ponad dwudziestotysięcznym miastem powiatowym (przed 1939 rokiem miasto liczyło około 7000 mieszkańców, a jego obywatele zajmowali się głównie rolnictwem).

Bezpowrotnie znikają stare „chaty” i parterowe domki mieszkalne – powstają nowe bloki mieszkalne i okazałe domy. Ulice są systematycznie modernizowane. Kostkę brukową zastępuje się powierzchnią asfaltowo-smołową. Chodniki zaś wykładane są kostką betonową tzw. „kanoldami”. Gdzieniegdzie pozostały jeszcze stare płyty chodnikowe (ul. Zielona, Polna, Kościelna), które kiedyś pokrywały trakty spacerowe głównych ulic miasta.

Aby ocalić niektóre fakty z historii Gostynia przed zapomnieniem, postanowiłem uzupełnić wiedzę – naturalnie to, co pamiętam – o naszym mieście sprzed 1939 roku. Zanim jednak to uczynię, przekażę kilka zdań na temat terenu miasta po pożarze z 1811 roku, kiedy to spłonęło około 60 % domostw, które stanowiły wówczas parterową, zwartą zabudowę ulic.

Granice dawnego niegdyś grodu stanowiły: ze wschodu rzeka Kania i mokradła ciągnące się do Podrzecza, z północy kanał stanowiący dawniejszą fosę grodu – obecnie zasypaną – fragment fosy pozostał od ulicy Lipowej do rzeki Kani. Mostek na fosie za Farą utrzymywał wyjazd z miasta na obecną ulicę Lipową, na końcu której był cmentarz założony prawdopodobnie na przełomie  XVII i XVIII wieku. Kanał (fosa) ciągnął się przypuszczalnie wzdłuż ogrodów za ulicą Tkacką, obecnie ulicą Stanisława Helsztyńskiego (dawniej ul. Gawrony), prawdopodobnie niezupełnie do ul. Kolejowej, a bliżej w stronę Rynku. Rów ten i fosa stanowiły wówczas również granicę zachodnią miasta, od obecnej ul. S. Helsztyńskiego (dawniej Gawrony), powyżej obecnych ulic Kolejowej, Wrocławskiej (dawniej 3 Maja) do ulicy ks. Franciszka Olejniczaka (dawniej Nowej). Granica południowa miasta ciągnęła się wzdłuż obecnej ulicy ks. Franciszka Olejniczaka (ulica ta niegdyś była zabudowana tylko od ul. Kaczej do Rynku). Przed pożarem z 1811 roku ulica ks. F. Olejniczaka nazywała się Kacza. Na ulicy tej niegdyś były podmokłe łąki aż do rzeki Kani, a fosa przechodziła za niedawną Fabryką Mebli; dalej za obecnymi ulicami Łąkową i Młyńską.

Po pożarze z 1811 roku miasto Gostyń zaczęło rozbudowywać się po zewnętrznej stronie fos, szczególnie w kierunku zachodnim obecnie Powstańców Wielkopolskich (dawniej Leszczyńska), w kierunku północnym obecnie wzdłuż ulicy Kolejowej do placu Karola Marcinkowskiego, w kierunku południowym wzdłuż ulicy Wrocławskiej (dawniej 3 Maja), i w kierunku wschodnim wzdłuż obecnej ulicy Jana Pawła II (dawniej Szewskiej, później Klasztornej i Wolności). Prawie do końca XIX wieku były to budynki parterowe z nadbudówką – nad wejściem – kryte papą, dawniej gontami. Od strony wschodniej ciągnęły się mokradła, które z czasem zaczęto osuszać przez melioracje. Prawa strona obecnej ulicy Wrocławskiej to były wzgórza pokryte trawą i uprawami rolnymi bez zabudowań (do 1936 roku). Zabudowania na tej ulicy od początku XX wieku stanowiły: kościół Św. Ducha (dawniej ewangelicki) i parę domów – urzędowych i prywatnych, rozbudowanych w kierunku Krobi. Najgęściej były zabudowane ulice Kolejowa, Powstańców Wielkopolskich (wówczas Leszczyńska) do rzeki Brzezinki (dawniej Polskiego Rowu). Gęsto zabudowane było dawniejsze śródmieście.

Ulice śródmieścia dawniejszego grodu były wybrukowane kostką kamienną, zwaną potocznie „kocimi łebkami”. Było tak na ulicach: Kolejowej, Leszczyńskiej (dziś ul. Powstańców Wielkopolskich), części ulicy 3 Maja (obecnie Wrocławska) oraz niektórych bocznych uliczkach śródmieścia. Reszta ulic była pokryta pokrywą żwirową; także ulice wychodzące z miasta w kierunku Leszna, Poznania, Jarocina i Krobi. Chodniki śródmieścia były wyłożone płytami granitowymi (o szerokości ok. 60 cm, długości ok. 80 cm). Główne ulice miasta miały chodniki pokryte płytami granitowymi i po bokach kostką bazaltową. Niektóre chodniki (dalej od centrum miasta) wykładano w środkowej części cementowymi płytkami, pobocze było piaskowe.

W drugiej połowie XIX wieku budowę domków mieszkalnych kontynuowano na ul. Leszczyńskiej, na ul. Wrocławskiej (rzadka zabudowa) i na ul. Poznańskiej (za torami kolejowymi), które to ulice częściowo stanowiły przedmieście Gostynia. Na tych ulicach widać było – szczególnie w piątek – jadące na targ konne furmanki chłopskie. Samochodów było „jak na lekarstwo”.

Ukształtowanie terenu i warunki klimatyczne sprzyjały rozwojowi rolnictwa i handlu bydłem. Tam gdzie obecnie usytuowane są planty (plac K. Marcinkowskiego) był teren pokryty rurami na wspornikach, do których w czasie targów przywiązywano bydło. Taki plac istniał do 1935 roku. Na tym placu zaczęto sadzić drzewa i krzewy, robić ścieżki – organizowano planty. Wówczas targowisko bydła przyniesiono na plac, gdzie obecnie stoi hotel „Cukropol”.

Naokoło tego placu były przeważnie łąki i puste wzgórza, porosłe trawą. Zabudowana była tylko strona wschodnia placu budynkami parterowymi. W kierunku zachodnim prowadziła dróżka polna do lasu koło chatki dróżnika, naprzeciw dawniejszej lokomotywowni. Między lokomotywownią a dworcem kolejowym (dworzec – piętrowy wybudowany z czerwonej cegły, nietynkowany, oraz drugi – tzw. „kościański” – belkowy, wyłożony cegłami) były wybudowane piętrowe budynki, w których mieszkały rodziny kolejarzy, obsługujących pociągi kursujące wtedy na trasach: Leszno-Jarocin, Gostyń-Koźmin, Kościan-Gostyń-Pakosław. Oprócz komunikacji kolejowej, dwa razy dziennie kursował autobus prywatny – z Gostynia do Poznania i z powrotem.

W pierwszej połowie XIX wieku powstała w naszym mieście oberża – przy obecnym placu K. Marcinkowskiego. Prowadził go Jan Kulesza, kapitan wojsk napoleońskich, późniejszy burmistrz Gostynia. Ożenił się on tu z Franciszką Łopieńską, posażną panną, która jako wiano wniosła mu folwark z kilkusetmorgowym gruntem, na którym stoi dzisiaj dworzec kolejowy, mleczarnia i cukrownia. W hotelu Kuleszów spotykali się członkowie Kasyna Gostyńskiego, zanim wznieśli w roku 1841 własny gmach. Przypomnijmy tylko, że owe Kasyno zawiązano w roku 1835. Władze pruskie zakazały zaś jego działalności w 1846 roku. Założyciele Kasyna podarowali wówczas budynek zakonnicom, które wykorzystały go na szpital. Takie przeznaczenie ma do dziś, choć został przebudowany i rozbudowany.

Gostyń w roku 1836 przestał być miastem prywatnym, a od 6 czerwca 1887 roku był także miastem powiatowym. Po pożarze w roku 1811 przebudowano i poszerzono rynek. Należy wspomnieć, że budowane dotychczas budynki mieszkalne były z belek, desek, trzciny i gliny, dlatego praktycznie nie przetrwały do naszych czasów – poza małymi wyjątkami przy obecnych ul. Wolności i ul. 1 Maja.

Na przełomie XIX i XX wieku i w początkach wieku XX wybudowano zaś wiele murowanych budynków urzędowych, w tym: starostwo, ratusz, budynek poczty, domy urzędnicze, gazownię, budynek Sądu Grodzkiego, łaźnie nad rzeką Kanią.

Pierwszy budynek mieszkalny – murowany, dwupiętrowy, jednokominowy, był wybudowany w drugiej połowie XIX wieku przy dzisiejszej ulicy Jana Pawła II w sąsiedztwie obecnego domu katechetycznego (własność P. Hejnowiczów). Obecnie dom ten już nie istnieje. Niedaleko od niego, po lewej stronie idąc od Rynku, znajduje się Góra Zamkowa, na której wierzchołku był postawiony pomnik Przedpełka z obrazem mozaikowym Pana Jezusa (popiersie). Obraz ten obecnie znajduje się w kościele farnym. Pomnik zburzyli okupanci w roku 1940.

Idąc od domu katechetycznego do Rynku, po prawej stronie stoi Dom Katolicki, wybudowany w roku 1934. Dalej widnieje kościół farny, który powstał w 1. połowie XV wieku. Przebudowany był kilka razy w 2. połowie XV wieku oraz w wiekach XVI i XVII. Przy kościele tym chowano zmarłych prawdopodobnie do połowy XIX wieku, a nawet później – dla tych, którzy posiadali tam swoje grobowce piwnicowe. Cmentarz właściwy usytuowany był na końcu ulicy Lipowej (wtenczas drogi ziemnej, nie brukowanej, z posadzonymi po obu stronach drzewami lipowymi). Cmentarz ten miał około 2 hektary powierzchni i wedle podań ludzi, z którymi rozmawiałem przed rokiem 1939, powstał prawdopodobnie w 2. połowie XVII stulecia lub na początku XVIII wieku. Został zlikwidowany przez okupanta w latach 1940/1941, a grunt, na którym się znajdował, został włączony do cukrowni. Na części tego terenu wybudowano magazyn wysłodków i drogę – do drogi Nad Kanią (nowym szlakiem). Nowy cmentarz usytuowany został przy ulicy Klasztornej (ob. Jana Pawła II) w roku 1915, gdzie dotychczas jest czynny.

Od kościoła farnego idziemy najpierw koło piętrowej Szkoły Podstawowej i nowego niegdyś szpitala przy ulicy Kościelnej, dalej starą ulicą Tkacką (dawniej Ramy Sukiennicze) do wylotu ul. Św. Ducha (obecnie 1 Maja). Przed II wojną światową od narożnika ul. Kaczej, idąc w kierunku ul. Kolejowej około 60 metrów, naprzeciw niegdyś istniejącego atelier fotograficznego Leona Nowickiego, stał drewniany krzyż, dla uczczenia miejsca, w którym od mniej więcej XII wieku usytuowany był pierwszy cmentarz. Ciągnął się on w stronę ul. 3 Maja i ul. Nowej; dalej jeszcze Kaczej – ob. ks. F. Olejniczaka. Obok usytuowany był kościół i szpital św. Ducha. Budynki istniały prawdopodobnie do początków XVI stulecia.

Idąc dalej ulicą Leszczyńską (obecnie Powstańców Wielkopolskich), w trójkącie przy wylocie obecnej ul. Górnej [ulica Górna to wówczas pola i łąki zapoczątkowane wąwozikiem brukowanym „kocimi łebkami”, dalej polna droga – miejsce spacerowe wielu gostynian – zejście koło Starostwa, albo dalej koło Weigelta (ogrodnictwo) „Młyńska Góra” (dziś nie istnieje)], przy Placu św. Jana znajdowała się niegdyś kaplica, zbudowana na zakończenie zarazy w XVIII wieku. Kaplica lub mały kościółek był prawdopodobnie konstrukcji drewnianej, a po jej zniszczeniu postawiono tam figurę  świętego Jana Nepomucena, która stała tam jeszcze przed 1939 rokiem. Zlikwidowana przez niemieckiego okupanta w roku 1940.

Trzeba wspomnieć przy okazji, że drugą trasą spacerową gostynian była przechadzka z Gostynia koło starego cmentarza – przy cukrowni – obecnie ulicą Fabryczną, do drogi Nad Kanią, potem dalej polami (polną drogą), na wzgórze, gdzie stoi bazylika i klasztor księży filipinów i z powrotem ulicą Klasztorną (dzisiaj Wolności) do Rynku w Gostyniu.

Za figurą Świętego Jana Nepomucena w kierunku dzisiejszej rzeki Brzezinki stoi parterowy budynek z czerwonej cegły. Mieściła się w nim rzeźnia miejska mniej więcej z 2. połowy XIX wieku, a po I wojnie światowej – średnia szkoła męska (stare gimnazjum). Po drugiej stronie drogi stał (i dotychczas stoi) piętrowy budynek średniej szkoły żeńskiej, w którym znajdowała się również dyrekcja i pokój profesorski. Istniały one jako budynki szkolne do 1924 roku. Oba budynki obecnie są zamieszkałe przez osoby prywatne.

Idąc dalej poza Rów Polski (obecnie Brzezinkę) przy obecnej ul. Parkowej, znajdował się do lat 50. ubiegłego wieku cmentarz ewangelicki (obecnie plac zabaw). Dalej w kierunku Leszna, na końcu parku (dawniej była tam strzelnica Bractwa Kurkowego), usytuowany był cmentarz Gminy Żydowskiej. Ziemia pod ten cmentarz zakupiona została od Bractwa Kurkowego. Bóżnica Gminy Żydowskiej była zbudowana w roku 1903 przy ul. Kolejowej, w sąsiedztwie ul. S. Helsztyńskiego (dawniej Gawrony), a przy niej była postawiona szkoła żydowska.

Od 1811 roku Rynek posiada kształt kwadratu. Otaczały go budynki piętrowe i parterowe, obecnie niektóre przebudowane i zmodernizowane. Ulice wychodzące z Rynku (Św. Ducha, Klasztorna, Kościelna, Zamkowa) miały zabudowę piętrową. Trzeba również wspomnieć, że Rynek był wybrukowany kostką kamienną i zasadzone były drzewa od strony wschodniej i zachodniej.

Na uwagę zasługuje nieistniejący dziś budynek, na narożniku Rynku i obecnej ul. Jana Pawła II, wzniesiony prawdopodobnie w początkach XIX wieku. Mieściły się w nim pomieszczenia Rady Miejskiej. Dowiedziałem się tego kiedyś od starych gostynian. Była tam salka o długości około 15 m i szerokości 7 m, a z przodu od Rynku – były biura magistratu i dwa wejścia: jedno do biur i dalej do salki, oraz drugie wejście – dla personelu pomocniczego (jak woźnice transportu konnego). Wejście na wyżej wspomnianą salkę, było również od strony ul. Klasztornej (obecnie Jana Pawła II). Budynek rozebrano w latach sześćdziesiątych XX wieku.          Okres międzywojenny 1918-1939 nie przyniósł spodziewanych zmian społeczno-gospodarczych na naszym terenie. Poważnie rozbudowało się miasto przy ul. 3 Maja (obecnie Wrocławska), zwłaszcza po 1935 roku – były to budynki dwupiętrowe – murowane i otynkowane. Rozbudowała się również ul. Leszczyńska (obecnie Powstańców Wielkopolskich). Były to jednak budynki parterowe – murowane. Powstały liczne, pojedyncze (wolno stojące) domki parterowe przy ul. Nad Kanią i przy ul. Poznańskiej w kierunku Dusiny. Dobudowano kilka domków parterowych na ul. Klasztornej i przy ul. Dobramyśl (obecnie E. Bojanowskiego) w kierunku targowiska. Nową zabudowę stanowiły przeważnie domki parterowe, ze spadzistym dachem, czasem mansardowym. Rzadko na tych ulicach budowano domy piętrowe. Trzeba wspomnieć, że w roku 1938 powstała nowa ulica – Fołęgi (obecnie W. Witosa), lecz nie była jeszcze zagospodarowana.

Pod koniec XIX wieku wybudowano w Gostyniu cukrownię wraz z zabudowaniami mieszkalnymi. W roku 1922 powstała huta szkła za torami (za obecnym dworcem kolejowym, przy golskim lesie).

Produkcja ręczna uruchomiona została w roku 1924. W tym czasie również ukończono budowę nowego gimnazjum przy ul. 3 Maja (obecnie Wrocławska). Również przy ul. Nowe Wrota istniała założona pod koniec XIX wieku fabryka manekinów, a przy dworcu kolejowym – mleczarnia. Ponadto istniały dwa tartaki. Tartak Polaszka mieścił się przy placu Karola Marcinkowskiego (za starym holem powstałym w I połowie XIX wieku, w którym mieszkał Karol Marcinkowski), była tu też fabryka mebli. Tartak Grzymisławskiego zlokalizowany był przy ul. Starogostyńskiej. Oprócz tego za przejazdem kolejowym przy ul. Klasztornej (obecnie Jana Pawła II) była wytwórnia resorów Śląskiego, a przy placu Karola Marcinkowskiego – wytwórnia maszyn rolniczych i odlewnia Stanisława Grześkowiaka. Na ul. Powstańców Wielkopolskich nr 46, w miejscu gdzie obecnie mieści się hurtownia artykułów drogeryjnych, były warsztaty ślusarskie i odlewnia wyrobów żeliwnych Franciszka Janaszewskiego. Nad Polskim Rowem przy ul. Strzeleckiej była cegielnia. Od 1924 roku stanowiła ona własność Lucjana Michalowskiego.

Tereny i okolice miasta Gostynia były rolnicze, dlatego istniały „młyny” – wiatraki. Jeden na wzgórzu przy drodze do klasztoru. Dziś jest to teren ponad stacją redukcyjną gazu ziemnego. Drugi był zaś za strzelnicą (obecnie Szkołą Muzyczną) i za wspomnianym cmentarzem żydowskim. Dwa następne, obok siebie, na wzgórzach za Starostwem – nad ul. 3 Maja (obecnie: Wrocławską). Do naszych czasów żaden z wiatraków nie przetrwał.

Oprócz wiatraków były w mieście trzy młyny: jeden parowy – czteropiętrowy Władysława Hasińskiego przy obecnej ul. ks. F. Olejniczaka (dziś mieści się tam fabryka mebli), drugi też parowy – Oskara Klimpela przy ulicy Młynarskiej, trzeci motorowy – trzypiętrowy Mieczysława i Aleksandra Hejnowiczów, w kwadracie tworzonym przez ulicę Kolejową, Krótką, Szeroką (obecnie Wiosny Ludów) i plac K. Marcinkowskiego.

W dwudziestoleciu międzywojennym znana była w Gostyniu Wytwórnia Win i Płynnego Owocu (soków owocowych) Feliksa Adamkiewicza, przy ulicy Kolejowej 31, wysyłająca swoje wyroby na całą Polskę i Europę.

Wspomnieć należy, że co tydzień w piątki odbywały się na rynku targi artykułów rolniczych. Furmanki chłopskie gromadziły się licznie wokół pomnika Serca Jezusowego (postawionego w roku 1929 przez obywateli miasta). Sprzedawano wytwory gospodarskie – płody rolne, masło, sery, jaja itp. Obywatele bardzo chętnie brali udział w handlu towarami i zakupach.

Prąd elektryczny był wytwarzany w młynach, na własne potrzeby, i w Cukrowni oraz w niektórych zakładach i warsztatach – też na własny użytek (110 V). Ulice były w nocy oświetlone lampami gazowymi, które każdorazowo trzeba było wieczorem zapala, a rano gasić. Tę czynność wykonywali specjalnie do tego powołani ludzie, jeżdżący na rowerach z zapalarkami umieszczonymi na dwumetrowych tyczkach. Większość mieszkań było oświetlonych światłem gazowym. W niektórych domach używano jeszcze do oświetlania lamp naftowych lub karbidowych.

Nie było w mieście wodociągów, chyba że ktoś prywatnie sobie to urządzenie założył, czerpiąc wodę z własnej studni. Korzystano z pomp ręcznych, rozmieszczonych w różnych punktach miasta, z których to noszono wodę do domostw wiadrami, nieraz z dość odległych miejsc. Woda ta nie we wszystkich studniach nadawała się do picia, ponieważ miasto otaczały bagna.

Również nie było z prawdziwego zdarzenia kanalizacji. Kanalizacja deszczowa była tylko na głównych ulicach, a na bocznych brudną wodę z domostw wylewano wprost na ulicę.

Jeżeli chodzi o oświatę, to wspomnieć należy, że oprócz gimnazjum istniały dwie szkoły podstawowe: Szkoła Podstawowa nr 1 przy ulicy Kościelnej, oraz Szkoła nr 2 przy ulicy3 Maja. Szkołę tę przebudowano i zmodernizowano przed rokiem 1939.

Naprzeciw gimnazjum (w miejscu obecnej Biblioteki Publicznej Miasta i Gminy Gostyń) działała Czytelnia dla Kobiet, która była ośrodkiem krzewienia kultury w Gostyniu. Od lat dwudziestych działało kino „Odeon” w sali pana Jezierskiego przy ul. Kolejowej. Obiekt ten był dostosowany do wyświetlania filmów, poza tym urządzano w tej sali różne imprezy kulturalne, przyjęcia i zabawy. Przez jakiś czas funkcjonowało w mieście także kino „Corso” (nazwa kina z pamiętnika mojego ojca), przy obecnej ulicy Młynarskiej (obecnie sklep meblowy).

W roku 1935 wybudowano za dawnym Polskim Rowem – na narożniku obecnych ulic Mostowej i E. Bojanowskiego – Dom Strzelecki, w którym urządzono kino „Słońce”. Były w nim ruchome krzesła ogrodowe, ponieważ sala służyła do różnych celów kulturalnych i organizacyjnych.

Życie kulturalne toczyło się nie tylko w salach hotelu „Polonia” (pana Jezierskiego), ale również w salce hotelu „De France”, należącego do Kaliksta Jankiewicza, położonego po wschodniej stronie placu K. Marcinkowskiego. Różne imprezy kulturalne organizowano również w Domu Katolickim (obecnie Jana Pawła II). Organizował je przeważnie kościół katolicki. Lokalne imprezy kulturalne odbywały się również w auli gimnazjum przy ul. 3 Maja.

Może doświadczenie mego spaceru po stary mieście Gostyniu i wspomnienia przybliżą gostynianom przeszłość rodzinnego miasta. Przelałem na papier wszystko to, co o Gostyniu sprzed roku 1939 zachowałem w pamięci.

Skip to content